"Newsweek" opisał zawartość teczki Ryszarda Kapuścińskiego. Wynika z niej, że znany pisarz współpracował przez kilka lat z peerelowskim wywiadem. Możliwe, że ta współpraca była ceną jego zagranicznych podróży, w następstwie których powstały wybitne książki. To ważna, jeśli nie bezcenna informacja o tym, czym była PRL.
Tygodnik, pełen co najmniej dystansu wobec prolustracyjnej prawicy, zrobił to z tysiącami zastrzeżeń, z powtarzanymi deklaracjami, że tak historycznej postaci nie osądza, a wszystkie wątpliwości interpretuje na jej korzyść. Z wyeksponowaniem już na okładce zapisków prowadzącego oficera: "Istotnych materiałów nie przekazywał".
Tekst opatrzono rozmową z Ernestem Skalskim, który miał podobny epizod w życiorysie. Dziennikarz opowiada ciekawie o realiach tamtych czasów. Broni wyborów własnych i Kapuścińskiego, pokazując, czym różniły się na przykład lata 60. od czasów, gdy działała już w Polsce zorganizowana opozycja. Ale też zastanawia się, na ile dziennikarzami kierowała w PRL chęć dostosowania się. Chęć, którą można dziś uznać za zrozumiałą i można za naganną. Chęć, która podlega ocenie - jak wszystko, co dotyczy ludzkich czynów.
Temat potraktowano z taką troską o zachowanie cnoty powściągliwości, że spotkałem się z zarzutem ludzi o prolustracyjnym nastawieniu, że publikacja miała służyć zbanalizowaniu faktu współpracy z komunistycznymi służbami. Sam nie mam tej pewności.
Niewątpliwie jest to opis z perspektywy autorów, którzy poruszając się w tej akurat tematyce, nie lubią mocnych ocen. Ale może dla innych to szansa, aby spojrzeć na problem odpowiedzialności za wybory w dawnym systemie, znając wszelkie argumenty i okoliczności. Mowa obrończa Skalskiego daje taką szansę.
Nic jednak nie udobrucha partii antylustracyjnej. Mogę zrozumieć emocje Teresy Torańskiej występującej na łamach "Gazety Wyborczej" w roli oburzonej znajomej Kapuścińskiego. Ona działa na zasadzie: wara od Ryśka!
Jako człowiek, który ceni sobie przyjaźń, potrafię taką postawę zrozumieć. Choć dobór przez publicystkę niezwykle brutalnych słów, pełnych wrogości wobec tych, którzy myślą choć odrobinę inaczej, nie zachęca do rozmowy.
Piotr Stasiński, niezależnie od tego, jak dobrze znał Kapuścińskiego, powinien jednak jako oficjalny komentator gazety zdobyć się na choć trochę dystansu. Tymczasem z jednej strony zauważa "interesującą rozmowę z Ernestem Skalskim", która "pomaga pojąć tamte czasy".
Z drugiej wszakże wyrokuje: "Znowu, niestety na podstawie niezweryfikowanych ubeckich danych, cień padł na człowieka prawego".
Pytanie - jak je weryfikować, zabraniając innym nawet wzmianki o nich, zawisa w próżni. Sam Stasiński nie chce się tym zajmować, ale pyta retorycznie, czy esbek wkładał Kapuścińskiemu w
usta swoje przemyślenia.
Myśl, że oficerowie wywiadu zapisywali w jakimś celu własne przemyślenia na temat włoskiej komunistki i jej stosunków z Murzynami, jawi się jako absurdalna. Ale proszę: zastanawiajmy się, interpretujmy. Historykowi rzymskiemu Tacytowi współcześni badacze przypisują dość powszechnie zamiar zohydzenia kilku cesarzy rzymskich.
Ale nikt nie wpada na przemądry pomysł, aby wyrzucić na śmietnik Tacyta. Pani Torańska powtarza rytualnie: "Mam osobiste obrzydzenie dla tych wszystkich czcicieli prawdy i sprawiedliwości..."
Inwektywa nie jest dobrą bronią dziennikarza. Ale jeszcze bardziej kompromitujące jest nakładanie na ludzkie umysły okowów - w imię najgorętszej nawet przyjaźni. Jeśli publikacja "Newsweeka" jest obrzydliwością, to znaczy, że krytyczne zajmowanie się najnowszą historią jest niemożliwe.
A pytanie - jak pogodzić te protesty z żądaniem Adama Michnika, aby otworzyć jednak archiwa IPN - pozostawiam obdarzonym szczególną fantazją. Rozumiem, że otworzyć, ale nie korzystać. Chyba że profesor Andrzej Zoll lustruje profesora Władysława Mąciora. Aaa, to co innego.