Dziennik Gazeta Prawana logo

Na strajku najbardziej straci PiS

13 października 2007, 15:59
Ten tekst przeczytasz w 5 minut
Po dziesięciu dniach od rozpoczęcia protestu pod Kancelarią Prezesa Rady Ministrów warto postawić pytanie, kto na tym traci. I odpowiedź wydaje się oczywista - gospodarz tego budynku, Jarosław Kaczyński - pisze w "Fakcie", Marek Migalski.

Problem nie leży jednak w tym, że stratny będzie rząd PiS, bo w sytuacjach, gdy przez kraj przetacza się fala strajków i niepokojów społecznych, traci każda władza. Dużo ważniejsze jest to, że w konflikcie ze służbą zdrowia elektorat PiS stanął po drugiej stronie barykady

Dotychczas to właśnie wśród takich grup społecznych jak pielęgniarki i górnicy partia premiera mogła liczyć na większe poparcie, niż wśród prawników, czy pracowników uniwersytetów. Dopóki przeciwnikami rządu były "łże-elity" - sędziowie, lekarze, biznesmeni, prawnicy, akademicy - mogło to oznaczać, że gabinet Jarosława Kaczyńskiego skutecznie uderza w korporacyjne układy, a protesty tych środowisk są jedynie histeryczną reakcją na sanację państwa i czyszczenie go z patologii. Teraz, gdy stroną w sporze z rządem są potencjalni wyborcy Prawa i Sprawiedliwości, o tego typu opisanie konfliktu o wiele trudniej.

Po trzecie, PiS atakując wymienione wcześniej środowiska, robił to w imię odebrania nienależnych im przywilejów i wzmocnienia grup społecznych poszkodowanych w procesie transformacji. Na tym miała polegać Polska solidarna - na ukrócaniu samowoli i profitów krezusów i beneficjentów III RP, z równoczesnym wspieraniem finansowym, materialnym i społecznym grup zagubionych, niedowartościowanych, czy upośledzonych warstw naszego narodu. Solidaryzm ów miał polegać na przerzucaniu ciężaru z najuboższych grup społecznych na te bardziej zaradne, lepiej zorganizowane czy po prostu lepiej sytuowane. To mogło powodować sympatię dużej części wyborców i przekonywać do trwania przy PiS-ie.

Tymczasem obecny protest jest buntem tych, w imię których partia rządząca miała walczyć. To właśnie dla takich grup zawodowych jak pielęgniarki IV RP miała być przyjazna i pomocna, to dla nich miała ograniczać majątki oligarchów i milionerów. Jednak - jak widać na ekranach naszych telewizorów - gabinet Jarosława Kaczyńskiego z pielęgniarkami walczy za pomocą policji, negocjacyjnych maratonów, nieładnych słów. To partii rządzącej na pewno nie pomaga w budowaniu poparcia dla siebie.

Po czwarte, pękł mit niezłomnego i żelaznego kanclerza, jakim przez długie miesiące wydawał się premier. Jeszcze we wtorek rano określał okupujące jego siedzibę pielęgniarki mianem "przestępców" i zapowiadał, że nigdy nie będzie z nimi negocjował. Twierdził, że to podważyłoby jego zdolność do walki z innymi, bardziej poważnymi przestępcami, bo jakże - argumentował - z jednymi miałby rozmawiać, a innych ścigać. I tego samego dnia, we wtorek po południu, premier zasiadł jednak za jednym stołem z owymi "przestępcami" i wypił z nimi kawkę. To pokazało, że Jarosława Kaczyńskiego można złamać, można zmusić go do działań wbrew jego woli, można mówić z nim tonem ultymatywnym, którego - podobno - nie znosi. Na twardym i posągowym wizerunku szefa PiS pojawiła się poważna rysa i to zarysowana paznokciem kruchej pielęgniarki.

Po piąte wreszcie, partia rządząca traci na tym sporze także dlatego, że moment rozpoczęcia rozmów z okupującymi gmach Kancelarii Premiera pielęgniarkami został wybrany fatalnie. Na kilka godzin przez owym wydarzeniem, Andrzej Lepper - dotychczas trzymający się, podobnie jak Roman Giertych, w cieniu tego sporu - ogłosił, że jeśli wobec protestujących zostanie użyta siła, to jemu nie pozostanie nic innego, jak wyjść z rządu. Zabrzmiało to jak groźba wobec premiera i późniejsze działania Kaczyńskiego wyglądały, jak by były wynikiem ulegania tej groźbie. To zaś jest fatalne dla wizerunku żelaznego kanclerza, który nie zwykł słuchać tego typu pohukiwań ze strony współkoalicjantów.

Ale także LPR i Samoobrona nie mogą liczyć na polityczne zyski z tej sytuacji. Całe lata to ich liderzy byli przywódcami takich protestów, a teraz musieli oglądać te demonstracje zza okien KPRM. Ile ich to kosztowało psychicznie, to sami oni tylko będą wiedzieć. Ale koszty będą także polityczne - zamiast zyskiwać, jak zwykle, na przewodzeniu buntowi społecznemu i wysyłać komunikat do swych wyborców, że to właśnie oni są reprezentantami słusznego narodowego gniewu, siedzieli w zakamarkach swych gabinetów, nerwowo obserwując, jak na tym proteście zyskują inni.

Kto zatem jest beneficjentem owych protestów? Lewica - bo to jej liderzy odwiedzali głodujące pielęgniarki, wręczali im kwiaty i koce, obiecywali rychłe spełnienie ich żądań, jak tylko dojdą do władzy. Robili to tak skutecznie i przekonująco, że żadna z protestujących nie zadała sobie pytania, czy to aby nie wcześniejsze rządy SLD, jego zaniechania, likwidacja kas chorych dokonana za jego panowania, nie są dziś głównym powodem fatalnej sytuacji całej służby zdrowia.


Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj