Głównym tematem rozmów podczas uroczystości wręczania ministrowi Zbigniewowi Ziobrze nagrody Człowieka Roku 2006 tygodnika "Wprost" była sprawa arcybiskupa Stanisława Wielgusa - pisze publicysta Maciej Rybiński.
Wszyscy zastanawiali się, jak Wielgus powinien postąpić, gdyby oczywiście był człowiekiem honoru. Pomysły były różne - od wstąpienia do klasztoru, po
wystąpienie o emeryturę dla funkcjonariuszy, ze względu na wysługę lat. Nikt, ani jedna osoba, a byli w tym tłumie reprezentanci wszystkich opcji politycznych i z krociem miałem okazję
pogadać, nie powiedział, że uważa, iż arcybiskup powinien się wypiąć na opinię publiczną, odbyć ingres i zasiąść na stolcu. Chodziło oczywiście o stolec metropolitalny.
Najpiękniejszy był dialog, jaki miałem okazję usłyszeć w wykonaniu pewnego bardzo wspaniałego i jeszcze bardziej zacnego małżeństwa. Ja bym na miejscu Wielgusa zachorowała – powiedziała pani. A ja bym umarł – rzekł małżonek.
Niektóre rozmowy były bardzo szczegółowe. Zastanawiano się, czy w czasie ingresu właściwsze będzie odśpiewanie "Gaude, Mater Polonia" ("Ciesz się, Matko Polsko, że masz takiego syna"), czy raczej "Z dymem pożarów, z kurzem krwi bratniej". I kto będzie służył do mszy. Przeważała opinia, że powinni to być Kiszczak z Milewskim, ze względu na dawne związki i obowiązek wzajemności. Wyrażano obawy, że ingres może się biskupowi nie przyjąć, jak szczepionka i całą pompę trzeba będzie powtórzyć na Rakowieckiej. Ale nie u jezuitów.
Zdaje się, że ksiądz arcybiskup i jego otoczenie jednego nie biorą zupełnie pod uwagę. To jest Warszawa, miasto o wyjątkowym poczuciu humoru i złośliwym dowcipie. Nikt nie jest tu chroniony żadnym urzędem, żadną rangą i żadną sakrą przed szyderstwem. Wszystko można sobie jakoś załatwić - przychylność Watykanu, poparcie Episkopatu, pobłażliwość władz państwowych, milczenie kleru, klakę niektórych mediów. Ale nic nie uchroni arcybiskupa metropolity warszawskiego z taką przeszłością, z takim garbem przed śmiesznością. Wierni będą śmiać się ze swego arcypasterza. Może w kułak, ale będą. Jak kiedyś były seryjne dowcipy o milicjantach, tak teraz czeka nas seria o arcybiskupie. A ja, jako Warszawiak, wolałbym mieć arcybiskupa z poczuciem humoru, ale poważnego.
Najpiękniejszy był dialog, jaki miałem okazję usłyszeć w wykonaniu pewnego bardzo wspaniałego i jeszcze bardziej zacnego małżeństwa. Ja bym na miejscu Wielgusa zachorowała – powiedziała pani. A ja bym umarł – rzekł małżonek.
Niektóre rozmowy były bardzo szczegółowe. Zastanawiano się, czy w czasie ingresu właściwsze będzie odśpiewanie "Gaude, Mater Polonia" ("Ciesz się, Matko Polsko, że masz takiego syna"), czy raczej "Z dymem pożarów, z kurzem krwi bratniej". I kto będzie służył do mszy. Przeważała opinia, że powinni to być Kiszczak z Milewskim, ze względu na dawne związki i obowiązek wzajemności. Wyrażano obawy, że ingres może się biskupowi nie przyjąć, jak szczepionka i całą pompę trzeba będzie powtórzyć na Rakowieckiej. Ale nie u jezuitów.
Zdaje się, że ksiądz arcybiskup i jego otoczenie jednego nie biorą zupełnie pod uwagę. To jest Warszawa, miasto o wyjątkowym poczuciu humoru i złośliwym dowcipie. Nikt nie jest tu chroniony żadnym urzędem, żadną rangą i żadną sakrą przed szyderstwem. Wszystko można sobie jakoś załatwić - przychylność Watykanu, poparcie Episkopatu, pobłażliwość władz państwowych, milczenie kleru, klakę niektórych mediów. Ale nic nie uchroni arcybiskupa metropolity warszawskiego z taką przeszłością, z takim garbem przed śmiesznością. Wierni będą śmiać się ze swego arcypasterza. Może w kułak, ale będą. Jak kiedyś były seryjne dowcipy o milicjantach, tak teraz czeka nas seria o arcybiskupie. A ja, jako Warszawiak, wolałbym mieć arcybiskupa z poczuciem humoru, ale poważnego.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|