Gdy miliony ludzi zderzają się z dramatyczną sytuacją służby zdrowia, w Pałacu Prezydenckim najważniejsze osoby w państwie spotykają się, by debatować o lustracji. Trudno nie odnieść wrażenia, że rządzący krajem stracili kontakt z rzeczywistością - pisze w DZIENNIKU Tomasz Lis, publicysta Polsatu.
To nie jest żaden antylustracyjny manifest. Raczej wyraz pełnego smutku pogodzenia się ze świadomością, że nie będziemy w stanie przeprowadzić lustracji solidnie
i zarazem tak, by nie naruszała ona niczyjej godności.
To wyraz desperacji wynikający z przekonania, że będzie ona nie krokiem w stronę zrozumienia niedawnej historii i w kierunku realnej przejrzystości życia publicznego, lecz narzędziem politycznej walki i prywatnych rozgrywek. Wyraz smutku, że będzie ona ucieczką dla władzy mającej obsesję na punkcie przeszłości - władzy, która jest całkowicie nieporadna, gdy przychodzi do zajmowania się przyszłością.
Triumf Wielkiego Brata
Gorący zwolennicy lustracji mają wiele logicznie brzmiących argumentów. Historii nie da się schować. Mamy prawo wiedzieć, kto jest kim i kto kim był. Niezbędnym elementem demokracji jest jawność. Elity nie mogą decydować o tym, jaka wiedza powinna być dla ludzi dostępna, a która jej część powinna pozostać wiedzą tajemną. Brzmi to dobrze, ale jak wygląda zderzenie owych słusznych argumentów z lustracyjną rzeczywistością?
Historia wyciekająca z teczek nie jest, może na szczęście, prawdziwą historią kraju i społeczeństwa. Jest raczej jej zdeformowaną przez SB-cką mentalność wersją, w której osią historii jest ludzka słabość, a czasem podłość. Mamy prawo wiedzieć, kto kim był, ale w praktyce często dowiadujemy się nie - kto kim był, ale kto jakim czasem bywał, przy czym ta wiedza ma tendencję do unicestwiania całej reszty prawdy o człowieku.
Demokracja potrzebuje jawności, ale nie potrzebuje ona Wielkiego Brata, a pełne otwarcie teczek i ujawnienie danych o życiu prywatnym ludzi będzie wielkim triumfem komunistycznego Wielkiego Brata. W czasach PRL podejmował on próby, by zniszczyć ludzi. Teraz może mu się to ostatecznie udać.
Elity nie powinny decydować, że jakaś wiedza może być powszechnie dostępna albo ekskluzywna. Tylko czy nie jest to w rzeczywistości argument nie za jawnością, ale za brakiem zahamowań dotyczących tego, jakim sosem będą oblewane lustracyjne rewelacje?
Krzywe zwierciadło
Nie twierdzę, że byłoby lepiej, gdyby na przykład prawda o księdzu Czajkowskim nie ujrzała światła dziennego. Źle się stało, że on sam z tamtą prawdą nie miał odwagi się publicznie zmierzyć. Przykre jest jednak, że jednocześnie z ujawnianiem informacji o nim próbowano unicestwić wszystko, co mówił, tak jak osądzając Andrzeja Szczypiorskiego, próbowano unieważnić napisane przez niego książki, czemu nie uległa nieświadoma polskich trendów kanclerz Niemiec Angela Merkel.
Ponieważ kontekst lustracji jest taki, jaki jest, a ona sama jest raczej środkiem do celu niż celem - w odniesieniu do otwierania teczek traci swój sens samo słowo lustracja. Nie mamy bowiem do czynienia z lustrem, w którym możemy zobaczyć siebie takich, jakimi byliśmy, lecz z krzywym zwierciadłem, w którym widzimy siebie takimi, jakimi chcieli nas widzieć funkcjonariusze SB i w jakim chcą nas widzieć namiętni lustratorzy. Bo chyba nikt przy zdrowych zmysłach nie uzna, że do prawdy o Polsce i Polakach zbliżyły nas próby zlustrowania Zbigniewa Herberta czy Jacka Kuronia.
Temat zastępczy
Lustracja nie musi być tematem zastępczym, bo przy zachowaniu zdrowego rozsądku, umiaru i właściwych proporcji mogłaby być spokojną, metodycznie przeprowadzoną historyczno-prawno-psychologiczną operacją. Staje się ona jednak tematem zastępczym, gdy totalnie zachwiany jest balans między uwagą poświęcaną rozliczeniom z przeszłością, a troską o rozwiązanie stojących przed Polską problemów.
A tu, gdy miliony ludzi zderzają się z dramatyczną sytuacją służby zdrowia, w Pałacu Prezydenckim najważniejsze osoby w państwie spotykają się, by debatować o lustracji. Trudno nie odnieść wrażenia, że rządzący krajem stracili kontakt z rzeczywistością. Można by kpić, że "rząd sam się wyleczy", gdyby nie skala problemu i stan choroby wskazujące na to, że niezbędny jest jednak specjalista z zewnątrz.
Choć zły Trybunał Konstytucyjny podobno podciął lustracji skrzydła, ma się ona całkiem nieźle. Wystarczająco dobrze, by kreować atmosferę w Polsce. Czy jest ona lepsza, niż była półtora roku temu? Czy na pewno doszło już do katharsis? A może do zaczadzenia?
Chyba że katharsis będzie mogło nastąpić dopiero, gdy każdy Polak będzie mógł przeczytać to, co jest w teczce jego sąsiadów. Oczywiście nie tak wyglądała lustracja w Niemczech, na których przykład powołują się lustratorzy. Nie taki model rozliczeń z przeszłością zafundowali sobie Hiszpanie, może dlatego, że nie mają w sobie dość rewolucyjnego żaru i zamiast teczkami postanowili się zająć budową autostrad.
I nie tak historyczne rachunki wyrównywali zwycięzcy walki z apartheidem w RPA. Tylko dlaczego wzorem dla nas miałaby być RPA? Powstała tam przecież Komisja Prawdy i Pojednania. Nie o prawdę u nas chodzi. A już na pewno nie o pojednanie.
To wyraz desperacji wynikający z przekonania, że będzie ona nie krokiem w stronę zrozumienia niedawnej historii i w kierunku realnej przejrzystości życia publicznego, lecz narzędziem politycznej walki i prywatnych rozgrywek. Wyraz smutku, że będzie ona ucieczką dla władzy mającej obsesję na punkcie przeszłości - władzy, która jest całkowicie nieporadna, gdy przychodzi do zajmowania się przyszłością.
Triumf Wielkiego Brata
Gorący zwolennicy lustracji mają wiele logicznie brzmiących argumentów. Historii nie da się schować. Mamy prawo wiedzieć, kto jest kim i kto kim był. Niezbędnym elementem demokracji jest jawność. Elity nie mogą decydować o tym, jaka wiedza powinna być dla ludzi dostępna, a która jej część powinna pozostać wiedzą tajemną. Brzmi to dobrze, ale jak wygląda zderzenie owych słusznych argumentów z lustracyjną rzeczywistością?
Historia wyciekająca z teczek nie jest, może na szczęście, prawdziwą historią kraju i społeczeństwa. Jest raczej jej zdeformowaną przez SB-cką mentalność wersją, w której osią historii jest ludzka słabość, a czasem podłość. Mamy prawo wiedzieć, kto kim był, ale w praktyce często dowiadujemy się nie - kto kim był, ale kto jakim czasem bywał, przy czym ta wiedza ma tendencję do unicestwiania całej reszty prawdy o człowieku.
Demokracja potrzebuje jawności, ale nie potrzebuje ona Wielkiego Brata, a pełne otwarcie teczek i ujawnienie danych o życiu prywatnym ludzi będzie wielkim triumfem komunistycznego Wielkiego Brata. W czasach PRL podejmował on próby, by zniszczyć ludzi. Teraz może mu się to ostatecznie udać.
Elity nie powinny decydować, że jakaś wiedza może być powszechnie dostępna albo ekskluzywna. Tylko czy nie jest to w rzeczywistości argument nie za jawnością, ale za brakiem zahamowań dotyczących tego, jakim sosem będą oblewane lustracyjne rewelacje?
Krzywe zwierciadło
Nie twierdzę, że byłoby lepiej, gdyby na przykład prawda o księdzu Czajkowskim nie ujrzała światła dziennego. Źle się stało, że on sam z tamtą prawdą nie miał odwagi się publicznie zmierzyć. Przykre jest jednak, że jednocześnie z ujawnianiem informacji o nim próbowano unicestwić wszystko, co mówił, tak jak osądzając Andrzeja Szczypiorskiego, próbowano unieważnić napisane przez niego książki, czemu nie uległa nieświadoma polskich trendów kanclerz Niemiec Angela Merkel.
Ponieważ kontekst lustracji jest taki, jaki jest, a ona sama jest raczej środkiem do celu niż celem - w odniesieniu do otwierania teczek traci swój sens samo słowo lustracja. Nie mamy bowiem do czynienia z lustrem, w którym możemy zobaczyć siebie takich, jakimi byliśmy, lecz z krzywym zwierciadłem, w którym widzimy siebie takimi, jakimi chcieli nas widzieć funkcjonariusze SB i w jakim chcą nas widzieć namiętni lustratorzy. Bo chyba nikt przy zdrowych zmysłach nie uzna, że do prawdy o Polsce i Polakach zbliżyły nas próby zlustrowania Zbigniewa Herberta czy Jacka Kuronia.
Temat zastępczy
Lustracja nie musi być tematem zastępczym, bo przy zachowaniu zdrowego rozsądku, umiaru i właściwych proporcji mogłaby być spokojną, metodycznie przeprowadzoną historyczno-prawno-psychologiczną operacją. Staje się ona jednak tematem zastępczym, gdy totalnie zachwiany jest balans między uwagą poświęcaną rozliczeniom z przeszłością, a troską o rozwiązanie stojących przed Polską problemów.
A tu, gdy miliony ludzi zderzają się z dramatyczną sytuacją służby zdrowia, w Pałacu Prezydenckim najważniejsze osoby w państwie spotykają się, by debatować o lustracji. Trudno nie odnieść wrażenia, że rządzący krajem stracili kontakt z rzeczywistością. Można by kpić, że "rząd sam się wyleczy", gdyby nie skala problemu i stan choroby wskazujące na to, że niezbędny jest jednak specjalista z zewnątrz.
Choć zły Trybunał Konstytucyjny podobno podciął lustracji skrzydła, ma się ona całkiem nieźle. Wystarczająco dobrze, by kreować atmosferę w Polsce. Czy jest ona lepsza, niż była półtora roku temu? Czy na pewno doszło już do katharsis? A może do zaczadzenia?
Chyba że katharsis będzie mogło nastąpić dopiero, gdy każdy Polak będzie mógł przeczytać to, co jest w teczce jego sąsiadów. Oczywiście nie tak wyglądała lustracja w Niemczech, na których przykład powołują się lustratorzy. Nie taki model rozliczeń z przeszłością zafundowali sobie Hiszpanie, może dlatego, że nie mają w sobie dość rewolucyjnego żaru i zamiast teczkami postanowili się zająć budową autostrad.
I nie tak historyczne rachunki wyrównywali zwycięzcy walki z apartheidem w RPA. Tylko dlaczego wzorem dla nas miałaby być RPA? Powstała tam przecież Komisja Prawdy i Pojednania. Nie o prawdę u nas chodzi. A już na pewno nie o pojednanie.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|