To było coś więcej niż pokerowy wist. Więcej nawet niż pokazanie w kartach wielkiego szlema. Jarosław Kaczyński wszedł do pokoju pełnego polityków i walnął w stolik do gry dobrze zaostrzoną siekierą. Taki sens miała utrzymywana do ostatniej chwili w tajemnicy dymisja wicepremiera Leppera.
Niezależnie do tego, co ma na Leppera CBA i od kiedy wiedział o tym premier, ta dysmisja to odpowiedź na poczucie beznadziejności i marazmu, jaki wkradł się w szeregi obozu władzy. Gdy szef Samoobrony stał się głównym chwalcą IV Rzeczpospolitej, hasło to straciło nie tylko swój powab, ono zaczęło tracić swój sens. Głównymi profitentami moralnej rewolucji okazali się krewni i znajomi działaczy Samoobrony, a groteskowe spekulacje na temat seksafery przysłaniały skądinąd coraz bardziej niemrawe reformatorskie przedsięwzięcia.
Na łamach DZIENNIKA wiele razy apelowaliśmy do liderów PiS, aby spróbowali zerwać koalicję z populistami. Nawet za cenę ryzyka rządu mniejszościowego lub nowych wyborów. Wskazywaliśmy na dwuznaczność antykorupcyjnych wysiłków w sytuacji, gdy w koalicji zasiadają ludzie mający bardzo swobodny stosunek do prawa. Przypominaliśmy o śmieszności Polski za granicą. Głosiliśmy to, co uznał, jak się zdaje, w końcu i sam premier. Na ostatnim posiedzeniu klubu parlamentarnego PiS powiedział on bardzo słusznie: "można Polską rządzić bez inteligencji, ale nie można Polski zmieniać".
Lepper został dziś sprowadzony do roli symbolu - grzechów i błędów obozu władzy. Z dużą przesadą. Jednak dymisja, taki "mord założycielski", może mieć oczyszczający sens. Może choć nie musi, w zależności od tego co zdarzy się dalej.
Próba zachowania tej koalicji, nieco ufryzowanej czy uperfumowanej, to scenariusz naturalny. Naturalny, bo każdy obóz rządzący ulega odruchowi inercyjnego trzymania się władzy. Na czele Samoobrony oczyszczonej z Leppera i jego kilku zaufanych mógłby stanąć ktoś nowy. Na przykład Ryszard Czarnecki. Parlamentarnych szabel chyba by wystarczyło - nic tak nie integruje jak strach przed wyborami. Pamiętamy końcówkę rządu Marka Belki, gdy lewicowy układ polityczny się sypał. a jednak kolejne wnioski o votum nieufności rozbijały się o żelazne sprzysiężenie posłów "dietetycznych".
Tylko, czy rzeczywiście taka zmiana byłaby wystarczająca? Nie zniknąłby przecież problem radykalnej ideologicznej partii, jaką jest w dzisiejszym swoim kształcie LPR. Ani problem postkomunistycznych rodowodów i mentalności większości działaczy Samoobrony. Na dokładkę nowy rząd dysponowałby wątłą i chwiejną większością. Z pewnością wystarczającą, by trwać. Ale niekoniecznie by podejmować tak ambitne zadania jak naprawa finansów publicznych, reforma służby zdrowia czy zmiany w prawie karnym. Wiele wskazuje na to, że po protestach lekarzy i pielęgniarek Kaczyński zrozumiał wagę tych wyzwań.
Kurs na trwanie nie rozwiązałby wreszcie najpoważniejszego problemu Kaczyńskiego z ostatnich miesięcy. Problemu, który on sam jako polityk obdarzony niegdyś słuchem społecznym, nieźle wyczuwa. Nie zniknęłoby poczucie, że wizerunek PiS, partii antykomunistycznej, antykorupcyjnej i obiecującej naprawę państwa zaczął się coraz bardziej zrastać z wizerunkiem populistycznych koalicjantów. Usuwając Leppera, ale pozostawiając obecną koalicję, Kaczyński przebiłby osinowym kołkiem symbol, ale pozbyłby się zarazem silnego partnera w imię niepewnych korzyści. Zwolennikom IV RP potrzebny jest chyba mocniejszy sygnał otwarcia. Takim sygnałem byłyby nowe wybory.
Jeśli się na nie zdecyduje, Jarosław Kaczyński może się kierować własnym interesem. Wie, jak łatwo zużywają się partie rządzące. Jak bardzo Leszek Miller żałował w 2005 roku tego, że podtrzymując do końca poprzedni, do cna zużyty parlament, skazał się na wyborczą klęskę. Wprawdzie dzisiaj sondaże są dla PiS względnie łaskawe. Ale łaska wyborcza Polaków okazywała się zwykle bardzo kapryśna. Teraz zaś pokazując, jak bardzo jest zdeterminowany, aby bronić uczciwości życia publicznego, jak mocno chce zerwać z "nałogami" tej koalicji, lider PiS mógłby sięgnąć po dobry wynik. I uratować tożsamość swojej partii, tak aby twarz obu braci nie zlewała sie już z niczyją inną. Nie tylko Leppera. Także Giertycha czy obłego gracza Czarneckiego.
To scenariusz ryzykowny, ale Kaczyński pokazał już nieraz, że zdolny jest do ryzyka. Do stawiania wszystkiego na jedną polityczną kartę. Kilka razy skazywał się wręcz na wygnanie. Na usunięcie na margines polityki. Teraz musiałby położyć na szali swoją władzę. Ale być może po to, aby za dwa lata nie porzucać jej w niesławie. Jego sytuacja jest inna niż przed laty, bo dziś odpowiada nie tylko za siebie, ale za swoją partię. Z drugiej strony nawet najbardziej ryzykowne manewry mogą zaprocentować w przyszłości. Choćby zwiększając szanse wyborcze Lecha Kaczyńskiego w następnych wyborach prezydenckich, PiS mógłby mu torować drogę nawet jako silna opozycja w przyszłym parlamencie.
To również scenariusz jak się zdaje lepszy dla Polski. Obecna sytuacja zdążyła już wszystkich zmęczyć. Nie chciana koalicja. Dwójka niedoszłych sojuszników - PiS i PO - skaczących sobie do gardła, ale niezdolnych do wyłonienia osobno żadnej sensownej politycznej układanki. Faktycznie zahamowana reforma państwa. Zawiedzione nadzieje, rozbudzone niegdyś odsłonięciem afery Rywina, obnażeniem nieciekawych kulis III RP. Czy z nowych wyborów wyszłaby układanka sensowniejsza? Bardziej obiecująca. Tego nie wiem. Jeśli, powtórzmy, premier pozostanie wierny hasłu: "tak dalej być nie może", pojawi się przynajmniej szansa na lepszy układ rządowy. Może nawet na nierealną dziś z powodów psychologicznych koalicję PiS-PO.
Wiele wskazuje na to, że Kaczyński się nie zdecydował. Jego oficjalną linią jest klejenie tego, co da się jeszcze skleić w ramach obecnego parlamentu. Uważni obserwatorzy podejrzewają go jednak o blef, o szukanie okazji do nowego rozdania wyborczego. Do samego końca będziemy mieli do czynienia z grą pozorów. Czeka nas jeszcze niejedno zaskoczenie.
Jarosław Kaczyński uderzył w stolik do gry dobrze zaostrzoną siekierą. Byłoby dobrze, aby po tak efektownym zagraniu nie zabierał się do układania kart na połamanym meblu.