Dziennik Gazeta Prawana logo

"Adwokat to strażnik Prawa"

12 października 2007, 15:50
Ten tekst przeczytasz w 8 minut
To prawda, że adwokatura jest przeżarta wieloma patologiami. Ale ich źródłem jest chore państwo - pisze w DZIENNIKU adwokat Jerzy Naumann.
Artykuł Jerzego Jachowicza zawiera wiele celnych spostrzeżeń i bezlitośnie punktuje niedomagania współczesnej polskiej palestry. Wątpliwości nasuwa jednak rozłożenie akcentów i zachwianie proporcji. Choć uczciwie - za co należą się podziękowania - zostały przypomniane pozytywne cechy i osiągnięcia adwokatów ostatniej doby, to jednak obraz, jaki został nakreślony, skupia się na najgorszych przykładach. A to adwokat oszust wyłudzający pieniądze od klientów, a to pomocnik gangstera czy wręcz adwokat gangster.

Indywidua w adwokackich togach
Może wobec tego na wstępie postawmy pierwszą tezę: owe przykłady gangsterki czy naciągania klientów w oszukańczy sposób, pośrednictwo w korupcji i temu podobne zachowania są odmianą zwykłej przestępczości. Jako takie nie mają nic, ale to nic wspólnego z wykonywaniem adwokackiego posłannictwa. Jest nieporozumieniem, że takie indywidua w ogóle noszą adwokacką togę i przynoszą ujmę całemu środowisku.

Ma rację Jerzy Jachowicz, że palestra nie ma dość sił, aby pozbywać się plew, ale które zawody dziś ją mają? W każdej grupie zawodowej znajdują niszę ludzie, którzy swoim postępowaniem sprzeniewierzają się podstawowym zasadom przestrzeganym przez większość. Tak jest w świecie nauki, polityki, w mediach czy też - o czym tak donośnie ostatnio słychać - w środowisku lekarskim. Aby nie było nieporozumień: nikt tu nikogo nie rozgrzesza, nie wybacza, nie umniejsza powagi zagrożeń. Idzie tylko o to, że choć zdarzają się oczywiście przypadki zachowań, których nie sposób tolerować, to jednak pięć i dziesięć procesów o korupcję w prokuraturze czy sądownictwie nie zmieni faktu, że 99 procent sędziów i prokuratorów nie bierze łapówek i etycznie pozostaje niezachwianie po właściwej stronie. Słowem: przypadki gangsterskich postaw adwokatów, choć obecne, są jednak ciągle wyjątkiem, a nie regułą. Kreślenie obrazu, który te proporcje odwraca, schlebia pewnej części oczekiwań, dziś mocno zresztą podgrzewanych, ale jednocześnie wykrzywia rzeczywistość. Niezasłużenie bowiem krzywdzi tych wszystkich, którym nie tylko nie można nic zarzucić, ale którzy zachowują się na co dzień przyzwoicie i odnoszą się krytycznie wobec postaw nagannych.

Choroba toczy całe państwo
Teza druga jest taka, że adwokatura jest mikroświatem, w którym można dostrzec te wszystkie bolączki, które dotykają dziś makroświat, a więc organizm państwowy. Palestra nie jest ani gorsza, ani lepsza niż wiele innych środowisk zawodowych. Wszystkie toczy podobna choroba. Bo ta choroba toczy całe państwo. Jeżeli adwokatura w coraz większym stopniu staje się inna, niż była dawniej, to tylko w śladowym zakresie sama ponosi za to winę. Bo jeżeli dane środowisko nie ma wpływu na swój skład osobowy, a ponadto zostaje pozbawione nie tylko prawa do ustalania kryteriów zawodowej przydatności, lecz odsuwa się je od udziału w badaniu spełnienia kryteriów ustalonych przez grupy wobec adwokatury zewnętrzne, to jednocześnie nikt nie ma prawa obarczać winą adwokatury za taki (tj. zły) stan rzeczy. Spójrzmy na to zdroworozsądkowo: jeśli skład drużyny będzie ustalał nie selekcjoner, lecz jakiś minister, który ponadto zajmie się zbadaniem formy zawodników, to czy ktoś przy zdrowych zmysłach będzie miał pretensję do trenera za sromotną przegraną?

Postawiliśmy poważną diagnozę o chorobie, która toczy państwo, a więc i poszczególne środowiska zawodowe, a więc i adwokaturę. Warto zatem ten wątek rozwinąć i powiedzieć cóż to za choroba. Ale to nie są miłe sprawy. Historycznie rzecz ujmując, społeczeństwa rozwijają się wokół powszechnie szanowanych wartości. Jakie to wartości, oceniają ci, którzy są uważani za elitę. Poglądy elity są szanowane, podkreślane i propagowane przez światłą władzę państwową. W ten sposób dodatnie cechy człowieczeństwa przechodzą na coraz szersze grupy społeczne. W swoich ramach wypracowują one określony zestaw norm deontologicznych, a więc zasad etycznych znajdujących zastosowanie przy wykonywaniu określonego zawodu. Nie ma żadnej różnicy, kto gdzie się znajduje na drabinie społecznej: sędzia sądzi uczciwie, a murarz - też sam z siebie - buduje proste ściany. Bo tak go wczoraj nauczono i za to jest dzisiaj chwalony.

W każdej profesji następuje pozytywna selekcja i ci, których taki proces wypchnie na szczyt, stają się autorytetami dla swojego środowiska, albo i szerzej. Następnie takie autorytety są szanowane i wywierają wpływ na innych - pod jednym wszakże warunkiem: że nie spoczywają na laurach, tylko się permanentnie starają. Bycie autorytetem to nie splendor, lecz mitręga, bo cały czas jest się na cenzurowanym; reflektory nigdy nie gasną. Bezlitosne życie codzienne, a przede wszystkim wolna prasa, pilnują autorytetów, aby się moralnie nie skorumpowały i aby stale trenowały formę.

Ryba psuje się od głowy
I mamy też zupełnie inny pomysł na państwo, a mówiąc bardziej precyzyjnie - na sposób rządzenia. Sposób ten składa się z trzech punktów. Po pierwsze zakwestionowaniu podlegają wszelkie wcześniejsze autorytety i elity. Po drugie przedstawia się je jako złe, szkodliwe, mylne. Po trzecie rolę autorytetów przejmuje na siebie władza wykonawcza, która zaczyna orzekać o tym, co warte poparcia, a czemu należy się potępienie. Szacunek dla autorytetów zostaje zastąpiony szacunkiem dla władzy. W tej formule głównym sojusznikiem jest lud, podczas gdy pierwszoplanowym winny być tak naprawdę warstwy oświecone, posiadające cenzus wykształcenia. Tak więc podstawową cechą reorientującą władzę w omawianym modelu jest antyinteligenckość. Nic w tym dziwnego, bo to wyższe warstwy społeczne lepiej orientują się w zachodzących procesach i mają instrumentarium do zdefiniowania i propagowania krytycznych ocen, siłą rzeczy - władzy nieprzychylnych.

Różnica między tymi dwoma modelami jest podstawowa: pierwszy manifestuje perspektywiczne myślenie o własnym państwie, narodzie i społeczeństwie. Podczas gdy model drugi jest wyrazem myślenia wyłącznie o możliwie najpełniejszym sprawowaniu władzy. Od zawsze wiadomo, że zasada dziel i rządź jest efektywnym stylem rządzenia pozwalającym na dłuższe utrzymanie się przy władzy niż respektowanie procedur demokratycznych. Jest jednak oczywiste, że w drugim modelu, przy zahamowaniu naturalnych procesów wymiany i samooczyszczania z patologii, dochodzi do wynaturzeń tak w sferze doboru wartości, jak i - przede wszystkim - rzeczywistego im hołdowania. Tworzy się pozorna rzeczywistość, która ma coraz więcej z rzeczywistości zadekretowanej i coraz bardziej oddala się od wartości rozwijających życie społeczne.

Moralne rozchwianie
Jeśli więc na początku obstawaliśmy przy tezie, że w adwokaturze widać jak w soczewce to wszystko, co dzieje się w makroskali, to teraz należy do tej myśli wrócić. Jerzy Jachowicz ma rację, kiedy pisze o rozchwianiu moralnym, które powoduje, że z jednej strony pozytywne zachowania nie są promowane, z drugiej zaś - z pieczar wypełzają najgorsi, a środowisko nie ma w sobie dość siły, woli i chęci, aby tę sytuację uzdrowić. Najpierw zawsze trzeba dać świadectwo wyznawanym (naprawdę, nie na niby) wartościom. Potem należy tak postępować, aby owo "naprawdę" znajdowało potwierdzenie w czynach. Nie wystarcza mówić ładne i okrągłe zdania; trzeba wierzyć w to, co się mówi.

Akurat tu - jak rzadko kiedy - można liczyć na opinię publiczną: niezależnie od wykształcenia, pochodzenia, miejsca na społecznej drabinie ludzie mają genialną, podprogową zdolność rozróżniania, kto i kiedy mówi to, w co wierzy. Tylko część - czasami dość znaczna, niestety - daje się uwieść demagogom, ale za to na krótko.

Jeżeli zatem Jerzy Jachowicz pyta, co należy w adwokaturze zmienić, aby naprawić istniejący stan rzeczy, który trudno oceniać jako zadowalający, to pierwszym warunkiem jest, aby palestra przemawiała swoim własnym głosem, odważnie i mówiła tylko to, w co prawdziwie wierzy. To nie jest trudne wyzwanie, bo adwokat jest strażnikiem Prawa i praw obywatelskich, które w społeczeństwie muszą być szanowane.

Nie mówmy zatem stale o adwokatach gangsterach, bo ich miejsce jest poza adwokaturą (prokuratorzy najlepiej wiedzą gdzie). Mówmy o odwadze i determinacji, jaką w sobie adwokatura musi znaleźć, aby, nie zabiegając o głaskanie u władzy, pilnować praw obywatelskich, których przestrzeganiu lub naruszaniu musi dawać codzienne świadectwo. Adwokatura to służba społeczna, a nie towarzystwo wzajemnej adoracji, które uwielbia tylko jeden kolor, mianowicie zielony.
Jerzy Naumann, adwokat, rzecznik dyscyplinarny Naczelnej Rady Adwokackiej, publikuje w piśmie "Palestra". Współautor książki "Wymowa prawnicza", zbioru wykładów wygłoszonych w ramach Seminarium Wymowy Prawniczej, prowadzonego przez wybitnych adwokatów i aktorów, ekspert w Centrum Monitoringu Wolności Prasy
Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj