Z dzieciństwa pamiętam taki żartobliwy rysunek. Poważny profesor z poważną miną ogłasza: "<Iliady> i <Odysei> nie napisał Homer, tylko inny poeta o tym samym nazwisku" - pisze Igor Zalewski, publicysta DZIENNIKA.
Homer akurat w ogóle nie posługiwał się pismem, co tylko winno zwiększać podziw dla jego dzieła, ale zostawmy to na boku. A zajmijmy się współpracą z SB. Bo z
nią jest trochę tak jak z autorem "Iliady", który nim nie był.
Zazwyczaj, gdy z Instytutu Pamięci Narodowej wypłyną kolejne materiały obciążające kolejną znaną i poważaną osobę, powtarza się podobna sekwencja zdarzeń. Naznaczony najpierw się obrusza.
"Skandal! Ja miałbym współpracować z SB? Nigdy nie zrobiłem niczego, czego mógłbym się wstydzić!" - oświadcza gromko. Kiedy prasowe doniesienia przybierają postać - nazwijmy to tak - nieco bardziej naukową, ton i linia obrony nieco się zmieniają.
"To były ciężkie czasy. Prowadziłem ze Służbą Bezpieczeństwa niełatwą i misterną grę, ale nigdy na nikogo nie donosiłem. Nie byłem agentem" - twierdzi ofiara dziennikarsko-INP-owskiej nagonki. Potem pojawiają się kwity.
" Musiałem podpisać, ale to nic nie znaczyło. Robiłem ich w konia" - wyjawia delikwent - nieważne, czy świecki, czy duchowny (w tym ostatnim przypadku zapewnia zazwyczaj, że o jego "grze" wiedział nieżyjący już przełożony: biskup, a najlepiej prymas Wyszyński albo kardynał Wojtyła). Kiedy publiczność zapoznaje się z pseudonimem ewentualnie z pseudonimami niewspółpracującego, ten wyznaje, że pierwszy raz o nich słyszy.
"Nie mam o tym zielonego pojęcia" - ucina, nawet gdy tymi pseudonimami podpisywał raporty. Potem otwiera się czeluść IPN-owskich archiwów i zbiera się komisja zaufania publicznego, która na początku wątpi w winę oczernionego, a na końcu jest zszokowana rozmiarami współpracy. Wtedy niewspółpracujący zapewnia: "Owszem, miałem pewne kontakty z wywiadem, które zerwałem bardzo szybko".
Może nie powiniem był ich nawiązywać. Może powinienem być ostrożniejszy. Ale ze Służbą Bezpieczeństwa nigdy nie miałem nic wspólnego. Absolutnie nic. A kiedy wreszcie zalewa nas powódź dowodów współpracy, czyli raporty, dokumenty, relacje, sugestie kogo jeszcze zwerbować, komu zaszkodzić (bo bruździ) oraz pokwitowania (i to się niestety zdarza), czyli wszystko to, co zwie się teczką, wtedy niesprawiedliwie oskarżony zdobywa się na wyznanie.
"Tak. Pisałem raporty. Tak, charakteryzowałem kolegów. Tak, pomagano mi robić karierę. Tak, miałem oficera prowadzącego z SB. Ale nie wiedziałem, że te rzeczy to jest właśnie <tajna współpraca>. Trzeba było od razu mówić. Ja agenturę rozumiem zupełnie inaczej" - wyjaśnia semantyczne nieporozumienie niewspółpracujący. I kiedy w końcu przyznaje, że współpracował, to jednak nie współpracował. Wiadomo - "Iliady" nie napisał Homer, tylko inny poeta o tym samym nazwisku.
"Absolutnie nie byłem agentem. Wyraźnie sobie zażyczyłem, żeby nie nazywano mnie tajnym współpracownikiem" - zapewnia dumnie niesprawiedliwie osądzony. Ale w takim razie po co w końcu wszystkich przeprasza? A skoro przeprasza, to dlaczego tak późno? Cóż, to akurat wiadomo. Wcześniej tego nie robił, bo do samego końca miał irracjonalną nadzieję, że jakimś cudem albo psim swędem mu się upiecze. Ci niewspółpracujący mają w sobie coś z dzieci. Nawet gdy są arcybiskupami.
Zazwyczaj, gdy z Instytutu Pamięci Narodowej wypłyną kolejne materiały obciążające kolejną znaną i poważaną osobę, powtarza się podobna sekwencja zdarzeń. Naznaczony najpierw się obrusza.
"Skandal! Ja miałbym współpracować z SB? Nigdy nie zrobiłem niczego, czego mógłbym się wstydzić!" - oświadcza gromko. Kiedy prasowe doniesienia przybierają postać - nazwijmy to tak - nieco bardziej naukową, ton i linia obrony nieco się zmieniają.
"To były ciężkie czasy. Prowadziłem ze Służbą Bezpieczeństwa niełatwą i misterną grę, ale nigdy na nikogo nie donosiłem. Nie byłem agentem" - twierdzi ofiara dziennikarsko-INP-owskiej nagonki. Potem pojawiają się kwity.
" Musiałem podpisać, ale to nic nie znaczyło. Robiłem ich w konia" - wyjawia delikwent - nieważne, czy świecki, czy duchowny (w tym ostatnim przypadku zapewnia zazwyczaj, że o jego "grze" wiedział nieżyjący już przełożony: biskup, a najlepiej prymas Wyszyński albo kardynał Wojtyła). Kiedy publiczność zapoznaje się z pseudonimem ewentualnie z pseudonimami niewspółpracującego, ten wyznaje, że pierwszy raz o nich słyszy.
"Nie mam o tym zielonego pojęcia" - ucina, nawet gdy tymi pseudonimami podpisywał raporty. Potem otwiera się czeluść IPN-owskich archiwów i zbiera się komisja zaufania publicznego, która na początku wątpi w winę oczernionego, a na końcu jest zszokowana rozmiarami współpracy. Wtedy niewspółpracujący zapewnia: "Owszem, miałem pewne kontakty z wywiadem, które zerwałem bardzo szybko".
Może nie powiniem był ich nawiązywać. Może powinienem być ostrożniejszy. Ale ze Służbą Bezpieczeństwa nigdy nie miałem nic wspólnego. Absolutnie nic. A kiedy wreszcie zalewa nas powódź dowodów współpracy, czyli raporty, dokumenty, relacje, sugestie kogo jeszcze zwerbować, komu zaszkodzić (bo bruździ) oraz pokwitowania (i to się niestety zdarza), czyli wszystko to, co zwie się teczką, wtedy niesprawiedliwie oskarżony zdobywa się na wyznanie.
"Tak. Pisałem raporty. Tak, charakteryzowałem kolegów. Tak, pomagano mi robić karierę. Tak, miałem oficera prowadzącego z SB. Ale nie wiedziałem, że te rzeczy to jest właśnie <tajna współpraca>. Trzeba było od razu mówić. Ja agenturę rozumiem zupełnie inaczej" - wyjaśnia semantyczne nieporozumienie niewspółpracujący. I kiedy w końcu przyznaje, że współpracował, to jednak nie współpracował. Wiadomo - "Iliady" nie napisał Homer, tylko inny poeta o tym samym nazwisku.
"Absolutnie nie byłem agentem. Wyraźnie sobie zażyczyłem, żeby nie nazywano mnie tajnym współpracownikiem" - zapewnia dumnie niesprawiedliwie osądzony. Ale w takim razie po co w końcu wszystkich przeprasza? A skoro przeprasza, to dlaczego tak późno? Cóż, to akurat wiadomo. Wcześniej tego nie robił, bo do samego końca miał irracjonalną nadzieję, że jakimś cudem albo psim swędem mu się upiecze. Ci niewspółpracujący mają w sobie coś z dzieci. Nawet gdy są arcybiskupami.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|