Dziennik Gazeta Prawana logo

"Co będzie dalej z lustracją"

13 października 2007, 15:02
Ten tekst przeczytasz w 8 minut
Lustracja nie przeorze polskich elit, bo w dużej części nie są one zdolne do potępienia byłych agentów, nie odczuwają żadnej potrzeby oczyszczenia. Bardziej ufają swojej sile i przywilejom, niż martwią się ryzykiem utraty dobrego imienia - pisze Michał Karnowski, publicysta DZIENNIKA.
W tydzień po werdykcie Trybunału Konstytucyjnego masakrującym ustawę lustracyjną wyraźnie widać, że polskiej polityce grozi dalsze grzęźnięcie w tym temacie.

Jego efektem jest także odcięcie od zgromadzonych w Instytucie Pamięci Narodowej materiałów dziennikarzy i naukowców. Równocześnie im dłużej czytamy uzasadnienie wygłoszonego przez prezesa Jerzego Stępnia wyroku, tym mocniej widać w nim publicystyczną zaciętość. Zwłaszcza w miejscach, gdzie Trybunał nie tylko odrzucił nowe rozwiązania prawne, jak lista agentów, ale wręcz cofnął to, co wydawało się oczywiste - jak prawo do badania tych materiałów czy sankcje za niezłożenie oświadczenia lustracyjnego.

Krajobraz po bitwie

Nie zaskakują reakcje głównych stron tego sporu. Prezydent, premier i cały obóz IV RP zgodnie z zapowiedziami podejmują próbę całkowitego otwarcia archiwów. Nie jest to jednak determinacja pełna, bo głoszone przez liderów PiS zastrzeżenia do ujawniania wszystkich informacji pozostają w mocy. To z kolei otwiera następne pole konfliktu: kto ma decydować, co ujawniać, a co nie? W jaki sposób dokonywać selekcji?

I czy można takie decyzje pozostawić urzędnikom, ewentualnie historykom, czy też jednak sędziom? Gdzie w takim systemie umieścić prawo do zakwestionowania, na przykład przez byłych opozycjonistów, informacji nieścisłych lub nieprawdziwych?

Także druga strona coraz bardziej zamula swoje stanowisko. Wojciech Olejniczak wycofał się chyłkiem z głośnej propozycji otwarcia archiwów. Zdaniem lidera SLD po werdykcie Trybunału jest to niemożliwe, bo sędziowie wyraźnie zasugerowali, że takie rozwiązanie narusza prawo do godności i dobrego imienia obywateli zapisane w artykule 47. konstytucji. Również propozycja Adama Michnika, by otworzyć teczki i zamknąć temat, okazała się jedynie retoryczną figurą, będącą przykrywką do brutalnego ataku na IPN.

Została zresztą natychmiast skrytykowana przez kolegów z "Gazety Wyborczej", która konsekwentnie sprzeciwia się takim prostym i radykalnym rozwiązaniom. Było w niej zresztą drugie dno, bo tak naprawdę i SLD, i Michnik sugerowali przekazanie tych materiałów do archiwów państwowych, gdzie obowiązuje zasada 30 lat karencji i restrykcyjne zasady dostępu do nowszych dokumentów.

To spojrzenie na krajobraz po lustracyjnej bitwie potwierdza, że tak naprawdę nikt nie ma pomysłu na lustracyjne przyspieszenie. Każdą propozycję czeka tor przeszkód. Jedna będzie zbyt prymitywna, za prosta, za mało dostrzegająca meandry ludzkich losów w PRL. Kolejna - za skomplikowana, zbyt trudna w realizacji.

Ale także i wśród polityków - zwolenników lustracji - trudno dostrzec jasne stanowisko. Bracia Kaczyńscy kilkakrotnie je zmieniali. Nie znaleźli formuły niebudzącej zastrzeżeń prawnych, a przy tym klarownej i zrozumiałej.

Lustracyjna religia

Każdy dzień wygibasów stron lustracyjnego sporu prowadzi do wniosku, że stał się on nową religią polityków. Że jej przeciwnicy coraz wyraźniej czują śmieszność argumentów, jakimi karmili publikę przez lata. Dostrzegli też, że prawdy nie zatrzymają pod betonową pokrywą.

A także że nawet zdemaskowanie znaczących byłych agentów w ich środowiskach nie powoduje odpływu społecznego poparcia. Można być rektorem z dość jednoznaczną teczką współpracy i w cuglach wygrać głosowanie o wotum zaufania. Można być byłym superkapusiem i nadal redagować dziennikarskie teksty. Ujawniona tajna współpraca, także ta rzeczywista i długotrwała, z rzadka tylko wyklucza z życia publicznego.

Tego typu informacja czasem ściąga wręcz na taką osobę falę sympatii i wsparcia. Zachowanie niektórych środowisk udowadnia, że są one w dużym stopniu pozbawione moralnych kręgosłupów, że stają się po prostu korporacjami obrony grupowych środowisk. Niestety, ale to jest prawda o kondycji polskiej inteligencji.

Przeciwnicy lustracji przenieśli się więc na drugi szaniec - nadal nie chcą lustracji, ale już nie twierdzą, że jest ona czystym złem. Wskazują raczej na techniczne trudności, żonglują prawnymi argumentami, wskazują na nieudolność jej zwolenników.

Ta grupa z kolei pozbyła się kilku oczekiwań. Lustracja nie przeorze polskich elit, bo w dużej części nie są one zdolne do potępienia byłych agentów, nie odczuwają żadnej potrzeby oczyszczenia. Bardziej ufają swojej sile i przywilejom, niż martwią ryzykiem utraty dobrego imienia. Wiedzą bowiem, że niewielu jest odważnych, a jeśli już, to są za słabi do napiętnowania tego braku moralności w życiu publicznym.

Zresztą - to druga strona medalu - okazuje się, że przypadków oczywistych jest mniej niż tych ze znakiem zapytania. Wiele otwartych teczek przynosi informacje szczątkowe albo mętne. Jak zakwalifikować przypadki Zyty Gilowskiej czy Małgorzaty Niezabitowskiej? Nie podejmuję się twardego osądu i - moim zdaniem - nie podejmie się go nikt, kto te i inne akta przeczytał.

Ale jedno trzeba powiedzieć twardo: to prawo do wglądu musimy mieć. My, czyli uczestnicy życia publicznego.

I tu dochodzimy do pytania, czemu dzisiaj ma i może służyć lustracja? Trybunał Konstytucyjny zdefiniował jej cel jako "zapewnienie jawności życia publicznego, eliminacja szantażu faktami z przeszłości, które mogą być uznane za kompromitujące, i poddanie tych faktów społecznemu osądowi".

Wyraźnie podkreślił, że proces ten dotyczy tylko stanowisk istotnych z punktu widzenia dbałości o demokrację, przestrzegania praw człowieka i bezpieczeństwa wewnętrznego. W tym publicystycznym wywodzie dorzucił też jeszcze uwagę, iż choć to materiały historyczne, to "nie mogą służyć innym celom niż te, które mają nas chronić przed nadużyciami demokracji, nadużyciami przeciwko demokracji w przyszłości".

Możemy się z tym nie zgadzać, ale sytuacja jest jasna - niewiele ponad to, co było w poprzednich ustawach, przejdzie przez ten Trybunał. Pierwsze, co się da osiągnąć, to doprecyzowanie zasad dostępu do archiwów naukowców i dziennikarzy.

Jak obiecują marszałek Sejmu i większość sił politycznych, projekt nowelizacji w tej sprawie będzie przeprowadzony bardzo szybko. Oby, bo obecny stan jest skandaliczny, łamiący wolność słowa.

Droga donikąd

A co dalej? Propozycja PiS: zmiana konstytucji i wpisanie tam prawa do lustracji lub wprowadzenie pojęcia ustawy konstytucyjnej uchwalanej większością 2/3 głosów, która byłaby niezaskarżalna do Trybunału.
Czy ktokolwiek wierzy, że politycy Platformy i koalicji rządzącej, niezdolni w ostatnich miesiącach nawet do normalnej rozmowy, będą w stanie zmienić konstytucję?

A PO bardzo szybko zapomniała, że i jej głosami przyjęto w Sejmie zmasakrowaną przez sędziów ustawę lustracyjną. Zresztą, mętny wynik pierwszego spotkania w tej sprawie u prezydenta zdaje się potwierdzać wątpliwości.

Myślę, że liderzy PiS oraz prezydent zdają sobie z tego sprawę. W tej sytuacji dużo bardziej prawdopodobna wydaje się eskalacja konfliktu z Trybunałem. Jeśli nawet dojdzie bowiem do uchwalenia przez Sejm - tu PiS może przynajmniej liczyć na poparcie partii Donalda Tuska - powszechnego dostępu do akt byłej SB, to i tak zostanie ono najpewniej zakwestionowane przez sędziów. To smutne, ale taki wniosek wyraźnie wynika z uzasadnienia, jakie wygłosił prezes Stępień. Tak jakby twórcy konstytucji zapisali w niej prawo agentów SB do anonimowości.

Liderzy PO pewnie mają tego świadomość, więc trzy razy zastanowią się, zanim naprawdę narażą się Trybunałowi. W finale wepchnie ich to bowiem w - prowadzoną już wspólnie z PiS - wojnę z sędziami i wzmocni SLD. Dziś krytykują Kaczyńskich za to, że to oni nie chcą jawności. Ale nie wiadomo, za czym sami podniosą ręce.

Może nie jest aż tak źle, może jednak istnieje jakaś formuła prawa powszechnego dostępu do archiwów IPN strawna dla Trybunału. Może przekonamy się o tym za rok, po miesiącach skupienia na lustracyjnym temacie. Szansa jest jednak nikła.

Postawmy na IPN!
Od polityków demokratycznych powinniśmy oczekiwać nie tylko determinacji w dążeniu do celów, nawet szlachetnych, ale także racjonalności w działaniu. Muszą mieć zdolność budowania hierarchii zadań stojących przez państwem i narodem. Nie mogą tracić z oczu celu.

Grozi nam dalsze grzęźnięcie w tej sprawie i jej doszczętne ośmieszenie. Trzeba wybrać rozwiązanie dające szansę na zamknięcie tematu lustracyjnego. Piszę to jako zdeklarowany zwolennik maksymalnej jawności, ale świadomy realiów.

Po pierwsze, trzeba szybko poprawić obecną ustawę. Nie tylko w zakresie dostępu dziennikarzy i naukowców. Można poprawić wzór oświadczenia lustracyjnego, jeszcze raz przejrzeć katalog osób podlegających lustracji. To i tak będzie lustracja wąska, nieobejmująca firm (w tym mediów) z sektora prywatnego, spełniająca jedynie jeden cel: minimalizację ryzyka szantażu osób publicznych.

Drugi cel środowisk lustracyjnych, poznanie prawdy i przywrócenie podstawowych wektorów życia publicznego, zdemaskowanie donosicieli uchodzących za autorytety, trzeba osiągnąć w inny sposób.

Tutaj narzędziem musi być Instytut Pamięci Narodowej. Konieczne i możliwe jest ożywienie prac zespołów badawczych działających w Instytucie i przy nim. W ten zgodny z prawem sposób można zbadać materiały na temat agentury w znaczących środowiskach. Można przejrzeć, co SB robiła we wszystkich regionach pierwszej "Solidarności", można przeprowadzić projekty badawcze na temat poszczególnych tytułów prasowych, środowisk akademickich wszystkich uniwersytetów itd.

Ta metoda ma ten plus, że pozwala historykom i dziennikarzom konfrontować zachowany materiał esbecki z innymi źródłami oraz relacjami świadków. Dotychczasowe doświadczenia pokazują, że wynikiem takich prac IPN oraz historyków zewnętrznych są dokumenty pełne i wartościowe. Nie można im też postawić zarzutu jednostronnego widzenia najnowszej historii tylko przez pryzmat esbeckich materiałów. Pozwalają za to dość dokładnie opisać rolę agentury.

Oczywiście, wymaga to zwiększenia przez Sejm nakładów na Instytut i może jego reorganizacji przez prezesa. Daje jednak szansę na przełamanie lustracyjnego pata. Taki finał, i tak niezadowalający wszystkich, pokazałby, że polska polityka potrafi być racjonalna. Także wtedy, gdy spór jest tak głęboki i tożsamościowy jak ten dotyczący lustracji.
Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj