Dziennik Gazeta Prawana logo

Co zrobić? Ratować dziecko czy siebie?

13 października 2007, 14:59
Ten tekst przeczytasz w 9 minut
Historia Anny Radosz, zmarłej na raka Polki ze Szkocji, która zrezygnowała z chemioterapii, bo bała się, że leczenie zaszkodzi jej nienarodzonemu dziecku, poruszyła wszystkich. Na łamach DZIENNIKA kobiety mediów zastanawiają się, co zrobiłyby, gdyby znalazły się w takiej sytuacji.


Barbara Kasprzycka
dziennikarka działu opinie
Jeżeli dowiaduję się, że uratuję albo siebie, albo dziecko, to wyrok, który wydaję jako sędzia we własnej sprawie, brzmi: chyba ja.

Są pytania, których zadawać nie wolno. Lepiej ich nie stawiać nawet samemu sobie. Czy kochasz bardziej mamusię, czy tatusia? Syneczka czy córeczkę? Siebie czy sześciomiesięczny płód w twoim brzuchu?

Niestety, w ekstremalnych sytuacjach ma czelność je zadawać samo życie. Trzeba też wiele czelności, żeby wobec takich tragicznych wyborów gdybać i dawać odpowiedź, nie przeżywszy tego samego. Więc z całą tą czelnością zastanawiam się dziś, kim było dla mnie moje dziecko, kiedy miało sześć miesięcy? Już kopało, ale wciąż nie potrafiłam z nim rozmawiać. Było już częścią mojego życia, jeśli nie najważniejszą, to bardzo ważną, ale wciąż było z tym życiem i tym światem mniej związane niż ja. Jeżeli w ogóle umiem wyobrazić sobie, co czuje matka spodziewająca się dziecka, kiedy dowiaduje się, że uratuje albo siebie, albo dziecko, to wyrok, który wydaję jako sędzia we własnej sprawie, brzmi: chyba ja. Muszę i chcę żyć dla ludzi, których kocham, wobec których mam obowiązki, którzy ze mną związali swoje życie, we mnie zainwestowali, na mnie liczą dziś i w przyszłości.

Dla siebie też chcę żyć. A więc rządzi prawo dżungli? Wygrywam, bo jestem większa, silniejsza i to do mnie należy decyzja? I potem stoję jako ta, która przeżyła. Tylko nie wiem, czy wiedziałabym, co dalej z tym życiem zrobić.


Renata Kim
szefowa działu opinie
Gdybym miała wybór: dziecko albo ja, chciałabym, tak jak uczyniła ta kobieta, donosić ciążę i wierzyć, że jakimś cudem uda mi się wygrać z chorobą

Matki na całym świecie mówią, że oddałyby za swoje dziecko życie. Że gdyby tylko musiały, zrobiłyby to na pewno. Na szczęście rzadko muszą.

Jestem matką i nie mam pojęcia, co zrobiłabym, gdybym się dowiedziała, że aby żyć, będę musiała poświęcić moje dziecko. Bo taką właśnie decyzję miała podjąć kobieta, która w szóstym miesiącu ciąży dowiedziała się, że łagodny dotąd czerniak przekształcił się w złośliwego i konieczna jest chemioterapia. A to leczenie z pewnością zabije dziecko.

Naprawdę nie wiem, co zrobiłabym w takiej sytuacji. Czy desperacko próbowałabym ratować własne życie, czy myślałabym raczej o ratowaniu malucha? Co byłoby dla mnie ważniejsze? Czego chciałby mój mąż? Nie wiem i niech nikt mi nie mówi, że potrafi sobie wyobrazić taki trudny wybór.
Ale wiem dobrze, co ja - zdrowa i myśląca jedynie teoretycznie - chciałabym zrobić. Chciałabym, dokładnie tak jak uczyniła ta 27-letnia kobieta, donosić ciążę. Chciałabym, tak jak ona, desperacko wierzyć, że jakimś cudem uda mi się wygrać z chorobą i mieć dziecko. I jeszcze chciałabym udowodnić, że wszystko to, co myślałam wcześniej o sobie jako o człowieku, było prawdziwe. I że byłabym gotowa oddać życie za dziecko, także to nienarodzone. Tak chciałabym zrobić, ja zdrowa i teoretyzująca. I nadal nie wiem, co zrobiłabym naprawdę.


Dorota Gawryluk
dziennikarka Polsatu
Nie wiem, co zrobiłabym na jej miejscu, bo póki człowiek sam nie przeżyje takiego doświadczenia, może jedynie butnie powiedzieć, że zrobiłby tak samo.

Trudno mi sobie wyobrazić siebie w sytuacji Anny Radosz, a jeszcze trudniej podejmującą decyzję: życie dziecka czy życie moje. Nie wiem, co zrobiłabym na jej miejscu, bo póki człowiek sam nie przeżyje takiego doświadczenia, może jedynie butnie powiedzieć, że zrobiłby tak samo albo - jeśli zna siebie na tyle dobrze - że nie, nie byłoby mnie na to stać.

Nie wiem, czy byłoby mnie na to stać. Przypadek pani Radosz jest przypadkiem wyjątkowego poświęcenia. Ludzie nie są na co dzień bohaterami. Choć bywa, że człowiek postawiony w sytuacji skrajnej, ostatecznej jest zdolny do niezwykłego heroizmu. Zwłaszcza gdy chodzi o poświęcenie dla drugiego człowieka.

Jeśli w grę wchodzi dziecko - bezbronna istota w pełni zależna od świata zewnętrznego - każda matka w pierwszym odruchu emocjonalnym zadeklaruje, że tak, chce jego dobra. I znajdzie w sobie argumenty bez względu na to, czy siebie zna. Powie, że tak, że zrobi wszystko, byle tylko dziecko żyło. Ale jakby to wyglądało w rzeczywistości, trudno powiedzieć. Więc nie umiem przewidzieć, czy sama też bym tak postąpiła jak pani Anna. Nie wiem, czy jestem na tyle silna, nie znam na tyle siebie. Gdybym powiedziała, że tak, byłaby to buta z mojej strony.

Oczywiście, ten przypadek można też rozważać na zasadzie ważenia szans. Czy mogę przezwyciężyć chorobę, czy nie. Walkę o życie mogę przegrać, a dziecko już teraz ma więcej szans niż ja.

Nie sądzę też, że taka decyzja matki skazuje dziecko na życie z piętnem osoby, która zawdzięcza swoje istnienie śmierci własnej rodzicielki. Jest to wręcz pokazanie mu drogi, że ktoś potrafił podjąć taką decyzję, dać świadectwo wyznawanym wartościom.


Justyna Pochanke
dziennikarka TVN
Gdyby los postawił mnie przed tak dramatycznym wyborem, zaryzykowałabym. Próbowałabym uratować i siebie, i dziecko. W takich sytuacjach człowiek wierzy, że może przechytrzyć los. Dziecko zaś jest orężem w walce z chorobą. To ono daje siłę.

W mojej rodzinie również miała miejsce taka sytuacja. Dotknęła kobiety w moim wieku. W czasie ciąży dowiedziała się, że ma nowotwór - a wiadomo: ciąża i płód to doskonała pożywka dla raka. Mimo wszystko nie zdecydowała się na chemię, bo ta byłaby równoznaczna z aborcją. Dziecko nie miałoby absolutnie żadnych szans na przeżycie. Po urodzeniu podjęła drugą, jeszcze bardziej dramatyczną decyzję. Nie rozpoczęła leczenia, bo to z kolei nie pozwoliłoby jej karmić piersią. Potem próby chemii nie dały już żadnych rezultatów. Zmarła. Córeczka jest sierotą.

Zastanawiałam się wtedy, co ja bym zrobiła w takiej sytuacji. Teraz też się zastanawiam. I nie wiem tak naprawdę. Zresztą, która kobieta ma przygotowaną odpowiedź na takie pytanie. W takich momentach łączą się dwa skrajne i jednocześnie najsilniejsze uczucia: największa radość i strach przed śmiercią. Wtedy rozpoczyna się walka i do końca nie wiadomo, ktre z tych uczuć zwycięży.

Gdyby jednak los postawił mnie przed tak dramatycznym wyborem, to mając w pamięci historie tych kobiet - zarówno tej z rodziny, jak i Anny Radosz - mogłyby one zadziałać jako rodzaj przestrogi. Że to wyczekane, upragnione dziecko przeze mnie będzie sierotą, a ja nigdy nie zobaczę, jak ono rośnie, jak się rozwija. Z drugiej strony człowiek zawsze myśli, że może przechytrzyć los. Że choć innym się nie udało, to jemu się uda. Właśnie tym myśleniem mogłabym się kierować, dokonując wyboru. Miałabym nadzieję, że los nie okaże się aż tak złośliwy i że nie ześle drugiej bomby.

