Polski polityk od lat gotów jest przychylić nieba dowolnemu biznesmenowi, który ma zagraniczny paszport. Dać mu ulgi, zwolnić z podatków, ceł, dać grunty pod fabrykę. A polski mały przedsiębiorca musi za to zapłacić.
Jeśli chodzi o małych i średnich przedsiębiorców mamy w Polsce do czynienia z systemem rasizmu ekonomicznego. Tak niestety jest od kilkunastu lat. Bardziej zawierza się dużym koncernom ze świata, niż rodzimym, obrotnym obywatelom. A to przecież oni tworzą polską gospodarkę. To właśnie sektor małych i drobnych przedsiębiorstw tworzy najwięcej wartości dodanych w gospodarce, najwięcej miejsc pracy i może tworzyć kolejne z dnia na dzień. Jednak i system podatkowy, i system prawa jest nastawiony przeciwko takim ludziom.
Powodem takiego stanu rzeczy może być fakt, że drobni przedsiębiorcy to największa grupa, która nie ma swojej reprezentacji politycznej. Żadna partia w Polsce nie skorzystała z potencjału tej grupy, żeby wygrać wybory. Nie ma programu partyjnego obliczonego na to, by znieść jawnie dyskryminujące, ubliżające przedsiębiorcom przepisy. Mówi się oczywiście o jakimś mglistym odbiurokratyzowaniu gospodarki, ale jest to na tyle niekonkretne, że nic z tego nie wynika. A od kilkunastu lat przepisy wymierzone w małą i średnią przedsiębiorczość są coraz mniej przyjazne.
Przykład: przyjęta niedawno przez Sejm ustawa przewidująca, że rzemieślnicy, którzy od wielu lat wykonują swoje zawody, będą musieli zdawać egzamin państwowy i jeszcze za niego płacić. Co prawda Senat odrzucił tę regulację, ale intencja posłów jest wyraźna. Pokazuje, jakie jest nastawienie klasy politycznej do małego biznesu. Polski żywioł, który znakomicie daje sobie radę za granicą, jest w Polsce ciągle przez polskich polityków sekowany.
Jak w naszym kraju traktowani są przedsiębiorcy, widać doskonale na przykładzie przenosin kupców ze Stadionu X-lecia w Warszawie. Proponuje się im przeniesienie z centrum stolicy na daleki Tarchomin czy Białołękę. Tymczasem początkiem uzdrowienia sytuacji, tak żeby ci kupcy mogli normalnie funkcjonować, byłaby prywatyzacja lokali użytkowych i terenów, na których mogłyby być zorganizowane targowiska. Gdyby władze miasta nie posiadały tak znaczącej części gruntów, gdyby one wróciły do właścicieli, łatwiej byłoby je wynająć. Miasto nie musi być też właścicielem wielu budynków wraz z lokalami handlowymi. Gdyby ci drobni przedsiębiorcy łatwiej mogli kupić czy wydzierżawić plac czy lokal, wzięliby sprawy w swoje ręce i takich mniejszych stadionów byłoby w Warszawie więcej. Bo przecież wszyscy nie muszą pracować na jednym wielkim targowisku. Może być ich kilka, w każdej dzielnicy. Gdyby dostęp do lokali handlowych był mniej utrudniony, może powstawałyby całe ulice handlowe.
Niestety, u nas wszystko ustala się centralnie. To o tyle niebezpieczne, że władza może coś dać, ale i potem zabrać. Na miejscu kupców nie polegałbym na tym, co zaproponuje samorząd. Historia uczy, że obietnice i deklaracje niekiedy bardzo szybko rozpływają się w powietrzu. Jeśli problemem zajmują się władze stolicy i politycy, świadczy to tylko o tym, że mamy zły system, który uniemożliwia tym ludziom normalne funkcjonowanie. Trzeba by było zacząć od ułatwienia nabycia lokali i gruntów. Zrobienie jednego rezerwatu przedsiębiorczości gdzieś na Tarchominie czy Białołęce nie jest dobrym rozwiązaniem.
Złe rozwiązania już dotykają kupców. Często słyszy się zarzuty, że na Stadionie X-lecia większość z nich łamie prawo. Według mnie, nie należy mówić o łamaniu prawa, ale o niestosowaniu jawnie wrogich i absurdalnych przepisów. Ludzie działają po prostu przeciwko agresji złego systemu. Prawo jest tak skonstruowane, że gdyby kupcy stosowali je w całej rozciągłości, musieliby pozamykać swoje warsztaty pracy i pójść po zasiłek, który pracujący obywatele musieliby sfinansować. A oni nie chcą zasiłku, chcą pracować na swoim, a że prawo im to uniemożliwia - czasem tego prawa nie respektują.
Andrzej Sadowski, ekonomista, współzałożyciel Centrum im. A. Smitha