Opinia, czy powinien odbyć się ingres czy nie, nie należy do mnie. Mogę odpowiedzieć sam za siebie: gdybym był mianowany proboszczem małej parafii, a ciążyłyby na mnie jakieś zarzuty, to najpierw bym chciał wyjaśnić te zarzuty, a potem ewentualnie objąć parafię.
Jeśli chodzi o ingres abp. Wielgusa, to od momentu nominacji są trzy miesiące na uroczysty ingres. Ponieważ od nominacji upłynął dopiero miesiąc, więc jeszcze nie jest za późno, żeby
sprawę ostatecznie wyjaśnić. Lepiej, żeby nie pozostały jakiekolwiek wątpliwości. W innym przypadku sytuacja byłaby duszpastersko trudna dla wiernych. Jak mawiał nieżyjący już ksiądz
prof. Boleslaw Kumor, jeden z najwybitniejszych historyków Kościoła: biskup powinien być jak żona Cezara - wolny od jakichkolwiek podejrzeń.
Niestety, akta departamentu I MSW, gdzie pojawia się nazwisko arcybiskupa, są bardzo rzetelne. Deparament I był najgorszy - to było przedłużenie KGB. Tu pracowano wyłącznie z ludźmi
najbardziej zaufanymi i raczej nie fingowano dokumentów. Ja sam badałem te teczki i widziałem mikrofilmy. Wiem też, że nikt z członków Kościelnej Komisji Historycznej ich nie sprawdzał. Do
materiałów IPN dotyczących abp. Wielgusa pewnie nikt nawet nie zaglądał. A przecież to powinien być oczywisty etap procedury przygotowującej kandydata do jednej z ważniejszych funkcji w
polskim Kościele.
Jest też inna przykra sprawa: abp Wielgus mówił niedawno, że przy wyjeździe za granicę nie można było odmówić rozmów z SB. Podam dwa przykłady, że można było inaczej. Ksiądz
Franciszek Macharski, późniejszy kardynał, w roku 1950 był werbowany, ale odmówił współpracy. Nie dostał paszportu i nie mógł wyjechać na studia za granicę, co o całe sześć lat
opóźniło jego karierę. Jego postawa dowodzi, że jednak można było oprzeć się bezpiece.
Podobny przypadek to sprawa księdza Wojciecha Ziemby, obecnego abp. warmińskiego. W latach 70., kiedy wyjeżdżał na studia do Rzymu, zarejestrowano go bez jego wiedzy jako tajnego
współpracownika. Nie złożył on jednak żadnego, dosłownie, żadnego raportu i został wyrejestrowany. Ksiądz Ziemba może z czystym sumieniem opublikować swoje teczki. Pokazałyby one, że
nie tylko można było odmówić współpracy z SB, ale wbrew przeciwnościom godnie i z pożytkiem pracować dla dobra Kościoła.
Jak Kassandra powtarzałem od wielu miesięcy, że zbliża się burza. Mówiłem, że nie ma innej drogi, jak tylko dokonać rozliczeń wewnątrz Kościoła. Ostrzegałem, że może dojść do takich
dramatycznych sytuacji jak sprawa abp. Wielgusa. Uważałem, że wszystkie instancje kościelne muszą zbadać zawartość teczek księży i hierarchów. Nie po to, żeby przekreślić tych, którzy
współpracowali, ale żeby dać im szansę opowiedzenia prawdy o losach Kościoła w PRL.
Niestety, niektórzy przedstawiciele władz kościelnych, do których adresowałem moje apele, konsekwentnie odmawiali i teraz spełniły się moje najgorsze przewidywania. Przepełnia mnie to
goryczą. Tego wszystkiego można było przecież uniknąć. Niestety, wielu ludzi wpływowych w Kościele ciągle nie dostrzega problemu. Nawet jeszcze dzisiaj uważają, że ci, którzy chcą
lustracji ludzi Kościoła, są po prostu przeciwnikami Kościoła. Przykładów takiej postawy ciągle jest wiele. Jednym z nich są liczne wypowiedzi abp. Józefa Życińskiego, m.in. w czasie
Bożego Narodzenia, które wręcz obrażają wiernych pragnących poznać prawdę i oczyścić Kościół w oczach ludzi.