Najstarszym na świecie przepisem o zdrowej żywności jest wydany w roku 1516 przez arcyksięcia Wilhelma IV Bawarskiego Reinheitsgebot - ustawa o składzie piwa. Według niej piwo może być zrobione wyłącznie ze słodu jęczmiennego, chmielu, drożdży i wody. Niczego ponad to. Ta ustawa jest w Niemczech przestrzegana do dziś i jeszcze całkiem niedawno jeden z browarów naraził się na kłopoty, bo złapano go na dodawaniu do piwa kwasu węglowego, czyli po prostu bąbelków.
W naszej słusznej walce o czystość naszego narodowego skarbu - wódki, moglibyśmy się powoływać na niemiecki przykład, gdyby nie to, że Niemcom, aspirującym do przywództwa politycznego
w Europie, też nie udało się nakłonić UE do przyjęcia ich definicji piwa. Stąd piwa europejskie robione są na przykład z ryżu, słodzone, barwione i doprawiane całą tablicą pierwiastków
Mendelejewa. Fuj!
Interesy browarników holenderskich czy belgijskich w przypadku piwa wygrały z naturalną żywnością, do jakiej zalicza się bawarskie piwo, ze zdrowym rozsądkiem i ze zdrowiem konsumentów.
Takich machlojek w UE jest więcej. Polska niedawno została skarcona za nadmierny import bananów południowoamerykańskich, zamiast tak zwanych bananów kolonialnych, pochodzących z zamorskich
terytoriów Francji, mniejszych, bardziej suchych i po prostu niesmacznych. Ale za to słusznych.
Z wódką jest dokładnie to samo. Ale mamy jeszcze wyjście, jest jeszcze ratunek. Trzeba domagać się zmian w europejskiej, wspólnej polityce rolnej. Wódka, a właściwie spirytus europejski,
bierze sie właśnie z tej wspólnej polityki, subwencjonującej uprawę winorośli. Prowadzi to do nadprodukcji, która jest skupowana przez Unię, a następnie, ponieważ jakościowo nie nadaje
się na wino, przerabiana na spirytus. My, Polacy, na przełomie lat 80. i 90. wypiliśmy sami część tej nadprodukcji jako spirtus Royal, a parę osób zrobiło przy okazji ogromne pieniądze. Ale
nie daliśmy rady. Bruksela, chcąc obniżyć koszty składowania hektolitrów nikomu niepotrzebnego spirytusu, obdarowała nim w charakterze pomocy humanitarnej wiele krajów Trzeciego Świata.
Także kraje muzułmańskie, co było szczególnie taktowne. Pędzenie alkoholu z bananów ma z kolei podtrzymywać gospodarkę Martyniki albo Gujany Francuskiej.
Ten europejski spirytus z byle czego jest od dawna w obrocie powszechnym, tyle że nie jako wódka, a jako brandy, na ogół pod nazwą Napoleon. Biedny cesarz Francuzów w grobie się przewraca, że
jego imieniem nazywany jest rozcieńczony spirytus przemysłowy z dodatkiem barwników i substancji zapachowych, nalewany do butelek kształtem przypominających butelki koniaku i opatrzonych
krzykliwymi etykietami. Osoby nieuważne albo niezorientowane kupują ten zajzajer, tę berbeluchę z przekonaniem, że udało im się nabyć tanio szlachetny trunek. A na drugi dzień dziwią się,
dlaczego ich tak głowa boli, domyślając się, że to zapewne od zakąski.
Teraz ten sam numer chce Unia Europejska, w majestacie unijnego prawa, wyciąć wódce i jej konsumentom. Nie powinniśmy się poddawać. Przez szacunek dla tradycji, a nie tylko ze względu na
interesy. W końcu jedyną instytucją o światowym zasięgu, która nigdy nie uznała ani paktu Ribbentrop-Mołotow, ani Jałty, była wytwórnia wódki Smirnoff, którą pijałem na Zachodzie z
rozkoszą, bo na etykiecie miała napis: Lwów, Polska. To samo robił Baczewski w Wiedniu. A był to czas, kiedy w najszacowniejszych encyklopediach osoby urodzone w XVI albo XVII wieku miały
podane miejsce urodzenia: Lwów, ZSRR. Tego nie wolno zapominać. Trzeba walczyć o wódkę jak o prawdę historyczną.
Wydaje mi się, że jest jeden tylko sposób. Trzeba, wzorem winnych apelacji, stworzyć system apelacji wódczanych. Pisać na etykiecie: oryginalna polska wódka. Apellation Lublin Controllee. I
jeszcze dodawać rocznik. Najlepszą obroną przed chłamem podróbkowym jest stworzenie snobizmu na oryginał. Jan III Sobieski nie obroniłby Wiednia, gdyby pijał wódkę z bananów. Nie wypada
osobom z towarzystwa chlać anonimowego spirytusu z najgorszych winogron w Europie. Trochę inicjatywy, trochę akcji propagandowej, a europejski bimber chlać będą tylko kloszardzi i urzędnicy
Komisji Europejskiej. I niech im idzie na zdrowie!