Wszystko to ma niewiele wspólnego z Dobrą Nowiną, jest raczej skrzyżowaniem kiepskiego średniowiecznego kaznodziejstwa ludowego z postpeerelowskim językiem propagandy politycznej. Jeśli ktoś tego wcześniej nie słyszał, to znaczy, że chciał mieć uszy zamknięte.
Tak właśnie zachowują się zakonni przełożeni o. Rydzyka, ale także Episkopat, który od dawna świadom jest powagi sytuacji, jednak od lat podejmuje działania pozorowane. Niezmienna od lat jest także postawa polityków prawicy: z tchórzostwa lub cynizmu zabiegają o poparcie wpływowego redemptorysty. W przypadku Romana Giertycha taka postawa nie dziwi, bo kierowana przez niego partia jest naturalną polityczną emanacją Rodziny Radia Maryja. Tym bardziej nie jestem zaskoczony nagłą miłością do toruńskiej rozgłośni ze strony Andrzeja Leppera - dla niego każda droga prowadząca do władzy jest dobra, nie zdziwiłbym się, gdyby w następnej kadencji lider Samoobrony stanął np. na czele demonstracji proaborcyjnych.
Inaczej jest w przypadku Prawa i Sprawiedliwości. Politycy tej partii, a już zwłaszcza bracia Kaczyńscy, nigdy nie mieli nic wspólnego ani z ksenofobią, ani z politycznym katolickim fundamentalizmem. Do mariażu z Radiem Maryja skłoniła ich zapewne następująca kalkulacja polityczna: aby zrealizować projekt sanacji państwa i rewolucji moralnej, trzeba szukać sprzymierzeńców wszędzie, w tym także w środowiskach stanowiących do tej pory polityczny margines. Jarosław Kaczyński wielokrotnie dawał do zrozumienia, że tak jak bez trudu połknie "przystawki", tak też ucywilizuje środowisko o. Rydzyka. W rachubach polityków Prawa i Sprawiedliwości moralny patos co do celów przenikał się z politycznym cynizmem co do środków.
Dzisiaj widać, jak płonna była nadzieja na cywilizowany pakt. Gburowaty kaznodzieja z Torunia odegrał rolę Mefistofelesa wobec politycznych Faustów z PiS-u. Rachunek, który przychodzi im teraz zapłacić za legitymizowanie działań Radia Maryja, przekracza chyba ich najgorsze przewidywania. Na szali znalazły się z jednej strony resztki moralnej wiarygodności, z drugiej - ryzyko politycznego kryzysu.
Przypuszczam, że tak jak parokrotnie w przeszłości (choćby przy okazji taśm Renaty Beger) liderzy PiS zastosują taktykę gry na przeczekanie. Najpierw podważać się będzie wiarygodność taśm. Potem część polityków rządzącej partii zacznie się dystansować od ojca dyrektora, a inni będą go usprawiedliwiać. Równocześnie spróbuje się odwrócić uwagę opinii publicznej przez ujawnienie - rzeczywistej lub pozornej - wielkiej afery. W efekcie tych zabiegów Polacy - zmęczeni i zbrzydzeni zalewem politycznego brudu - będą mieli o całej sprawie zapomnieć.
Myślę jednak, że tym razem ta taktyka się nie powiedzie. Przede wszystkim nie potrafię sobie wyobrazić, by władze kościelne po raz kolejny zajęły postawę unikową. Jeśli nie zareaguje hierarchia polska, spodziewam się głosu Stolicy Apostolskiej. Ale nie przypuszczam też, by prezydent Kaczyńskim mógł puścić płazem kolejną zniewagę własnej żony. To, co na jej temat powiedział o. Rydzyk, mona określić tylko jednym słowem, tym, którego on sam użył w głośnej wypowiedzi sprzed paru miesięcy: szambo. Wobec prezydenta można wysuwać wiele zastrzeżeń, ale na pewno nie można odmówić mu rycerskości.
Paradoksalnie, w mojej ocenie w sensie politycznym PiS mógłby odnieść korzyść, gdyby jednoznacznie odciął się od toruńskiego redemptorysty. Zerwałby bowiem kosztowny moralnie pakt z powodów, które byłyby zrozumiałe nawet dla części słuchaczy Radia Maryja. Inaczej więc niż w przypadku konfliktu Romana Giertycha z jego politycznym patronem, który przyniósł LPR skutek opłakany, polityczne straty PiS-u mogłyby okazać się minimalne.
Aby się na otwarty konflikt z o. Rydzykiem zdobyć, trzeba byłoby jednak podjąć znaczne ryzyko. Tymczasem mam wrażenie, że premier Kaczyński chce już po prostu dotrwać do końca kadencji,
zrezygnował z planów reformy państwa, odkłada je na ewentualną drugą kadencję. W ten sposób śmiały projekt IV RP ostatecznie ugrzązł w piasku politycznego nihilizmu.