Zacznę od zastrzeżenia. Patrząc na część zwolenników lustracji, dostrzegam w nich czasem zbyt wiele pasji. I niepotrzebną radość przy odkrywaniu kolejnych agentów. Ale dziś jestem z nimi - pisze w DZIENNIKU Robert Krasowski.
Bo całemu skandalowi, który się rozgrywa, winni są nie lustratorzy, ale ich przeciwnicy, którzy przez 15 lat prowadzili swoją obłędną krucjatę w obronie
agentów. Winni są autorzy gigantycznych narodowych rekolekcji, w których dowodzili, że czarne jest białe. Że agent to ofiara, że Kiszczak to patriota, że człowiek niezłomny był zwykłym
idiotą.
Dziś widzimy skutki. Ludziom pokroju arcybiskupa Wielgusa nie tylko dano poczucie bezkarności. Im dano moralną niewinność. Oni dziś sądzą, że nic złego nie zrobili. Że donoszenie to zwykła rzecz. Byli agenci już nie wstydzą się swojej przeszłości. Nie przeszkadza im, że inni o niej wiedzą. Śmiało sięgają po najwyższe urzędy.
Czy to było intencją antylustratorów? Z początku chyba nie. Z początku chcieli jedynie tego, aby byli agenci mogli dożyć w spokoju. Ale potem, w miarę jak ujawniano konkretne przypadki, broniono ich nadal, podważając wiarygodność dowodów. Mało tego - broniono ich nawet wtedy, gdy ci sami przyznawali się do agentury.
Czytając dziś teksty w obronie Wielgusa zastanawiam się, dlaczego ich autorzy stali się ostentacyjnymi promotorami tych poubeckich karier. Zastanawiam się, dlaczego tak się zapędzili. Przecież idea historycznego kompromisu, zgody między Solidarnością a PZPR nie była tego warta. Jeśli nawet ta idea była słuszna, był to zaledwie jeden z wielu pomysłów politycznych. O który można się kłócić, ale już nie bić na śmierć i życie. Zwłaszcza że wraz z kolejnymi lustracjami w Niemczech, Czechach, a z czasem i w samej Polsce widać było, że ujawnianie agentów nigdzie nie stało się tragedią.
Zresztą weźmy przykład Wielgusa. Kto z jego obrońców może powiedzieć, że broni go po to, aby uratować Polskę przed wojną domową? Albo aby chronić byłych komunistów przed samosądami? Przecież to brzmi śmiesznie.
Dziś widzimy, że poglądy nadwiślańskich przeciwnicy lustracji, to zwykły obłęd. Nie głupota, nie zła wola, ale jakieś polityczne szaleństwo. A skutki są równie szalone - agent zasiadł na tronie kardynała Wyszyńskiego.
Dziś widzimy skutki. Ludziom pokroju arcybiskupa Wielgusa nie tylko dano poczucie bezkarności. Im dano moralną niewinność. Oni dziś sądzą, że nic złego nie zrobili. Że donoszenie to zwykła rzecz. Byli agenci już nie wstydzą się swojej przeszłości. Nie przeszkadza im, że inni o niej wiedzą. Śmiało sięgają po najwyższe urzędy.
Czy to było intencją antylustratorów? Z początku chyba nie. Z początku chcieli jedynie tego, aby byli agenci mogli dożyć w spokoju. Ale potem, w miarę jak ujawniano konkretne przypadki, broniono ich nadal, podważając wiarygodność dowodów. Mało tego - broniono ich nawet wtedy, gdy ci sami przyznawali się do agentury.
Czytając dziś teksty w obronie Wielgusa zastanawiam się, dlaczego ich autorzy stali się ostentacyjnymi promotorami tych poubeckich karier. Zastanawiam się, dlaczego tak się zapędzili. Przecież idea historycznego kompromisu, zgody między Solidarnością a PZPR nie była tego warta. Jeśli nawet ta idea była słuszna, był to zaledwie jeden z wielu pomysłów politycznych. O który można się kłócić, ale już nie bić na śmierć i życie. Zwłaszcza że wraz z kolejnymi lustracjami w Niemczech, Czechach, a z czasem i w samej Polsce widać było, że ujawnianie agentów nigdzie nie stało się tragedią.
Zresztą weźmy przykład Wielgusa. Kto z jego obrońców może powiedzieć, że broni go po to, aby uratować Polskę przed wojną domową? Albo aby chronić byłych komunistów przed samosądami? Przecież to brzmi śmiesznie.
Dziś widzimy, że poglądy nadwiślańskich przeciwnicy lustracji, to zwykły obłęd. Nie głupota, nie zła wola, ale jakieś polityczne szaleństwo. A skutki są równie szalone - agent zasiadł na tronie kardynała Wyszyńskiego.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|