Wystarczy, żeby rzecznik praw dziecka zajął się tylko tymi przypadkami łamania praw dziecka, które opisuje "Fakt". Już miałby co robić. Bardzo żałuję, że nie widać takiej aktywności - pisze w "Fakcie" posłanaka SLD Katarzyna Piekarska, która od wielu lat zajmuje się pomocą dzieciom.
Pierwszym krokiem do tego, żeby przeciwdziałać maltretowaniu dzieci, jest właściwe rozpoznanie problemu. Kilka miesięcy temu media obiegła dramatyczna informacja o
śmierci 4-letniego Oskarka zamordowanego przez swoich opiekunów. Przypadków, kiedy z dziećmi dzieje się coś niewłaściwego, jest znacznie więcej.
Problem nie polega na tym, że pracownicy ośrodków pomocy społecznej czy kuratorzy nie odwiedzają dysfunkcyjnych rodzin. Po prostu rozpoznanie, że dziecko jest maltretowane, nie jest łatwe. Na pozór wszystko może wydawać się normalne. Podczas wizyty kuratorów w domu nie ma krzyków, jest posprzątane, dziecko ogląda telewizję. Pracownicy społeczni mają wielu podopiecznych, mogą coś przeoczyć. Po ujawnieniu drastycznych przypadków przemocy wobec dzieci, wielu kuratorów chciało zrezygnować z pracy z nimi. Dlatego bardzo ważne jest organizowanie kursów dla pracowników, którzy stykają się z rodzinami patologicznymi, aby potrafili rozpoznać syndrom dziecka maltretowanego.
Za takie szkolenie odpowiedzialne powinny być np. samorządy, gminy. Bardzo duże pole do działania dała ustawa o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie - tam jest mowa o rozmaitych szkoleniach na różnych szczeblach. Takie kursy mogłyby być też organizowane podczas aplikacji kuratorskich. Efektem zdiagnozowania patologii w rodzinie powinna być przede wszystkim pomoc. Zabranie dziecka z rodzinnego domu to ostateczność. Dziecko ma prawo do życia w rodzinie i trzeba robić - o ile to możliwe - absolutnie wszystko, żeby wychowywało się z rodzicami.
Jednym ze sposobów pomocy dzieciom, których los nie oszczędza, jest jak najwcześniejsze objęcie ich obowiązkiem przedszkolnym. Tam, gdzie przedszkoli nie ma, gminy mogłyby organizować paraprzedszkola, do których kilkulatki mogłyby przychodzić dwa czy trzy dni w tygodniu na parę godzin. Zajęcia przedszkolne w grupie rówieśników zapewniają lepszy start w szkole. Ponadto dzieci uczą się zachowań społecznych, lepiej się rozwijają. Poza tym, kiedy dziecko wychodzi z domu, nauczyciele, opiekunowie przedszkolni mają szansę zauważyć, że dzieje się z nim coś złego. O ile starsze dzieci mogą się poskarżyć, o tyle kilkuletnie maluchy nie powiedzą o swojej krzywdzie. Dlatego wychowawcom przedszkolnym też przydałyby się szkolenia, o których wcześniej wspominałam.
Instytucją, która mogłaby w znaczący sposób pomóc dzieciakom, jest rzecznik praw dziecka. Kiedy wnosiłam pod obrady Sejmu ustawę o powołaniu rzecznika, sądziłam, że będzie on czerpał wzór z państw skandynawskich. Tam RPD jest inicjatorem wiedzy o prawach dziecka, który interweniuje, jest publicznie znany. Chciałabym, aby również w Polsce do rzecznika mogło zwrócić się każde dziecko. Można byłoby stworzyć bezpłatną infolinię – prosty numer, telefon w każdej szkole. Niestety, takiego telefonu nie ma, a obecny rzecznik jest jeszcze bardziej anonimowy niż poprzedni. Rola rzecznika jest olbrzymia, a ciągle niewykorzystana. Mógłby przecież inicjować akcje promujące np. niestosowanie kar cielesnych wobec dzieci. Wystarczy, żeby RPD zajął się tylko tymi przypadkami łamania praw dziecka, które opisuje "Fakt". Już miałby co robić. Bardzo żałuję, że nie widać takiej aktywności. Może warto pomyśleć wobec tego o powołaniu pełnomocnika rządu ds. dzieci, który koordynowałby działania władzy wykonawczej w tej dziedzinie.
Aby pomóc nieco starszym dzieciom z patologicznych rodzin, potrzebne są m.in. stypendia i wyprawki. Porządna edukacja tych dzieci to dla nich okno na świat. Dziś wyprawki otrzymują jedynie pierwszoklasiści. Z chwilą poprawiania się sytuacji budżetowej należałoby pomyśleć także o starszych dzieciach. Ważne jest też dalsze rozwijanie systemu stypendialnego. Warto rozważyć pomysł, żeby jeden procent podatku, którego podatnicy nie oddadzą na konkretny cel, przekazać właśnie na fundusz stypendialny. Edukacja to droga do tego, żeby dzieci uniknęły błędów rodziców, żeby nie dziedziczyły biedy czy przemocy. W tym kontekście trzeba wspomnieć też o zajęciach pozalekcyjnych. Jestem mamą 7-latka, który chodzi teraz do pierwszej klasy, i wiem, jak ważne jest wspólne odrabianie zadań domowych. W rodzinach dysfunkcyjnych nikt nie przejmuje się tym, czy dziecko ma odrobione lekcje, czy jest przygotowane do klasówki. Dzieci robią sobie w ten sposób ogromne zaległości i z czasem zupełnie tracą zainteresowanie nauką. Dużą rolę mogą tu odegrać właśnie zajęcia pozalekcyjne, np. na świetlicy. Nieocenione są też starania, żeby dzieciaki poza szkołą miały też inne zainteresowania. Chodzi o to, aby dzieci zamiast siedzieć pod blokiem, kopały na przykład w piłkę czy tańczyły w zespole folklorystycznym. Tu znów pole do działania mają samorządowcy. Takie zajęcia pozaszkolne stosunkowo niewiele kosztują, ale dają olbrzymie efekty.
Wymierne efekty, jeśli chodzi o kontrolę nad dziećmi, dają też mniejsze klasy i szkoły. Ważne jest, aby pomagać niewielkim gminom utrzymać małe szkoły. Poza nauką pełnią też w pewnym sensie rolę ośrodków kulturalnych. W dużych szkołach molochach nauczyciele nie mają kontroli nad uczniami. Dzieciaki nie identyfikują się ze szkołą, a nauczyciel nie identyfikuje się z klasą. W małych klasach nauczyciel wie, że u Kowalskich źle się dzieje, i na ich syna czy córkę trzeba zwrócić szczególną uwagę. Przy niewielkiej liczbie dzieci łatwiej też wychwycić, że jakieś jest bite, i zaradzić takiej sytuacji.
Katarzyna Piekarska jest kolejną osobą, która w "Fakcie" przedstawia program pomocy maltretowanym dzieciom. Jako pierwsza głos zabrała Maria Kaczyńska.
Problem nie polega na tym, że pracownicy ośrodków pomocy społecznej czy kuratorzy nie odwiedzają dysfunkcyjnych rodzin. Po prostu rozpoznanie, że dziecko jest maltretowane, nie jest łatwe. Na pozór wszystko może wydawać się normalne. Podczas wizyty kuratorów w domu nie ma krzyków, jest posprzątane, dziecko ogląda telewizję. Pracownicy społeczni mają wielu podopiecznych, mogą coś przeoczyć. Po ujawnieniu drastycznych przypadków przemocy wobec dzieci, wielu kuratorów chciało zrezygnować z pracy z nimi. Dlatego bardzo ważne jest organizowanie kursów dla pracowników, którzy stykają się z rodzinami patologicznymi, aby potrafili rozpoznać syndrom dziecka maltretowanego.
Za takie szkolenie odpowiedzialne powinny być np. samorządy, gminy. Bardzo duże pole do działania dała ustawa o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie - tam jest mowa o rozmaitych szkoleniach na różnych szczeblach. Takie kursy mogłyby być też organizowane podczas aplikacji kuratorskich. Efektem zdiagnozowania patologii w rodzinie powinna być przede wszystkim pomoc. Zabranie dziecka z rodzinnego domu to ostateczność. Dziecko ma prawo do życia w rodzinie i trzeba robić - o ile to możliwe - absolutnie wszystko, żeby wychowywało się z rodzicami.
Jednym ze sposobów pomocy dzieciom, których los nie oszczędza, jest jak najwcześniejsze objęcie ich obowiązkiem przedszkolnym. Tam, gdzie przedszkoli nie ma, gminy mogłyby organizować paraprzedszkola, do których kilkulatki mogłyby przychodzić dwa czy trzy dni w tygodniu na parę godzin. Zajęcia przedszkolne w grupie rówieśników zapewniają lepszy start w szkole. Ponadto dzieci uczą się zachowań społecznych, lepiej się rozwijają. Poza tym, kiedy dziecko wychodzi z domu, nauczyciele, opiekunowie przedszkolni mają szansę zauważyć, że dzieje się z nim coś złego. O ile starsze dzieci mogą się poskarżyć, o tyle kilkuletnie maluchy nie powiedzą o swojej krzywdzie. Dlatego wychowawcom przedszkolnym też przydałyby się szkolenia, o których wcześniej wspominałam.
Instytucją, która mogłaby w znaczący sposób pomóc dzieciakom, jest rzecznik praw dziecka. Kiedy wnosiłam pod obrady Sejmu ustawę o powołaniu rzecznika, sądziłam, że będzie on czerpał wzór z państw skandynawskich. Tam RPD jest inicjatorem wiedzy o prawach dziecka, który interweniuje, jest publicznie znany. Chciałabym, aby również w Polsce do rzecznika mogło zwrócić się każde dziecko. Można byłoby stworzyć bezpłatną infolinię – prosty numer, telefon w każdej szkole. Niestety, takiego telefonu nie ma, a obecny rzecznik jest jeszcze bardziej anonimowy niż poprzedni. Rola rzecznika jest olbrzymia, a ciągle niewykorzystana. Mógłby przecież inicjować akcje promujące np. niestosowanie kar cielesnych wobec dzieci. Wystarczy, żeby RPD zajął się tylko tymi przypadkami łamania praw dziecka, które opisuje "Fakt". Już miałby co robić. Bardzo żałuję, że nie widać takiej aktywności. Może warto pomyśleć wobec tego o powołaniu pełnomocnika rządu ds. dzieci, który koordynowałby działania władzy wykonawczej w tej dziedzinie.
Aby pomóc nieco starszym dzieciom z patologicznych rodzin, potrzebne są m.in. stypendia i wyprawki. Porządna edukacja tych dzieci to dla nich okno na świat. Dziś wyprawki otrzymują jedynie pierwszoklasiści. Z chwilą poprawiania się sytuacji budżetowej należałoby pomyśleć także o starszych dzieciach. Ważne jest też dalsze rozwijanie systemu stypendialnego. Warto rozważyć pomysł, żeby jeden procent podatku, którego podatnicy nie oddadzą na konkretny cel, przekazać właśnie na fundusz stypendialny. Edukacja to droga do tego, żeby dzieci uniknęły błędów rodziców, żeby nie dziedziczyły biedy czy przemocy. W tym kontekście trzeba wspomnieć też o zajęciach pozalekcyjnych. Jestem mamą 7-latka, który chodzi teraz do pierwszej klasy, i wiem, jak ważne jest wspólne odrabianie zadań domowych. W rodzinach dysfunkcyjnych nikt nie przejmuje się tym, czy dziecko ma odrobione lekcje, czy jest przygotowane do klasówki. Dzieci robią sobie w ten sposób ogromne zaległości i z czasem zupełnie tracą zainteresowanie nauką. Dużą rolę mogą tu odegrać właśnie zajęcia pozalekcyjne, np. na świetlicy. Nieocenione są też starania, żeby dzieciaki poza szkołą miały też inne zainteresowania. Chodzi o to, aby dzieci zamiast siedzieć pod blokiem, kopały na przykład w piłkę czy tańczyły w zespole folklorystycznym. Tu znów pole do działania mają samorządowcy. Takie zajęcia pozaszkolne stosunkowo niewiele kosztują, ale dają olbrzymie efekty.
Wymierne efekty, jeśli chodzi o kontrolę nad dziećmi, dają też mniejsze klasy i szkoły. Ważne jest, aby pomagać niewielkim gminom utrzymać małe szkoły. Poza nauką pełnią też w pewnym sensie rolę ośrodków kulturalnych. W dużych szkołach molochach nauczyciele nie mają kontroli nad uczniami. Dzieciaki nie identyfikują się ze szkołą, a nauczyciel nie identyfikuje się z klasą. W małych klasach nauczyciel wie, że u Kowalskich źle się dzieje, i na ich syna czy córkę trzeba zwrócić szczególną uwagę. Przy niewielkiej liczbie dzieci łatwiej też wychwycić, że jakieś jest bite, i zaradzić takiej sytuacji.
Katarzyna Piekarska jest kolejną osobą, która w "Fakcie" przedstawia program pomocy maltretowanym dzieciom. Jako pierwsza głos zabrała Maria Kaczyńska.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|