Arcybiskup Stanisław Wielgus ogłasza łamiącym się głosem swoją rezygnację. Ludzie zgromadzeni w katedrze warszawskiej krzyczą, protestują. Przeciw sytuacji, gdy kościelny hierarcha musi się tłumaczyć. To głównie wierni zorganizowani przez Radio Maryja - pisze w DZIENNIKU Piotr Zaremba.
A blisko ołtarza prezydent Kaczyński klaszcze. W tym wnętrzu można mieć wrażenie, że należy do mniejszości. W całym polskim Kościele - wnioskując z sondaży -
nie. Ale ta sytuacja pokazuje kłopot, jaki ma Kościół. I kłopot, jaki ma obecna ekipa rządząca. Z Kościołem.
Mogę zrozumieć krzyczących ludzi. W coraz bardziej zlaicyzowanym świecie czują się jak w oblężonej twierdzy. Nauczyli się mobilizować przeciw temu światu. Z równą łatwością przeciw liberałom z "Gazety Wyborczej", co przeciw lustratorom - choćby ci ostatni działali w interesie Kościoła. Dla nich wielkomiejskie gazety czy naukowcy z IPN są równie obcy jak Adam Michnik. W swoim rozżaleniu nie zauważają, że znaleźli się z Michnikiem w sojuszu.
I mogę w jakimś stopniu zrozumieć prezydenta. Wprawdzie jego wcześniejsze wypowiedzi mogły utwierdzić bojący się lustracji Episkopat w przekonaniu, że liderzy dziś rządzącego obozu są z nimi. Przypomnę, jak przy okazji sprawy księdza Michała Czajkowskiego Lech Kaczyński chciał przy pomocy ABW badać źródło przecieku. Jak mocno podkreślał: to wewnętrzna sprawa Kościoła. Biskupi mogli rozumieć takie deklaracje najprościej: oddadzą dotyczące nas papiery i nie będą się wtrącać. Niemniej w ostatnich ruchach Kaczyńskich widać nie tylko zakłopotanie, ale i zrozumienie wagi problemu. Jeśli prawdziwa jest informacja, że premier próbował przestrzec papieża o nadciągającym kryzysie, a prezydent przekonywał Wielgusa do rezygnacji - nawet duże zrozumienie.
Krzyki zrozpaczonych wiernych nie zmienią faktu, że Kościół jest w pułapce. Napór laickiego świata nakazywałby zwarcie szeregów wokół hierarchii. Ale logika społeczeństwa otwartego wyklucza ukrycie pod korcem wstydliwych tajemnic. A możliwe, że sprawa arcybiskupa nie będzie ostatnia. Że SB konsekwentnie promowała kariery najbardziej zdemoralizowanych duchownych w PRL. Że padać będą nazwiska kolejnych dostojników. Ten wysyp rewelacji może pchnąć hierarchów do końca w objęcia Radia Maryja. Tyle że inni katolicy nie zatkają uszu na rzeczywistość. Kościół będzie tracił autorytet. Zwłaszcza wśród młodych - pokolenia JPII. I wtedy zacieśnienie sojuszu biskupów z autentycznym, ale anachronicznym katolicyzmem toruńskiej rozgłośni stanie się drogą do budowania sekty.
W pułapce są też politycy. Dziś wszyscy oni nabrali wody w usta. Tyle że bracia Kaczyńscy są w sytuacji szczególnej. Ich koncepcją było przecież wzmocnienie publicznej roli Kościoła. Nawet przesadne. Miał być pytany o zdanie w najważniejszych sprawach i wspierany przez państwo, także finansowo. Tylko że taka na wpółpaństwowa pozycja nakłada też większą odpowiedzialność. W takim wypadku szczególnie trudno mówić, że opinia publiczna ma się nie interesować wiarygodnością biskupów.
Co więcej w ramach Kościoła PiS postawiło zwłaszcza na środowisko Radia Maryja. Ich lider wyznaje zaś prostą filozofię. Wytykanie duchownym grzechów to walka z religią. Według recepty ojca Rydzyka idealną jest sytuacja, gdy zarówno arcybiskup Paetz, jak i arcybiskup Wielgus nie są przez nikogo niepokojeni pytaniami.
Nie mam łatwych rad dla braci Kaczyńskich. Muszą rozmawiać z taką hierarchią kościelną, jaka jest. Nawet jeśli jej skład jest kolejnym potwierdzeniem ich własnej tezy, że w III RP dominują ci, których promowali niegdyś komuniści. Także symbioza z Radiem Maryja jest do pewnego stopnia wytłumaczalna. To recepta na pozyskanie głosów. Ale też na zmobilizowanie prężnego, ideowego środowiska na rzecz takiej koncepcji państwa, jaką Kaczyńscy głoszą od lat. Tylko za jaką cenę?
Po namyśle dwie rady jednak się nasuwają. Po pierwsze, Kościół to nie tylko Radio Maryja. Cywilna odwaga katolików świeckich, którzy w tej sprawie potrafili się „postawić” hierarchii, wpłynie bardziej na siłę polskiego Kościoła niż zacietrzewienie wyznawców ojca Rydzyka. Nie należy się do środowisk radiomaryjnych odwracać plecami. Ale nie warto być nadgorliwym w schlebianiu im. Bo wtedy trzeba na siebie brać i te nonsensy, które ojciec Rydzyk wygadywał o „dziennikarskich szwadronach śmierci”. Kto wie zresztą, czy samo Radio Maryja nie obrazi się na niebroniących arcybiskupa Kaczyńskich.
Po drugie, gdy nie wiadomo, jak się zachować, należy się zachować przyzwoicie. Politycy nie powinni być tymi, którzy biorą się za lustrowanie duchownych. Ale nie powinni też przemawiać w chórze ludzi zgorszonych taką lustracją. A pewne wypowiedzi prezydenta Kaczyńskiego, nawet w niedawnym telewizyjnym wywiadzie, można było tak rozumieć.
Czym bliżej chce się z Kościołem współpracować, tym bardziej trzeba mu podpowiadać, jakiej granicy kompromitacji nie może on przekroczyć. Konkordat daje pewne instrumenty. Ja skądinąd przed nadmiernym upaństwowieniem religii przestrzegam. Z wielu powodów. Ale w Polsce prymas, arcybiskup warszawski długo jeszcze będą osobami publicznymi. Polityk katolicki trochę nie ma wyboru. Musi rozmawiać z kościelnymi dostojnikami. Nie tylko o moralności Polaków. Także o ich własnej, biskupiej przyzwoitości. Zważywszy na obecny stan umysłu polskich hierarchów, trudno takiego zadania, o ile Kaczyńscy się go podejmą, zazdrościć.
Mogę zrozumieć krzyczących ludzi. W coraz bardziej zlaicyzowanym świecie czują się jak w oblężonej twierdzy. Nauczyli się mobilizować przeciw temu światu. Z równą łatwością przeciw liberałom z "Gazety Wyborczej", co przeciw lustratorom - choćby ci ostatni działali w interesie Kościoła. Dla nich wielkomiejskie gazety czy naukowcy z IPN są równie obcy jak Adam Michnik. W swoim rozżaleniu nie zauważają, że znaleźli się z Michnikiem w sojuszu.
I mogę w jakimś stopniu zrozumieć prezydenta. Wprawdzie jego wcześniejsze wypowiedzi mogły utwierdzić bojący się lustracji Episkopat w przekonaniu, że liderzy dziś rządzącego obozu są z nimi. Przypomnę, jak przy okazji sprawy księdza Michała Czajkowskiego Lech Kaczyński chciał przy pomocy ABW badać źródło przecieku. Jak mocno podkreślał: to wewnętrzna sprawa Kościoła. Biskupi mogli rozumieć takie deklaracje najprościej: oddadzą dotyczące nas papiery i nie będą się wtrącać. Niemniej w ostatnich ruchach Kaczyńskich widać nie tylko zakłopotanie, ale i zrozumienie wagi problemu. Jeśli prawdziwa jest informacja, że premier próbował przestrzec papieża o nadciągającym kryzysie, a prezydent przekonywał Wielgusa do rezygnacji - nawet duże zrozumienie.
Krzyki zrozpaczonych wiernych nie zmienią faktu, że Kościół jest w pułapce. Napór laickiego świata nakazywałby zwarcie szeregów wokół hierarchii. Ale logika społeczeństwa otwartego wyklucza ukrycie pod korcem wstydliwych tajemnic. A możliwe, że sprawa arcybiskupa nie będzie ostatnia. Że SB konsekwentnie promowała kariery najbardziej zdemoralizowanych duchownych w PRL. Że padać będą nazwiska kolejnych dostojników. Ten wysyp rewelacji może pchnąć hierarchów do końca w objęcia Radia Maryja. Tyle że inni katolicy nie zatkają uszu na rzeczywistość. Kościół będzie tracił autorytet. Zwłaszcza wśród młodych - pokolenia JPII. I wtedy zacieśnienie sojuszu biskupów z autentycznym, ale anachronicznym katolicyzmem toruńskiej rozgłośni stanie się drogą do budowania sekty.
W pułapce są też politycy. Dziś wszyscy oni nabrali wody w usta. Tyle że bracia Kaczyńscy są w sytuacji szczególnej. Ich koncepcją było przecież wzmocnienie publicznej roli Kościoła. Nawet przesadne. Miał być pytany o zdanie w najważniejszych sprawach i wspierany przez państwo, także finansowo. Tylko że taka na wpółpaństwowa pozycja nakłada też większą odpowiedzialność. W takim wypadku szczególnie trudno mówić, że opinia publiczna ma się nie interesować wiarygodnością biskupów.
Co więcej w ramach Kościoła PiS postawiło zwłaszcza na środowisko Radia Maryja. Ich lider wyznaje zaś prostą filozofię. Wytykanie duchownym grzechów to walka z religią. Według recepty ojca Rydzyka idealną jest sytuacja, gdy zarówno arcybiskup Paetz, jak i arcybiskup Wielgus nie są przez nikogo niepokojeni pytaniami.
Nie mam łatwych rad dla braci Kaczyńskich. Muszą rozmawiać z taką hierarchią kościelną, jaka jest. Nawet jeśli jej skład jest kolejnym potwierdzeniem ich własnej tezy, że w III RP dominują ci, których promowali niegdyś komuniści. Także symbioza z Radiem Maryja jest do pewnego stopnia wytłumaczalna. To recepta na pozyskanie głosów. Ale też na zmobilizowanie prężnego, ideowego środowiska na rzecz takiej koncepcji państwa, jaką Kaczyńscy głoszą od lat. Tylko za jaką cenę?
Po namyśle dwie rady jednak się nasuwają. Po pierwsze, Kościół to nie tylko Radio Maryja. Cywilna odwaga katolików świeckich, którzy w tej sprawie potrafili się „postawić” hierarchii, wpłynie bardziej na siłę polskiego Kościoła niż zacietrzewienie wyznawców ojca Rydzyka. Nie należy się do środowisk radiomaryjnych odwracać plecami. Ale nie warto być nadgorliwym w schlebianiu im. Bo wtedy trzeba na siebie brać i te nonsensy, które ojciec Rydzyk wygadywał o „dziennikarskich szwadronach śmierci”. Kto wie zresztą, czy samo Radio Maryja nie obrazi się na niebroniących arcybiskupa Kaczyńskich.
Po drugie, gdy nie wiadomo, jak się zachować, należy się zachować przyzwoicie. Politycy nie powinni być tymi, którzy biorą się za lustrowanie duchownych. Ale nie powinni też przemawiać w chórze ludzi zgorszonych taką lustracją. A pewne wypowiedzi prezydenta Kaczyńskiego, nawet w niedawnym telewizyjnym wywiadzie, można było tak rozumieć.
Czym bliżej chce się z Kościołem współpracować, tym bardziej trzeba mu podpowiadać, jakiej granicy kompromitacji nie może on przekroczyć. Konkordat daje pewne instrumenty. Ja skądinąd przed nadmiernym upaństwowieniem religii przestrzegam. Z wielu powodów. Ale w Polsce prymas, arcybiskup warszawski długo jeszcze będą osobami publicznymi. Polityk katolicki trochę nie ma wyboru. Musi rozmawiać z kościelnymi dostojnikami. Nie tylko o moralności Polaków. Także o ich własnej, biskupiej przyzwoitości. Zważywszy na obecny stan umysłu polskich hierarchów, trudno takiego zadania, o ile Kaczyńscy się go podejmą, zazdrościć.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|