Dziennik Gazeta Prawana logo

"Kaczyński - premier nie wszystkich Polaków"

13 października 2007, 16:11
Ten tekst przeczytasz w 9 minut
Rok temu nadszedł czas zademonstrowania, że w partii rządzącej jest może i wielu ludzi, których nazywa się politykami, ale prawdziwy polityk jest jeden. Polityk ten nie potrzebuje partnerów. Potrzebuje stojących na baczność i salutujących żołnierzy - pisze w DZIENNIKU Tomasz Lis o roku rządów Jarosława Kaczyńskiego.

To nie jest i nie będzie hucznie obchodzona ani nawet szeroko komentowana rocznica, choć jest bardzo istotna z punktu widzenia kierunku, w jakim poszła obecna władza w Polsce. Rok temu doskonałego premiera - jak nazywał Kazimierza Marcinkiewicza Jarosław Kaczyński - zastąpił - jak powiedział potem Ludwik Dorn - najlepszy premier po 1989 roku, czyli sam Jarosław Kaczyński.

Zniknięcie Kazimierza Marcinkiewicza z kancelarii premiera nastąpiło w okolicznościach - trzeba przyznać - banalnych. Niepotrzebne były wybory, skomplikowana parlamentarna operacja czy wewnątrzpartyjny pucz. Wystarczyła decyzja jednego człowieka. Premierostwo Kazimierza Marcinkiewicza było dzieckiem taktycznej rozgrywki Jarosława Kaczyńskiego, który wygrywając wybory parlamentarne, postanowił wygrać też dla brata, a więc i dla siebie, prezydenturę. W owym czasie lider PiS powiedział, że Polska nie zaakceptuje u władzy braci bliźniaków.

Kapryśny Kaczyński

Dziś, z perspektywy prawie dwóch lat, trzeba mu przyznać rację, ale też nie Polska w tej sprawie miała głos ostateczny. Marcinkiewicz był kaprysem Kaczyńskiego, a ponieważ Kaczyński jest kapryśny, kaprys nie mógł być długowieczny. Prestidigitator wyciągnął królika z cylindra, a potem go politycznie, przy milczącej zgodzie królika, politycznie unicestwił. Oczywiście, Jarosław Kaczyński uprawia realpolitik, czasem boleśnie real, więc pozbycie się Marcinkiewicza nie miało charakteru irracjonalnego. Było absolutnie nieuchronne. Mogło się zdarzyć kilka tygodni lub miesięcy wcześniej albo kilka tygodni, lub miesięcy później, ale nastąpić musiało. Z prostego względu. Po krótkim okresie umizgów do całego społeczeństwa i po kilku miesiącach wewnątrzkoalicyjnych przepychanek władza wymagała konsolidacji.

Decyzję należało przy tym przyspieszyć, bo Kazimierz Marcinkiewicz nie tylko miał doskonałe notowania, ale zaczynał się w nich pławić, a co najważniejsze, zdawał się zapominać, dzięki komu został premierem. Na dodatek prezydent coraz ciężej znosił sytuację, gdy premiera oglądał przy okazji państwowych uroczystości i posiedzeń rady gabinetowej. Mieliśmy więc do czynienia z czymś na kształt cohabitation w ramach PiS. Problem, na szczęście dla braci, banalnie prosty do rozwiązania. Prezes PiS chciał być premierem, PiS chciał, by prezes został premierem, prezydent chciał, by premierem został brat, bratnie koalicyjne partie należało wziąć za twarz i do tego też nadawał się wyłącznie brat. Klamka zapadła. Nie ma więc specjalnego sensu pytanie, czy usunięcie Marcinkiewicza było rozsądne. Istotne jest to, że było logiczne i nieuchronne. Prędzej czy później, raczej prędzej niż później, realną władzę musiał przejąć najsilniejszy w Polsce polityk. Na dodatek było to zgodne z modelem funkcjonowania władzy w normalnych demokratycznych krajach, gdzie rządzi lider partii mającej większość. Czy w owych normalnych, demokratycznych krajach brat lidera mógłby być prezydentem, to już zupełnie inna sprawa.

Jeśli pozbycie się Marcinkiewicza było ważne, to dlatego, że wyznaczało nowy kurs władzy: więcej partii w państwie, więcej braci w państwie, więcej jednowładztwa, koniec władzy rozproszonej, mniej PR-u, więcej IV RP, mniej uśmiechu, więcej szczękościsku, mniej perswazji, więcej dyktatu, mniej troski o notowania premiera, więcej o notowania partii rządzącej. Nie jest oczywiście żadnym problemem triumf realpolitik. Problemem jest to, jak pojmuje ją Jarosław Kaczyński. Nie ma wątpliwoci, że zdecydowanie mniejsze znaczenie ma dla niego polityka, którą Amerykanie nazywają policy - co chcemy zrobić dla państwa, jak to chcemy zrobić, jak dla poszczególnych projektów pozyskać parlamentarną większość, a przede wszystkim społeczeństwo. Priorytetem jest to, co za oceanem nazywają politics, czyli polityczna gra, w wydaniu Jarosława Kaczyńskiego przypominająca zwykle próbę uzyskiwania korzystnej dla niego odpowiedzi na leninowski dylemat: "Kto kogo".

Prywatna partia

By złagodzić społeczeństwu przejście od premierostwa Marcinkiewicza do premierostwa Kaczyńskiego, premier mówił w swym exposé "Marcinkiewiczem". Językiem dialogu kreował się na działacza państwowego, a nie partyjnego, Mówił o sukcesie, którego potrzebuje Polska, i nie sprawiał wrażenia, że ma na myśli wzrost notowań swej partii. Ale ten wakacyjny kostium został szybko zrzucony. Rozpoczęła się walka na niemal wszystkich frontach, obrażanie kogo się da, zaczęło się szczucie i napuszczanie. Gdy reakcją na to była krytyka, premier pomylił skutki z przyczynami i uznał, że stoi na czele najbardziej krytykowanego rządu w najnowszej historii Polski.

Co najważniejsze, sam rząd - mimo że od momentu, gdy na jego czele stanął Jarosław Kaczyński, minął rok - wciąż nie ma jasnej agendy, wciąż nie ma jasno zdefiniowanych i jasno zwerbalizowanych priorytetów. Wiadomo, że PiS rządzi, bo lubi rządzić. Wiadomo, że rządzi, bo rządy innych oznaczałyby dla Polski niechybną zgubę. Ale po co rządzi? Czego i dlaczego chce? Takie drobiazgi zdają się polityków PiS i szefa tej partii nie fascynować. Na dodatek, gospodarka jest o wiele nudniejsza niż polityczne gierki, radzi sobie sama, a gospodarcze reformy mogłyby się nie udać i jeszcze pozbawić PiS części poparcia. Mamy więc hiperaktywność stricte polityczną premiera i niemal totalny immobilizm jego rządu w sferze działań praktycznych. Czy gdyby premierem był Marcinkiewicz, byłoby inaczej? Prawdopodobnie nie, ów immobilizm byłby pewnie przykryty przez hiperaktywność PR-owską szefa rządu.

Premierostwo Marcinkiewicza, tak długo, jak trwało, mogło być dla członków PiS sugestią, że w państwie jest przynajmniej kilka punktów odniesienia. Rok temu nadszedł czas zademonstrowania im, że w partii i w państwie jest tylko jeden punkt odniesienia i jedna, najwyższa instancja, od której odwołań nie ma. Miało być jasne, że w partii rządzącej jest może i wielu ludzi, których nazywa się politykami, ale prawdziwy polityk jest w niej jeden. Polityk ten nie potrzebuje partnerów.

Potrzebuje stojących na baczność i salutujących żołnierzy. Ich zadaniem nie jest debatowanie nad kierunkiem, w którym idzie władza i rząd. Ich obowiązkiem jest wczytywanie się w myśli wodza i objaśnianie tych myśli społeczeństwu. Ich zadaniem nie jest szukanie pomostów pozwalających szukać z innymi kompromisu w sprawie projektów, które chce realizować rząd. Ich obowiązkiem jest potwierdzanie, że premier ma rację, a jego przeciwnicy z założenia jej nie mają. Tak oczywiście nie funkcjonuje żadna normalna partia polityczna w demokratycznym świecie. Ale też PiS nie jest normalną partią polityczną, lecz partią - jak mówią jej kiedyś bardzo ważni członkowie - prywatną. Nie tylko pakiet kontrolny, ale sto procent udziałów mają w niej dwie osoby, a tak naprawdę jedna, prezes. W tej sytuacji na margines muszą być spychani wszyscy, którzy mają własne zdanie, a tym bardziej tacy, którzy mają własną pozycję. Skoro musiał odejść Marcinkiewicz, to wiadomo było, że przyjdzie czas także na Sikorskiego, a za jakiś czas na Zalewskiego. Nie bardzo wiadomo, kto będzie następny, ale w partii, w której dowodem nielojalności jest zadawanie pytań, może to być każdy.

Język brutalnej walki

Pod jednym względem zeszłoroczna zmiana szefa rządu była szalenie znacząca. Tak jak Marcinkiewicz starał się - biorąc pod uwagę sondaże, nawet z powodzeniem - być "premierem wszystkich Polaków", tak Jarosław Kaczyński zdaje się nie ukrywać, że jest premierem z PiS, dla PiS i dla elektoratu PiS. Tu mamy do czynienia z absolutną szczerością. Kto nie jest z nami, ten jest przeciwko nam, kto uważa się za inteligenta, ale jest przeciw nam, ten nawet nie jest inteligentem, kto nas krytykuje, służy układowi i jest obrońcą III RP. Język porozumienia został zastąpiony przez język brutalnej, politycznej walki. Zamiast zasypywania podziałów, mamy nowe podziały. Premier do opisu rzeczywistości nie potrzebuje wielu kredek. Wystarczą biel i czerń. ,

Gdy pod kancelarią premiera wyrasta miasteczko protestujących pielęgniarek, kilkadziesiąt metrów spaceru jest dla szefa rządu wysiłkiem niewykonalnym. Premier chce bowiem Polski solidarnej, ale nie takiej, która jest solidarna ze sobą, a nie z nim. Na dodatek - co widać szczególnie w ostatnich dniach - język racjonalny został zastąpiony przez język całkowicie irracjonalny. Marcinkiewicz był oczywiście często śmieszny w swym nachalnym, dość tanim PR-rze, ale zdawał się jednak utrzymywać kontakt z rzeczywistością. Czy ktoś wyobraża sobie, że mówi on, iż za protestem pielęgniarek stoją szatani? Kazimierz Marcinkiewicz był dla PiS pomostem do może nie antyPiS-owskiej, ale na pewno nie-PiS-owskiej Polski. Przekonywał, pozyskiwał, piłował kanty. Obecny premier nie mówi do całego kraju. Mówi do tej jego części, która go popiera. Stąd od roku całkowicie wystarczają mu występy w Radiu Maryja i w "Sygnałach dnia". Po cóż mówić do tych, którzy i tak na nas nie zagłosują? Dialog nie ma sensu, skoro monolog prowadzę ja, zdaje się mówić Jarosław Kaczyński.

Kierunek wyznaczony przez prezesa PiS i obecnego premiera na pewno się nie zmieni. Nastąpi co najwyżej zaostrzenie języka i dokręcanie śruby, szczególnie we własnej partii. Za chwilę półmetek rządów PiS, kampania wyborcza coraz bliżej, niepotrzebni są dyskutanci z oficerskimi ambicjami, potrzebni są salutujący szeregowcy. Najlepiej tacy, którzy nie mają żadnych wątpliwości, a jak je mają, potrafią je doskonale ukry. Epizod rządów Marcinkiewicza wydaje się częścią dawno minionej epoki. Były premier zdaje się żyć czasem przeszłym i dokonanym. To udzieli jakiegoś wywiadu, to oprowadzi jaką gazetę po Londynie. Nie ukrywa żalu do Jarosława Kaczyńskiego, ale w gruncie rzeczy powinien być mu wdzięczny. Bo zaistniał wyłącznie dzięki niemu. Gdyby rok temu Marcinkiewicz powiedział, że ze stanowiska nie ustąpi, albo ustępując, zadeklarował, że wystartuje w wyborach prezydenta Warszawy, ale jako kandydat niezależny, byłby dziś zapewne w stołecznym ratuszu. Nie zrobił tego, bo jak cała reszta członków PiS nie był zdolny do powiedzenia Jarosławowi Kaczyńskiemu "nie". Cóż, był w końcu specjalistą od mówienia "Yes, yes, yes".

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj