Mój trudny okres buntu przypadł na etap prezydentury taty. Buntowałam się wtedy przeciwko wszystkim i wszystkiemu. Bardzo brakowało mi ojca. Można by nawet powiedzieć, że w pewnym momencie wychowywałam się bez ojca - choć tak naprawdę to przesada - pisze w DZIENNIKU Maria Wałęsa.
I choć mama dawała z siebie wszystko - czułam, że to niesprawiedliwe, że muszę dzielić się ojcem z siostrą Polską. Łamiąc wszelkie zasady, jakie wpajali mi
rodzice, wymuszałam na mamie, by zrozpaczona moim zachowaniem, dzwoniła do Warszawy, prosząc tatę o pomoc. W ten sposób udawało mi się rozmawiać z nim niekiedy po dwie godziny dziennie. Tak
naprawdę mój ojciec prezydent był tatą weekendowym. Bardzo nowoczesnym - myśląc dzisiejszymi kategoriami. Gdy przyjeżdżał na sobotę i niedzielę do domu, starał się z nami jak najwięcej
rozmawiać. Rozmawiał z nami na każdy niemal temat. Chciał zadośćuczynić temu, że jest nieobecny.
Spełniał wszystko, o czym zamarzyłam - lekcje tańca, kółko aktorskie, jazda konna. Zawsze czułam jednak, że nie tylko to jest mi w stanie dać. Do dziś mam poczucie, że zawsze mogę na niego liczyć. Wychował mnie na samodzielnego człowieka, który potrafi podejmować trudne decyzje.
W naszym domu był zawsze porządek i ustanowione reguły. Ojciec, odkąd pamiętam, był głową rodziny, jej niezawodnym mózgiem. Był dla mnie zawsze wzorem silnego i odpowiedzialnego mężczyzny, który potrafił wprowadzić dyscyplinę i rozwiązać każdy trudny problem. Mama zaś to ostoja i oaza spokoju - mistrzyni domowego ogniska. Mama zawsze powtarza, że rodzina to najważniejsza wartość w życiu człowieka. Że trzeba ją pielęgnować, szanować, troszczyć się o atmosferę. Nigdy nie pracowała zawodowo, ponieważ uważała, że jej powołaniem życiowym są dzieci, którym maksymalnie trzeba poświęcić czas, oddać się bezgranicznie, aby w przyszłości wyrośli z nich mądrzy ludzie. I chyba się udało. Mam wspaniałe rodzeństwo, które - podobnie jak ja - nie zamieniłoby rodziców na żadnych innych.
Tato bardzo rzadko był w domu. Zawsze był zaganiany, zapracowany. Dla niego jednak przyjcie na świat każdego dziecka było kolejnym cudem. I tak naprawdę rodzina była tak samo ważna jak ojczyzna. W swej książce pisał, że mniej więcej co dwa lata na świat przychodziły kolejne dzieci, tak że prawie każde urodziny kojarzą mu się z niecodziennym wydarzeniem.
Ja urodziłam się w okresie, kiedy tato był internowany. Zobaczył mnie podobno po raz pierwszy, gdy miałam kilka miesięcy. Mama zawiozła mnie w 1982 r. do Arłamowa, gdzie przebywał ojciec. Rodzina zawsze była dla niego priorytetem. Była i jest wartością samą w sobie. Nie należy z nim dyskutować o tym, czy coś w życiu jest ważniejsze.
Tato, mimo że nie był za często w domu, zawsze mówił, że zostawia w nim swój cień. Rzeczywiście, zawsze czułam, że ojciec gdzieś tam czuwał nad bezpieczeństwem i stabilnością rodziny. Nigdy nie zawracaliśmy mu głowy drobnostkami. Tato zajmował się kłopotami i problemami dużego kalibru.
Gdy przychodził do domu po pracy - zawsze chciał z każdym choć chwilę porozmawiać, ale czasami nie udawało mu się, ponieważ młodsze dzieci już spały. Zdarzały się jednak dni, że mogliśmy z nim być dłużej. Ojciec nigdy na nas nie krzyczał. Nie podnosił głosu, nawet jeśli go prowokowaliśmy swym zachowaniem. Uczył nas samodzielności. Chciał, żebyśmy umieli podejmować samodzielne decyzje. Powtarzał, że musimy umieć uczyć się na własnych błędach. Że wyciąganie wniosków i ponoszenie konsekwencji za swe czyny to rzecz bardzo ważna w życiu. Sam zresztą jest człowiekiem bardzo odpowiedzialnym. Tego samego od zawsze wymagał od swoich dzieci. Bardzo wysoko zawieszał nam poprzeczkę. Bardzo zależało mu, abyśmy skończyli szkołę, stali się ludźmi wykształconymi.
Uczył nas także, że w życiu bardzo ważny jest szacunek dla drugiego człowieka. Że trzeba szanować ludzi, którzy są starsi, trzeba pomagać tym, którzy potrzebują pomocy. Ojciec to człowiek wielkiego zawierzenia. Wiara jest dla niego bardzo istotną wartością. Tego też nas przez całe życie uczył. Mówił, że trzeba być pokornym człowiekiem, który czuje, że tak naprawdę nad naszym losem czuwa Bóg. Bardzo mi to imponowało w nim - że potrafi być jednocześnie, dziś powiedzieć by można, staroświeckim tradycjonalistą, ale i bardzo nowocześnie i długofalowo myślącym człowiekiem. Myślę, że nauczył mnie tego wszystkiego. A nie byłam łatwym dzieckiem. Zawsze powtarzam, że wdałam się w ojca. On też nie jest łatwym w obejściu człowiekiem.
Z wiekiem coraz bardziej doceniam to, jak rodzice prowadzili dom. Jak znakomicie potrafili się uzupełniać - tato wielki działacz, a mama - z pozoru tylko - zwykła domatorka. Mama była zawsze mamą. Ciepłą kobietą, która potrafi przytulić, pocieszyć. Starała się, jak mogła, zastępować ojca podczas jego nieobecności. W domu dzięki niej zawsze był porządek - prawdziwa rodzinna atmosfera. Mama przywiązywała bardzo dużą wagę do wspólnych posiłków. Zawsze uważała, że rodzina powinna jeść śniadania i obiady razem przy jednym stole. Określiła nawet pory posiłków. To był żelazny terminarz. Bo mama wbrew pozorom to bardzo ambitna, silna i pracowita kobieta. Zawsze mi powtarzała, że muszę się szanować, że muszę szanować starszych. Nie pozwalała mi na wiele. Nigdy nie byłyśmy przyjaciółkami czy kumpelami. Nigdy nie pozwalałam sobie na to, by traktować matkę jak koleżankę. Był czas, że miałam lekki żal do niej o to, że o wielu sprawach - jak chociażby seks - dowiaduję się ze szkoły, od koleżanek. Mama wyznaje zasadę, że na wszystko przyjdzie czas. Że wszystko we właściwym czasie przyjdzie. Zarówno mama, jak i ojciec nie tolerowali i nie tolerują kłamstwa. Od małego uczyli nas, że kłamstwo ma krótkie nogi.
Czuję, że rodzice bardzo dobrze mnie wychowali. Mam poczucie, że przekazali mi prawdy, które są w życiu najważniejsze. Ustalili mi i mojemu rodzeństwu hierarchię wartości. Wpoili, że najważniejsze to być sobą. Na każde dziecko mieli ten sam pomysł - to musi być dobry, mądry i prawy człowiek. Taki, który nie będzie wstydził się własnej rodziny, który nie będzie wstydził się własnej religii. Nie zawód i nie stopień naukowy są najważniejsze, ale to, czy jest się przyzwoitym człowiekiem.
I choć nie spełniło się pragnienie ojca, żeby jeden z synów był księdzem, a jedna z córek zakonnicą, to myślę, że rodzice mają poczucie dobrze spełnionego obowiązku, bo naprawdę dobrze wychowali swoje dzieci. Dziś wszyscy spotykamy się na sobotnio-niedzielnych obiadach u rodziców. Mama tak jak dziesięć lat temu krzątała się przy kuchni, tak robi to i teraz. Dom lśni, obiad pachnie. Mama wciąż troszczy się o to, by rodzina była prawdziwą wspólnotą, która wzajemnie o siebie dba.
Spełniał wszystko, o czym zamarzyłam - lekcje tańca, kółko aktorskie, jazda konna. Zawsze czułam jednak, że nie tylko to jest mi w stanie dać. Do dziś mam poczucie, że zawsze mogę na niego liczyć. Wychował mnie na samodzielnego człowieka, który potrafi podejmować trudne decyzje.
W naszym domu był zawsze porządek i ustanowione reguły. Ojciec, odkąd pamiętam, był głową rodziny, jej niezawodnym mózgiem. Był dla mnie zawsze wzorem silnego i odpowiedzialnego mężczyzny, który potrafił wprowadzić dyscyplinę i rozwiązać każdy trudny problem. Mama zaś to ostoja i oaza spokoju - mistrzyni domowego ogniska. Mama zawsze powtarza, że rodzina to najważniejsza wartość w życiu człowieka. Że trzeba ją pielęgnować, szanować, troszczyć się o atmosferę. Nigdy nie pracowała zawodowo, ponieważ uważała, że jej powołaniem życiowym są dzieci, którym maksymalnie trzeba poświęcić czas, oddać się bezgranicznie, aby w przyszłości wyrośli z nich mądrzy ludzie. I chyba się udało. Mam wspaniałe rodzeństwo, które - podobnie jak ja - nie zamieniłoby rodziców na żadnych innych.
Tato bardzo rzadko był w domu. Zawsze był zaganiany, zapracowany. Dla niego jednak przyjcie na świat każdego dziecka było kolejnym cudem. I tak naprawdę rodzina była tak samo ważna jak ojczyzna. W swej książce pisał, że mniej więcej co dwa lata na świat przychodziły kolejne dzieci, tak że prawie każde urodziny kojarzą mu się z niecodziennym wydarzeniem.
Ja urodziłam się w okresie, kiedy tato był internowany. Zobaczył mnie podobno po raz pierwszy, gdy miałam kilka miesięcy. Mama zawiozła mnie w 1982 r. do Arłamowa, gdzie przebywał ojciec. Rodzina zawsze była dla niego priorytetem. Była i jest wartością samą w sobie. Nie należy z nim dyskutować o tym, czy coś w życiu jest ważniejsze.
Tato, mimo że nie był za często w domu, zawsze mówił, że zostawia w nim swój cień. Rzeczywiście, zawsze czułam, że ojciec gdzieś tam czuwał nad bezpieczeństwem i stabilnością rodziny. Nigdy nie zawracaliśmy mu głowy drobnostkami. Tato zajmował się kłopotami i problemami dużego kalibru.
Gdy przychodził do domu po pracy - zawsze chciał z każdym choć chwilę porozmawiać, ale czasami nie udawało mu się, ponieważ młodsze dzieci już spały. Zdarzały się jednak dni, że mogliśmy z nim być dłużej. Ojciec nigdy na nas nie krzyczał. Nie podnosił głosu, nawet jeśli go prowokowaliśmy swym zachowaniem. Uczył nas samodzielności. Chciał, żebyśmy umieli podejmować samodzielne decyzje. Powtarzał, że musimy umieć uczyć się na własnych błędach. Że wyciąganie wniosków i ponoszenie konsekwencji za swe czyny to rzecz bardzo ważna w życiu. Sam zresztą jest człowiekiem bardzo odpowiedzialnym. Tego samego od zawsze wymagał od swoich dzieci. Bardzo wysoko zawieszał nam poprzeczkę. Bardzo zależało mu, abyśmy skończyli szkołę, stali się ludźmi wykształconymi.
Uczył nas także, że w życiu bardzo ważny jest szacunek dla drugiego człowieka. Że trzeba szanować ludzi, którzy są starsi, trzeba pomagać tym, którzy potrzebują pomocy. Ojciec to człowiek wielkiego zawierzenia. Wiara jest dla niego bardzo istotną wartością. Tego też nas przez całe życie uczył. Mówił, że trzeba być pokornym człowiekiem, który czuje, że tak naprawdę nad naszym losem czuwa Bóg. Bardzo mi to imponowało w nim - że potrafi być jednocześnie, dziś powiedzieć by można, staroświeckim tradycjonalistą, ale i bardzo nowocześnie i długofalowo myślącym człowiekiem. Myślę, że nauczył mnie tego wszystkiego. A nie byłam łatwym dzieckiem. Zawsze powtarzam, że wdałam się w ojca. On też nie jest łatwym w obejściu człowiekiem.
Z wiekiem coraz bardziej doceniam to, jak rodzice prowadzili dom. Jak znakomicie potrafili się uzupełniać - tato wielki działacz, a mama - z pozoru tylko - zwykła domatorka. Mama była zawsze mamą. Ciepłą kobietą, która potrafi przytulić, pocieszyć. Starała się, jak mogła, zastępować ojca podczas jego nieobecności. W domu dzięki niej zawsze był porządek - prawdziwa rodzinna atmosfera. Mama przywiązywała bardzo dużą wagę do wspólnych posiłków. Zawsze uważała, że rodzina powinna jeść śniadania i obiady razem przy jednym stole. Określiła nawet pory posiłków. To był żelazny terminarz. Bo mama wbrew pozorom to bardzo ambitna, silna i pracowita kobieta. Zawsze mi powtarzała, że muszę się szanować, że muszę szanować starszych. Nie pozwalała mi na wiele. Nigdy nie byłyśmy przyjaciółkami czy kumpelami. Nigdy nie pozwalałam sobie na to, by traktować matkę jak koleżankę. Był czas, że miałam lekki żal do niej o to, że o wielu sprawach - jak chociażby seks - dowiaduję się ze szkoły, od koleżanek. Mama wyznaje zasadę, że na wszystko przyjdzie czas. Że wszystko we właściwym czasie przyjdzie. Zarówno mama, jak i ojciec nie tolerowali i nie tolerują kłamstwa. Od małego uczyli nas, że kłamstwo ma krótkie nogi.
Czuję, że rodzice bardzo dobrze mnie wychowali. Mam poczucie, że przekazali mi prawdy, które są w życiu najważniejsze. Ustalili mi i mojemu rodzeństwu hierarchię wartości. Wpoili, że najważniejsze to być sobą. Na każde dziecko mieli ten sam pomysł - to musi być dobry, mądry i prawy człowiek. Taki, który nie będzie wstydził się własnej rodziny, który nie będzie wstydził się własnej religii. Nie zawód i nie stopień naukowy są najważniejsze, ale to, czy jest się przyzwoitym człowiekiem.
I choć nie spełniło się pragnienie ojca, żeby jeden z synów był księdzem, a jedna z córek zakonnicą, to myślę, że rodzice mają poczucie dobrze spełnionego obowiązku, bo naprawdę dobrze wychowali swoje dzieci. Dziś wszyscy spotykamy się na sobotnio-niedzielnych obiadach u rodziców. Mama tak jak dziesięć lat temu krzątała się przy kuchni, tak robi to i teraz. Dom lśni, obiad pachnie. Mama wciąż troszczy się o to, by rodzina była prawdziwą wspólnotą, która wzajemnie o siebie dba.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|