I jak sądzę, mimo ostrzeżeń lekarzy przed tym, że ciąża jest dla nowotworu zabójczą pożywką i nie należy ryzykować, lecz ratować własne życie, pomyślałabym: zaryzykuję, spróbuję ratować i siebie, i dziecko. Bo myślę, że właśnie tak było w przypadku Anny Radosz. A pokusa, by zaryzykować, w takiej sytuacji jest olbrzymia - żaden lekarz nigdy nie da stuprocentowej pewności zarówno co do wygranej z chorobą, jak i przegranej. Myślę, że dla każdej kobiety dziecko jest orężem w walce z chorobą. To ono daje siłę, by potem spróbować zawalczyć o siebie.


Katarzyna Kolenda-Zaleska
dziennikarka TVN
Podziwiam tę kobietę. Dla mnie jest dowodem na to, że święci są wśród nas. Poświęcenie nie gwarantuje nagrody.

Urodziłabym dziecko, gdybym miała choć cień szansy, że zaraz po porodzie możliwe jest skuteczne leczenie nowotworu. Nie zawahałabym się. Tak - jak sądzę - myślała również Anna Radosz. Zaczynała przecież wstępne przygotowania do terapii genowej.

Ale takiego pytania nie chciałaby nigdy usłyszeć żadna kobieta. Żadna nie chciałaby stanąć oko w oko z takim dylematem. Bo tu nie tylko chodzi o zdrowie, ale również o wiele przemyśleń moralnych. Nigdy nie chciałabym stanąć na miejscu Anny Radosz. Nigdy nie chciałabym wybierać między życiem a śmiercią. Dlatego bardzo ciężko - i tylko czysto teoretycznie - odpowiadam na to pytanie. Dla mnie - kobiety i matki - dziecko zawsze jest najważniejsze. To priorytet, który przysłania bardzo często rozsądek. Zwłaszcza w takiej sytuacji. Matka nigdy nie będzie egoistką. Zawsze poświęci życie dla dziecka. W tej sytuacji są jednak szczególne okoliczności.

Nowotwór, zwłaszcza u kobiety w ciąży, staje się dwukrotnie groźniejszy. Dlatego o ile wiem, co bym zrobiła teraz, gdy moje dziecko żyje i jest zdrowe, o tyle naprawdę nie chcę myśleć, jak faktycznie postąpiłabym, gdybym dowiedziała się o raku, będąc w ciąży.


Zuzanna Dąbrowska
zastępca szefa działu polityka
Czuję złość na myśl, że ta historia zostanie przez kogoś wykorzystana do moralnego szantażu: "Ania tak zrobiła, więc każda kobieta powinna tak się zachować".

Nie chcę o tym pisać. Nie chcę o tym myśleć. Nie wiem, co bym zrobiła na miejscu Ani. Może w ogóle bałabym się zajść w ciążę do czasu oddalenia zagrożenia. Od nikogo nie wolno żądać ocen i prorokowania „co by było gdyby. Wszystko, co się napisze na ten temat, będzie wartościowaniem, które wydaje się kompletnie niestosowne. Bohaterstwa się nie ocenia. Jedynym człowiekiem, który kiedyś będzie mógł to zrobić, jest syn Ani, Oskar. Jego los i życie będą odpowiedzią na moralne dylematy. Czy będzie szczęśliwym człowiekiem?

Mam tylko nadzieję, że w tak dramatycznej sytuacji nie zostałabym sama. Najtrudniejsze wybory łatwiej jest podjąć, kiedy można się przejrzeć w oczach najbliższych, przyjaciół czy nawet obcych ludzi, którzy decydują się pomóc. Wierzę, że Ania nie była sama.

Ale czuję złość na myśl, że ta historia zostanie przez kogoś wykorzystana do moralnego szantażu: "Ania tak zrobiła, więc każda kobieta powinna tak się zachować". Moralni sędziowie będą posługiwać się tym przykładem, by osądzać inne ludzkie dramaty, w obliczu których sami nigdy nie stanęli.

Nie istnieją uniwersalne wzorce poświęcenia. Jej dramat i decyzja mogą tylko pomóc w uświadomieniu sobie, że zawsze jest wybór. I że dokonanie go wcale nie gwarantuje, że wszystko skończy się dobrze. Happy end i nagroda za poświęcenie są wymysłem scenarzystów telenowel.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj