Tak to się kończy. Wielkim wstydem i dużym kłopotem. Zaniechanie szerokiej lustracji i otwarcia archiwów dla naukowców i dziennikarzy tylko odsuwa problem w czasie - pisze w DZIENNIKU Michał Karnowski, publicysta DZIENNIKA.
Dopada nas on zawsze w najmniej chcianym czasie i okolicznościach. Tak jak w sprawie biskupa Stanisława Wielgusa, którego ingres ostatecznie się nie odbył. A
najgorsze w tym wszystkim jest to, że wciąż nie wiemy, dlaczego polskie państwo zwlekało z tym przez tyle lat.
Kłopotliwy temat
W wydanej niedawno książce, wywiadzie rzece Michała Komara z profesorem Władysławem Bartoszewskim o III RP - a zatem i o sporach wokół lustracji - nie ma o tym prawie nic. Jakby Bartoszewski uciekał od trudnych pytań związanych z ostatnimi latami. Albo Komar nie miał na nie ochoty. Szkoda, bo lektura mogłaby być równie inspirująca jak fragmentów dotyczących II wojny światowej i komunizmu. Ale trzy sceny z lustracyjnym kontekstem pozostają w pamięci na długo i doskonale wpisują się w bieżące spory.
Oto w szpitalu leży umierający Paweł Jasienica, naprawdę nazywający się Lech Beynar. Jest wiosna 1970, Gomułka za chwilę zejdzie ze sceny. Ale wielki pisarz już tego nie dożyje. Na szpitalnym korytarzu Bartoszewski spotyka pułkownika Jana Rzepeckiego, dawnego swojego szefa z Biura Informacji i Propagandy Komendy Głównej Armii Krajowej. Widzą, jak z sali wychodzi pani Zofia, zwana Neną, żona Jasienicy. Bartoszewski wspomina: "A wtedy Rzepecki spojrzał na mnie i pyta: <Co ty o niej sądzisz?> <No zgrabna> - odpowiadam. <A tak w ogóle?> <Pytasz, czy go kocha?> - zapytałem. Rzepecki na to: <Pytam, czy kapo, czy nie kapo?> <A jak ty myślisz?>, <Ja nie myślę>- odpowiedział mój były szef z BIP. Ja dopuszczam taką możliwość... Miał rację".
Dalej Bartoszewski mówi, jak jakiś czas później roztrzęsiony Jasienica wzywa go do siebie i opowiada o wizycie Melchiora Wańkowicza. Znakomity pisarz miał według tej relacji dość obcesowo pytać Jasienicę, ile prawdy jest w sugestiach Gomułki, że w 1947 roku - w zamian za życie - poszedł na jakąś współpracę z reżimem.
No i scena ostatnia – pogrzeb Jasienicy. Jego żona wkłada do trumny ryngraf Matki Bożej Ostrobramskiej i egzemplarz "Polski Jagiellonów". "Wyszliśmy, a ona - jak się okazało po latach - zasiadła do pisania raportu..." – wspomina Bartoszewski w rozmowie z Komarem.
Kto tkwi w szambie?
Wracałem do tych obrazów - skondensowanych na dwóch zaledwie stronach wywiadu Komara z Bartoszewskim - ostatnio kilkakrotnie. Czytając kolejne antylustracyjne wstępniaki pełne obelg w rodzaju „lustracyjnych szwadronów”, słuchając zaskakujących tyrad - wydawałoby się rozsądnego - publicysty Szymona Hołowni z wielokrotnie powtarzaną metaforą o mierzeniu szamba, zastanawiałem się po raz kolejny - o co w tym sporze tak naprawdę chodzi? Bo jakkolwiek by czytać te reakcje, trudno uciec od wniosku, iż ich celem jest między innymi zamknięcie prawdy o podesłanej Jasienicy przez SB żonie - Zofii O’Bretenny. Bo jeśli lustracja to szambo, a zaglądanie do teczek jest tak brudne, to dlaczego mielibyśmy wyłączać z tego agentkę o pseudonimach Ewa i Max? Dlaczego mielibyśmy oczyszczać pamięć splugawionego przez komunistycznego kacyka pisarza? Nawet wskazany przez biskupa Wielgusa warunek 50 lat, po których można zajrzeć do archiwów, nie jest przecież w tych wypadkach spełniony. Oskarżana nie żyje, nie może się bronić. Czy to nie jest szambo? Czyż i tym razem nie stoimy na podwórku i nie wymierzamy miarką - dwa metry podłości, trzysta donosów? Jak najbardziej. Wymierzamy. Podobnie w przypadku Andrzeja Szczypiorskiego, Lesława Maleszki i dziesiątek innych osób. Ale to nasz obowiązek.
Nazwiska już zdemaskowanych agentów powinny być pierwszym i podstawowym argumentem za lustracją. Zdrajcy ubrani w szatki Katonów nie są godni panteonu. Nie ma to nic wspólnego z prawicą czy lewicą, wiarą czy ateizmem. Tu chodzi o prawdę, podstawowy wymóg zdrowego życia publicznego w cywilizacji zachodniej. To dlatego właśnie amerykańscy prezydenci popadają w kłopoty nie wtedy, kiedy robią coś źle, ale kiedy próbują to ukryć. Bo wtedy zaczynają kłamać. A kłamstwa, oszustwa, zdrady się nie wybacza. Proste. Zrozumiałe. Oczywiste.
Dwa dziennikarstwa
Niestety. Lustracja to obszar, w którym podstawowe prawa życia społecznego, zasady liberalnych demokracji i święte przykazania prasy nie działają. Prawda dostaje znak ujemny. Przejrzystość życia publicznego staje się szaleństwem. Dążenie do prawdy, prawdziwe dziennikarstwo, dostaje łatkę "prawicowego", "dzikiego", a przede wszystkim "obrzydliwego". Przeczytałem wszystko, co napisano o lustracji w ostatnich dniach. I z morza tekstów wyrażających obrzydzenie, oburzenie i protest nie wyłowiłem jednego, ktory próbowałby ten akt sprzeciwu zracjonalizować. Wytłumaczyć. Znaleźć rzeczowe, a nie smakowo-zapachowo-szambiarskie argumenty. Przekonać, jeśli nie zwolenników lustracji, to choćby tych, którzy nie mają zdania. Nic z tego. Obelgi, wykrzykniki, emocje. Odwoływanie się do smaku, poczucia wyższości, pogardy dla młodych wilków wołających o zdemaskowanie donosicieli.
Nikt nie ujął tego lepiej niż dziennikarka jednej z regionalnych gazet, podsumowująca w komentarzu, że "godność ludzką zastąpiło wywlekanie esbeckich papierów". Ładnie powiedziane. Rafał Zakrzewski z "Wyborczej" by się nie powstydził. Tak właśnie przemawia się do narodu z wyżyn zarozumiałego poczucia wyższości. Co to jednak znaczy? Czy to jest dziennikarstwo? "Zdurniałam" – mogłaby powiedzieć Teresa Torańska, ale ta znakomita wywiadowczyni jest akurat zajęta analizą wizerunku prawicowego publicysty - przylizanego, chudego i połykającego głoski... Jak ogłosiła w branżowym piśmie "Press" - oczywiście z troską o dziennikarskie kanony - szokują ją młode wilki. Szokuje ją ten lustracyjny pęd. A jednocześnie szokuje ją, że taśmy Beger budziły czyjekolwiek wątpliwości. Przecież to była prawda. Ale teczek oglądać nie chce.
No i skąd ta dziwaczna, powracająca wciąż w komentarzach teza, że szacunek dla ludzkiej godności w czymkolwiek kłóci się z lustracją? Przecież ona jest właśnie przywracaniem ludzkiej godności. Osoby naprawdę warte szacunku potwierdzają swoje bohaterstwo, zaś donosiciele żyjący podwójnym życiem, zdrajcy podpowiadający bezpiece, jak zniszczyć przyjaciół, opuszczają słowniki bojowników o wolność. Oczywiście – są zagrożenia. Informacje wrażliwe czy intymne nie powinny być rzucane gawiedzi ku zabawie. A ubeckie teczki nie mogą być jedynym źródłem historycznym zastępującym cały życiorys. Drobne epizody, jak w przypadku Małgorzaty Niezabitowskiej, nie mogą rzutować na ocenę całego życia. Ale dominujący nurt myślenia w obozie prolustracyjnym unika skrajności.
Słów nie miarkują za to przeciwnicy lustracji. Także księża biskupi w kilku miejscach zdecydowanie przesadzili. Od pierwszych dni sprawy biskupa Wielgusa po akord ostatni - wciąż to samo. "Mroki" lustracji, "jakieś tam teczki", "ataki". Włączony, pewnie nieświadomie, w odruchu bezwarunkowym język postkomunistów i środowiska Adama Michnika. Kalki frazesów powtarzanych zawsze z tą samą pasją przy okazji wyrywania prawdy o księdzu Czajkowskim, Maleszce i tylu innych. Kolejny dowód na to, że znaczna część hierarchii Kościoła w ogóle nie przemyślała tej sprawy. Bo może znalazłby się choć jeden lepszy argument. Lepiej opisujący dramat środowiska najbardziej uciskanego przez SB w PRL, najbardziej bohaterskiego, złamanego zaledwie w 10 – 15 procentach. Dziś zaś mającego problem podobny do tego, jaki ma również środowisko dziennikarskie.
Niestety takiej próby nie było. I choć to z pozoru absurdalne, to w dziwacznym rozumowaniu przeciwników lustracji ma to sens. Bo kościelne komisje historyczne, komisje pamięci i troski, po prostu nie mogą nawet zacząć działać. Jeśli bowiem wchodzą w archiwa, natychmiast dzieje się z nimi to, co się stało z księdzem Isakowiczem–Zaleskim lub z komisją kościelną badającą sprawę biskupa Wielgusa. Trafiają na dokumenty tak jednoznaczne, tak trudne do podważenia, że wymuszające jednoznaczne wnioski. Nie daje się już tego kontrolować, nie daje się uciekać przed prawdą. A więc trzeba barierę ochronną ustawić dużo wcześniej - daleko przed siedzibą IPN.
Zamurowany IPN
To zresztą czuł chyba także Adam Michnik, wściekle atakując przyjętą w drugiej połowie lat 90. ustawę o IPN i ustawę lustracyjną. Dziś oczywiście jego środowisko broni rozwiązań wtedy przyjętych, ale tylko z powodów taktycznych. Po prostu nie da się archiwów zamknąć, więc trzeba wspierać wszystko, co lustrację opóźnia, utrudnia, czyni nieskuteczną i niewydolną. A już na pewno nie dopuścić do poszerzania czy lepszego egzekwowania obowiązujących praw. To dzieło toczy się pod hasłem "cywilizowanej" lustracji, choć jak 17 lat minęło, żadnego takiego projektu się nie uświadczy. Mądrość etapu nakazuje jednak kryć się z rzeczywistymi celami. Kiedy pada więc szaniec pierwszy – i drzwi archiwów zostają uchylone, natychmiast buduje się drugi. Za wszelką cenę próbuje się ograniczyć dostęp do materiałów. Gdy i to się nie udaje, rozpoczynają się apele o niewyciąganie pochopnych wniosków. A gdy okazuje się, że tylko wyjątkowi i rzadko spotykani idioci czytają je bez kontekstu i z wiarą, że są całą prawdą o człowieku, że historycy potrafią pokazać złożoność sytuacji i wyrazistość wyborów, przystępuje się do etapu "obrzydzania".
Podobnie schematycznie działają wszyscy odkrywani agenci. Urocze są te kolejne wywiady, komunikaty, oświadczenia. Zawsze pełne poczucia pokrzywdzenia, zawsze też wykazujące żelazną analizę tego, co już wiadomo. Przyznają się więc i przepraszają nawet czasami - ale tylko za to, co jawne. Kiedy oczywiste stają się ich bliskie kontakty z SB - mówią, że tak - starali się o paszport. Gdy wychodzi na jaw zapis rejestracyjny - twierdzą, że może i było coś więcej, jakaś lekkomyślność z ich strony, ale kategoria tajnego współpracownika to fałszerstwo chcącego się wykazać esbeka. Gdy pojawiają się notatki funkcjonariuszy, dawni agenci wskazują na brak ich podpisów. Gdy znajdują się raporty ręcznie napisane - apelują, by nie zgubić faktu, że oni tam nikogo po nazwisku... Wreszcie -m nie szkodzili, nie donosili. Za dużo rozmawiali. Kłamią, kłamią, kłamią. Wszyscy agenci zaprzeczają, kluczą - do końca wierni zobowiązaniu do zachowania tajemnicy. A jednocześnie tak rzadko potrafią się wycofać, schować, zadać sobie pokutę. I choć oczywiście być może nie każdy zaprzeczający, a zarejestrowany agentem rzeczywiście był, to doświadczenie uczy, że słowo agenta nic nie znaczy. Przykre, że najbardziej klinicznym przykładem takiej „kroczącej” skruchy jest niedoszły następca Prymasa Tysiąclecia i kardynała Glempa na fotelu metropolity warszawskiego. Ciekawe co jeszcze powie, jak odnajdą się wspomniane w opracowaniu Departamentu I (wywiadu) dokumenty z Departamentu IV peerelowskiego MSW, zajmującego się niszczeniem Kościoła.
Narodowa katharsis
Wciąż te same antylustracyjne klisze. Kalki tych samych kłamstw. I ani jednej logicznej - posługującej się kategoriami dobra demokracji, państwa, prawdy i uczciwości - poważnej wypowiedzi. Po prostu nic. Emocje biskupów, emocje ojca Rydzyka, emocje Niesiołowskiego, radość "Trybuny". Ale co jest kluczem? Przyczyną? Co - powtarzam to pytanie, bo jest istotą sprawy - nakazuje wyłączać podstawowe kategorie oceny, tak oczywiste, tak bezwzględnie wymuszane w innych obszarach? Co pozwala na tak długą obecność w życiu publicznym tych absurdalnych wywodów? Co ludziom posługującym się tylko obelgami pozwala na poważne funkcjonowanie w polityce i publicystyce?
Przyznaję - nie mam odpowiedzi. Zna ją chyba zresztą tylko Adam Michnik, który wychował całą generację uznającą ten język za swój, używającą tych klisz niejako naturalnie, bez konieczności samodzielnego myślenia.
Ale odpowiedź musi paść. Zaszliśmy za daleko, by dalej uważać, że jedni chcą lustracji, drudzy są przeciw, a prawda zapewne leży gdzieś pośrodku i potrzebna jest debata. Dość! Ten bełkot doprowadził polski Kościół na skraj katastrofy. Ukradł pamięć o bohaterskich zakonnicach i księżach walczących przez lata PRL, a zwłaszcza w czasach "Solidarności" o polską suwerenność, kulturę i narodowe trwanie.
Trzeba być ślepym, by nie widzieć, jak bardzo potrzebujemy lustracji i ostatecznego otwarcia archiwów. Jak bardzo musimy przejść przez ten etap. Wbrew wszystkim tym obelgom - potrzebujemy. A jeśli są jakieś argumenty przeciw, to poprosimy na stół. Bo wiemy już, że byli agenci niosą ze sobą nie tylko plamę na sumieniu, ale często także cały zestaw starych interesów, podatności na szantaże, strachu. Znamy już przykłady tego, jak bardzo byliśmy oszukiwani. Wiemy, że z dokumentów zgromadzonych przez SB - przy krytycznym i profesjonalnym spojrzeniu – można wyczytać wiele, choć nie we wszystko trzeba wierzyć. Widzimy też, że odtajniania akt nie da się już zatrzymać.
A zatem kończmy tę debatę - nie debatę. Chyba że są jakieś argumenty przeciw - o których dziś nie wiemy. Na razie słyszymy tylko bełkot i obelgi.
Kłopotliwy temat
W wydanej niedawno książce, wywiadzie rzece Michała Komara z profesorem Władysławem Bartoszewskim o III RP - a zatem i o sporach wokół lustracji - nie ma o tym prawie nic. Jakby Bartoszewski uciekał od trudnych pytań związanych z ostatnimi latami. Albo Komar nie miał na nie ochoty. Szkoda, bo lektura mogłaby być równie inspirująca jak fragmentów dotyczących II wojny światowej i komunizmu. Ale trzy sceny z lustracyjnym kontekstem pozostają w pamięci na długo i doskonale wpisują się w bieżące spory.
Oto w szpitalu leży umierający Paweł Jasienica, naprawdę nazywający się Lech Beynar. Jest wiosna 1970, Gomułka za chwilę zejdzie ze sceny. Ale wielki pisarz już tego nie dożyje. Na szpitalnym korytarzu Bartoszewski spotyka pułkownika Jana Rzepeckiego, dawnego swojego szefa z Biura Informacji i Propagandy Komendy Głównej Armii Krajowej. Widzą, jak z sali wychodzi pani Zofia, zwana Neną, żona Jasienicy. Bartoszewski wspomina: "A wtedy Rzepecki spojrzał na mnie i pyta: <Co ty o niej sądzisz?> <No zgrabna> - odpowiadam. <A tak w ogóle?> <Pytasz, czy go kocha?> - zapytałem. Rzepecki na to: <Pytam, czy kapo, czy nie kapo?> <A jak ty myślisz?>, <Ja nie myślę>- odpowiedział mój były szef z BIP. Ja dopuszczam taką możliwość... Miał rację".
Dalej Bartoszewski mówi, jak jakiś czas później roztrzęsiony Jasienica wzywa go do siebie i opowiada o wizycie Melchiora Wańkowicza. Znakomity pisarz miał według tej relacji dość obcesowo pytać Jasienicę, ile prawdy jest w sugestiach Gomułki, że w 1947 roku - w zamian za życie - poszedł na jakąś współpracę z reżimem.
No i scena ostatnia – pogrzeb Jasienicy. Jego żona wkłada do trumny ryngraf Matki Bożej Ostrobramskiej i egzemplarz "Polski Jagiellonów". "Wyszliśmy, a ona - jak się okazało po latach - zasiadła do pisania raportu..." – wspomina Bartoszewski w rozmowie z Komarem.
Kto tkwi w szambie?
Wracałem do tych obrazów - skondensowanych na dwóch zaledwie stronach wywiadu Komara z Bartoszewskim - ostatnio kilkakrotnie. Czytając kolejne antylustracyjne wstępniaki pełne obelg w rodzaju „lustracyjnych szwadronów”, słuchając zaskakujących tyrad - wydawałoby się rozsądnego - publicysty Szymona Hołowni z wielokrotnie powtarzaną metaforą o mierzeniu szamba, zastanawiałem się po raz kolejny - o co w tym sporze tak naprawdę chodzi? Bo jakkolwiek by czytać te reakcje, trudno uciec od wniosku, iż ich celem jest między innymi zamknięcie prawdy o podesłanej Jasienicy przez SB żonie - Zofii O’Bretenny. Bo jeśli lustracja to szambo, a zaglądanie do teczek jest tak brudne, to dlaczego mielibyśmy wyłączać z tego agentkę o pseudonimach Ewa i Max? Dlaczego mielibyśmy oczyszczać pamięć splugawionego przez komunistycznego kacyka pisarza? Nawet wskazany przez biskupa Wielgusa warunek 50 lat, po których można zajrzeć do archiwów, nie jest przecież w tych wypadkach spełniony. Oskarżana nie żyje, nie może się bronić. Czy to nie jest szambo? Czyż i tym razem nie stoimy na podwórku i nie wymierzamy miarką - dwa metry podłości, trzysta donosów? Jak najbardziej. Wymierzamy. Podobnie w przypadku Andrzeja Szczypiorskiego, Lesława Maleszki i dziesiątek innych osób. Ale to nasz obowiązek.
Nazwiska już zdemaskowanych agentów powinny być pierwszym i podstawowym argumentem za lustracją. Zdrajcy ubrani w szatki Katonów nie są godni panteonu. Nie ma to nic wspólnego z prawicą czy lewicą, wiarą czy ateizmem. Tu chodzi o prawdę, podstawowy wymóg zdrowego życia publicznego w cywilizacji zachodniej. To dlatego właśnie amerykańscy prezydenci popadają w kłopoty nie wtedy, kiedy robią coś źle, ale kiedy próbują to ukryć. Bo wtedy zaczynają kłamać. A kłamstwa, oszustwa, zdrady się nie wybacza. Proste. Zrozumiałe. Oczywiste.
Dwa dziennikarstwa
Niestety. Lustracja to obszar, w którym podstawowe prawa życia społecznego, zasady liberalnych demokracji i święte przykazania prasy nie działają. Prawda dostaje znak ujemny. Przejrzystość życia publicznego staje się szaleństwem. Dążenie do prawdy, prawdziwe dziennikarstwo, dostaje łatkę "prawicowego", "dzikiego", a przede wszystkim "obrzydliwego". Przeczytałem wszystko, co napisano o lustracji w ostatnich dniach. I z morza tekstów wyrażających obrzydzenie, oburzenie i protest nie wyłowiłem jednego, ktory próbowałby ten akt sprzeciwu zracjonalizować. Wytłumaczyć. Znaleźć rzeczowe, a nie smakowo-zapachowo-szambiarskie argumenty. Przekonać, jeśli nie zwolenników lustracji, to choćby tych, którzy nie mają zdania. Nic z tego. Obelgi, wykrzykniki, emocje. Odwoływanie się do smaku, poczucia wyższości, pogardy dla młodych wilków wołających o zdemaskowanie donosicieli.
Nikt nie ujął tego lepiej niż dziennikarka jednej z regionalnych gazet, podsumowująca w komentarzu, że "godność ludzką zastąpiło wywlekanie esbeckich papierów". Ładnie powiedziane. Rafał Zakrzewski z "Wyborczej" by się nie powstydził. Tak właśnie przemawia się do narodu z wyżyn zarozumiałego poczucia wyższości. Co to jednak znaczy? Czy to jest dziennikarstwo? "Zdurniałam" – mogłaby powiedzieć Teresa Torańska, ale ta znakomita wywiadowczyni jest akurat zajęta analizą wizerunku prawicowego publicysty - przylizanego, chudego i połykającego głoski... Jak ogłosiła w branżowym piśmie "Press" - oczywiście z troską o dziennikarskie kanony - szokują ją młode wilki. Szokuje ją ten lustracyjny pęd. A jednocześnie szokuje ją, że taśmy Beger budziły czyjekolwiek wątpliwości. Przecież to była prawda. Ale teczek oglądać nie chce.
No i skąd ta dziwaczna, powracająca wciąż w komentarzach teza, że szacunek dla ludzkiej godności w czymkolwiek kłóci się z lustracją? Przecież ona jest właśnie przywracaniem ludzkiej godności. Osoby naprawdę warte szacunku potwierdzają swoje bohaterstwo, zaś donosiciele żyjący podwójnym życiem, zdrajcy podpowiadający bezpiece, jak zniszczyć przyjaciół, opuszczają słowniki bojowników o wolność. Oczywiście – są zagrożenia. Informacje wrażliwe czy intymne nie powinny być rzucane gawiedzi ku zabawie. A ubeckie teczki nie mogą być jedynym źródłem historycznym zastępującym cały życiorys. Drobne epizody, jak w przypadku Małgorzaty Niezabitowskiej, nie mogą rzutować na ocenę całego życia. Ale dominujący nurt myślenia w obozie prolustracyjnym unika skrajności.
Słów nie miarkują za to przeciwnicy lustracji. Także księża biskupi w kilku miejscach zdecydowanie przesadzili. Od pierwszych dni sprawy biskupa Wielgusa po akord ostatni - wciąż to samo. "Mroki" lustracji, "jakieś tam teczki", "ataki". Włączony, pewnie nieświadomie, w odruchu bezwarunkowym język postkomunistów i środowiska Adama Michnika. Kalki frazesów powtarzanych zawsze z tą samą pasją przy okazji wyrywania prawdy o księdzu Czajkowskim, Maleszce i tylu innych. Kolejny dowód na to, że znaczna część hierarchii Kościoła w ogóle nie przemyślała tej sprawy. Bo może znalazłby się choć jeden lepszy argument. Lepiej opisujący dramat środowiska najbardziej uciskanego przez SB w PRL, najbardziej bohaterskiego, złamanego zaledwie w 10 – 15 procentach. Dziś zaś mającego problem podobny do tego, jaki ma również środowisko dziennikarskie.
Niestety takiej próby nie było. I choć to z pozoru absurdalne, to w dziwacznym rozumowaniu przeciwników lustracji ma to sens. Bo kościelne komisje historyczne, komisje pamięci i troski, po prostu nie mogą nawet zacząć działać. Jeśli bowiem wchodzą w archiwa, natychmiast dzieje się z nimi to, co się stało z księdzem Isakowiczem–Zaleskim lub z komisją kościelną badającą sprawę biskupa Wielgusa. Trafiają na dokumenty tak jednoznaczne, tak trudne do podważenia, że wymuszające jednoznaczne wnioski. Nie daje się już tego kontrolować, nie daje się uciekać przed prawdą. A więc trzeba barierę ochronną ustawić dużo wcześniej - daleko przed siedzibą IPN.
Zamurowany IPN
To zresztą czuł chyba także Adam Michnik, wściekle atakując przyjętą w drugiej połowie lat 90. ustawę o IPN i ustawę lustracyjną. Dziś oczywiście jego środowisko broni rozwiązań wtedy przyjętych, ale tylko z powodów taktycznych. Po prostu nie da się archiwów zamknąć, więc trzeba wspierać wszystko, co lustrację opóźnia, utrudnia, czyni nieskuteczną i niewydolną. A już na pewno nie dopuścić do poszerzania czy lepszego egzekwowania obowiązujących praw. To dzieło toczy się pod hasłem "cywilizowanej" lustracji, choć jak 17 lat minęło, żadnego takiego projektu się nie uświadczy. Mądrość etapu nakazuje jednak kryć się z rzeczywistymi celami. Kiedy pada więc szaniec pierwszy – i drzwi archiwów zostają uchylone, natychmiast buduje się drugi. Za wszelką cenę próbuje się ograniczyć dostęp do materiałów. Gdy i to się nie udaje, rozpoczynają się apele o niewyciąganie pochopnych wniosków. A gdy okazuje się, że tylko wyjątkowi i rzadko spotykani idioci czytają je bez kontekstu i z wiarą, że są całą prawdą o człowieku, że historycy potrafią pokazać złożoność sytuacji i wyrazistość wyborów, przystępuje się do etapu "obrzydzania".
Podobnie schematycznie działają wszyscy odkrywani agenci. Urocze są te kolejne wywiady, komunikaty, oświadczenia. Zawsze pełne poczucia pokrzywdzenia, zawsze też wykazujące żelazną analizę tego, co już wiadomo. Przyznają się więc i przepraszają nawet czasami - ale tylko za to, co jawne. Kiedy oczywiste stają się ich bliskie kontakty z SB - mówią, że tak - starali się o paszport. Gdy wychodzi na jaw zapis rejestracyjny - twierdzą, że może i było coś więcej, jakaś lekkomyślność z ich strony, ale kategoria tajnego współpracownika to fałszerstwo chcącego się wykazać esbeka. Gdy pojawiają się notatki funkcjonariuszy, dawni agenci wskazują na brak ich podpisów. Gdy znajdują się raporty ręcznie napisane - apelują, by nie zgubić faktu, że oni tam nikogo po nazwisku... Wreszcie -m nie szkodzili, nie donosili. Za dużo rozmawiali. Kłamią, kłamią, kłamią. Wszyscy agenci zaprzeczają, kluczą - do końca wierni zobowiązaniu do zachowania tajemnicy. A jednocześnie tak rzadko potrafią się wycofać, schować, zadać sobie pokutę. I choć oczywiście być może nie każdy zaprzeczający, a zarejestrowany agentem rzeczywiście był, to doświadczenie uczy, że słowo agenta nic nie znaczy. Przykre, że najbardziej klinicznym przykładem takiej „kroczącej” skruchy jest niedoszły następca Prymasa Tysiąclecia i kardynała Glempa na fotelu metropolity warszawskiego. Ciekawe co jeszcze powie, jak odnajdą się wspomniane w opracowaniu Departamentu I (wywiadu) dokumenty z Departamentu IV peerelowskiego MSW, zajmującego się niszczeniem Kościoła.
Narodowa katharsis
Wciąż te same antylustracyjne klisze. Kalki tych samych kłamstw. I ani jednej logicznej - posługującej się kategoriami dobra demokracji, państwa, prawdy i uczciwości - poważnej wypowiedzi. Po prostu nic. Emocje biskupów, emocje ojca Rydzyka, emocje Niesiołowskiego, radość "Trybuny". Ale co jest kluczem? Przyczyną? Co - powtarzam to pytanie, bo jest istotą sprawy - nakazuje wyłączać podstawowe kategorie oceny, tak oczywiste, tak bezwzględnie wymuszane w innych obszarach? Co pozwala na tak długą obecność w życiu publicznym tych absurdalnych wywodów? Co ludziom posługującym się tylko obelgami pozwala na poważne funkcjonowanie w polityce i publicystyce?
Przyznaję - nie mam odpowiedzi. Zna ją chyba zresztą tylko Adam Michnik, który wychował całą generację uznającą ten język za swój, używającą tych klisz niejako naturalnie, bez konieczności samodzielnego myślenia.
Ale odpowiedź musi paść. Zaszliśmy za daleko, by dalej uważać, że jedni chcą lustracji, drudzy są przeciw, a prawda zapewne leży gdzieś pośrodku i potrzebna jest debata. Dość! Ten bełkot doprowadził polski Kościół na skraj katastrofy. Ukradł pamięć o bohaterskich zakonnicach i księżach walczących przez lata PRL, a zwłaszcza w czasach "Solidarności" o polską suwerenność, kulturę i narodowe trwanie.
Trzeba być ślepym, by nie widzieć, jak bardzo potrzebujemy lustracji i ostatecznego otwarcia archiwów. Jak bardzo musimy przejść przez ten etap. Wbrew wszystkim tym obelgom - potrzebujemy. A jeśli są jakieś argumenty przeciw, to poprosimy na stół. Bo wiemy już, że byli agenci niosą ze sobą nie tylko plamę na sumieniu, ale często także cały zestaw starych interesów, podatności na szantaże, strachu. Znamy już przykłady tego, jak bardzo byliśmy oszukiwani. Wiemy, że z dokumentów zgromadzonych przez SB - przy krytycznym i profesjonalnym spojrzeniu – można wyczytać wiele, choć nie we wszystko trzeba wierzyć. Widzimy też, że odtajniania akt nie da się już zatrzymać.
A zatem kończmy tę debatę - nie debatę. Chyba że są jakieś argumenty przeciw - o których dziś nie wiemy. Na razie słyszymy tylko bełkot i obelgi.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|