Dziennik Gazeta Prawana logo

Urbański woli "elegancję i dobre obyczaje" od wolności wypowiedzi

13 października 2007, 16:02
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty
Spoty bojowe PO i PiS, których głównym uzbrojeniem jest wysokość zarobków nominatów PiS do spółek Skarbu Państwa i wysokość pensji Donalda Tuska, nie budzą mojego entuzjazmu. Platforma, porównując zarobki prezesów spółek Skarbu Państwa z zarobkami lekarza i pielęgniarki, po raz drugi w ciągu kilku dni ćwiczy się w populizmie.

Pierwszy raz robiła to, wysyłając swoją posłankę, by pozowała wśród pielęgniarek, pomiędzy Jolantą Kwaśniewską i Ryszardem Kaliszem. I tak jak wówczas, tak i teraz warto powtórzyć, że jeśli kiedyś Platforma zdoła odebrać PiS władzę w państwie, to wyłącznie dzięki lepszej jakości uprawianej przez siebie polityki, a nie dzięki bardziej radykalnemu populizmowi.

Z kolei PiS, demaskując wysokość poselskiej pensji Donalda Tuska, potwierdza swój wizerunek partii, która nie odpuszcza w podwórkowych bójkach, a za największą przeszkodę w rządzeniu państwem uważa nie urzędniczy marazm czy nieprzejrzyste prawo, ale lidera PO.

Jednak TVP SA, uniemożliwiając dwóm największym partiom pochwalenie się przed ludźmi swoimi pomysłami na polską politykę, popełniła głupotę, która na głowę bije pomysłowość twórców obu spotów. Oczywiście można się w tej decyzji doszukiwać hipokryzji. Najpierw telewizja publiczna obsadzona przez ludzi koalicji zablokowała z politycznych przyczyn emisję antypisowskiego spotu PO, a teraz, żeby przykryć tamten blamaż, blokuje odpowiedź partii rządzącej.

Niezależnie od uzasadnionego podejrzenia o hipokryzję mamy jednak publiczne uzasadnienie władz telewizji publicznej - i ono jest głupie. Otóż Robert Rynkun-Werner z zarządu TVP SA, tłumacząc się w "Gazecie Wyborczej", mówi, że reklamówki PO nie należało emitować, bo "jest ona przykładem brudnego PR, a w telewizji publicznej trzeba pilnować standardów". Teraz zapewne władze TVP SA oszczędzą nam brudnego PR w wykonaniu PiS.

Jeśli jednak tłumaczenie Roberta Rynkun-Wernera miałoby w jakimkolwiek stopniu odpowiadać rzeczywistości, to co na antenie telewizji publicznej robią senator Stafan Niesiołowski i poseł Jacek Kurski wymieniający od wielu miesięcy nietrzymające standardów uwagi na temat wrogich formacji i ich liderów? Co robią Roman Giertych i Wojciech Wierzejski - nieustraszeni łowcy wstrętnych pederastów? Co robią poseł Gadzinowski i posłanka Senyszyn ze swoim nad wyraz wątpliwym poczuciem humoru?

Ostatnio - wraz z powrotem na antenę programu "Forum" - okazji do brudnego PR i zaniżonych standardów dyskusji na antenie telewizji publicznej przybyło. A pan Rynkun-Werner bynajmniej temu nie przeciwdziałał. Przeciwnie, jako nominat Samoobrony on właśnie pilnował, żeby okazji do politycznych pyskówek było jeszcze więcej.

Zatem, choć nie wszystko w polskich politycznych sporach mi się podoba, to jeszcze bardziej nie podobają mi się wystąpienia rodzimych arbitrów elegancji. W najlepszym razie są bezsilnymi hipokrytami i wówczas - jak pana Rynkun-Wernera - można ich po prostu obśmiać. W najgorszym jednak razie są skuteczni i nadają polskiej debacie publicznej ów wymarzony przez siebie "elegancki" ton. A wtedy - no cóż - wcale nie jest lepiej. Ja osobiście wszystkie przykłady tryumfu rodzimych arbitrów elegancji nad prawem do nieskrępowanego pokazywania politycznego konfliktu wspominam wyjątkowo źle.

Wystarczy sobie przypomnieć sympatyczne telefony w sprawie afery Rywina, które sprawiały, że wybuchowy materiał znany wielu najważniejszym dziennikarzom stolicy nie został ujawniony przez całe pół roku. Albo unikanie przez zblatowane z kancelarią prezydencką media trudnego dla ówczesnego prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego tematu jego zachowania w Charkowie.

Ale są też przykłady bardziej aktualne: Jacek Żakowski i Piotr Najsztub podejmujący ostatnio w swoim programie Bronisława Geremka i zadający mu wyłącznie "namaszczające" pytania. W stylistyce tak odległej od ich zwyczajowej drapieżności, że patrząc na to, zastanawiałem się, czy to aby na pewno ten sam Jacek Żakowski i ten sam Piotr Najsztub, a nie jakieś pozbawione charakteru podróby.

Albo zgoda Jana Pospieszalskiego, aby Marek Jurek pokazywał się w jego programie wyłącznie przez pierwszych 15 minut, kiedy to sam odpowiadał na zadawane z odpowiednim szacunkiem pytania prowadzącego. Potem Jurek pozostawiał pole "zwykłym" dyskutantom, gdyż - jak to oficjalnie wyjaśnił były marszałek Sejmu - nie chciał poniżać autorytetu władzy poprzez uczestnictwo w sporze.

Te wszystkie przykłady tryumfu elegancji i "dobrych obyczajów" nad dziennikarską dociekliwością, wolnością wypowiedzi i prawem do informacji są mało przyjemne. Obojętnie, czy pochodzą z lewej, czy prawej strony naszej sceny polityczno-medialnej. A gdybym chciał być jeszcze bardziej złośliwy, powiedziałbym, że sam Rynkun-Werner byłby bardziej wiarygodnym arbitrem salonowej kindersztuby, gdyby nie przyjął miejsca w zarządzie TVP SA z rekomendacji Andrzeja Leppera - męża opatrznościowego polskiej polityki z prawomocnym wyrokiem na koncie.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj