To może być koniec rządu Kaczyńskiego - Rafał Matyja, politolog, publicysta
Decyzja, jaką podjął w poniedziałek Jarosław Kaczyński, może skutkować nie tylko poważnym kryzysem koalicyjnym czy istotnym ograniczeniem możliwości kierowanego przezeń rządu. Może
oznaczać - paradoksalnie - kres marzeń o daleko idącej naprawie państwa. W tym sensie była to decyzja dramatyczna, niekomfortowa, podejmowana ze świadomością ryzyka. Ryzyka porażki i -
niemniej istotnego - ryzyka niezrozumienia.
Warto jednak usunąć najpierw podejrzenie o niskie pobudki decyzji premiera. Jarosław Kaczyński, decydując się na usunięcie z rządu wicepremiera Leppera, postawił bowiem pod znakiem zapytania
samą możliwość kontynuowania misji rządu. Ani perspektywa rządu mniejszościowego - nawet wspieranego poparciem posłów niezrzeszonych - ani perspektywa przyspieszonych wyborów nie jest
bowiem dla Prawa i Sprawiedliwości korzystniejsza od chwiejnej, ale dającej szanse realnego rządzenia koalicji.
Problem Jarosława Kaczyńskiego polega jednak na tym, że decyzję tę podejmował po serii dość wątpliwych wypowiedzi i decyzji, które stanowiły niezamierzony kontekst poniedziałkowych
zdarzeń. Niefortunne wypowiedzi na temat protestu pielęgniarek, dziwaczne autointerpretacje wypowiedzi o szatanach, małostkowa reakcja na wypowiedzi Pawła Zalewskiego, komplementowanie słuchaczy
i twórców Radia Maryja i niezwykłe - jak na premiera - milczenie w sprawie "taśm Rydzyka" tworzą zły obraz polityka-męża stanu.
Premier - być może nie do końca świadomie - pracuje wytrwale nad powiększeniem publicznego deficytu zaufania. Odbierając wiarygodność opozycji, partnerom koalicyjnym, politykom własnej
partii, komentatorom, reprezentantom różnych środowisk zawodowych - nie może się dziwić, gdy coraz szersze środowiska niejako rykoszetem - odmawiają zaufania jego deklaracjom. Oszukani lub
obrażeni stanowią bowiem znakomity materiał na przyszłych wrogów.
Ambiwalencja części mediów i opinii publicznej wobec antykorupcyjnego gestu premiera to żniwo wcześniejszego siewu nieufności i niepotrzebnej agresji, to żniwo polityki, która niedostatki
działań pokrywa "twardymi słowami" wymierzonymi w rzeczywistych i urojonych przeciwników. Trzeba to powiedzieć, zanim rządzący uznają wszystkich, którzy mają wątpliwości
za wrogów.
Opozycja i znacząca część komentatorów rzuca dziś premierowi i prezydentowi twarde "nie wy!" Domaga się wyborów, odsunięcia PiS od władzy, zamknięcia
"eksperymentu Czwartej Rzeczypospolitej". Wydaje się, że powinni też usłyszeć brzmiące nieco inaczej, co nie znaczy, że łagodnie - "nie tak!".
"Nie tak" dotyczące rządzenia poprzez "twarde słowa" i mało realne pogróżki. "Nie tak" dotyczące marginalizowania osób posiadających
własne zdanie, wobec praktyki "prywatyzacji partii".
"Nie tak" - dotyczy też zadeklarowanego w Radomiu, a pominiętego w relacjach prasowych, stanowiska premiera w sprawie reform instytucjonalnych. Tak radykalne stanowisko -
wskazujące na naiwność instytucjonalistów i podkreślające prymat polityki kadrowej - jest w istocie swojej szalenie krótkowzroczne. Sprawujący dożywotnio władzę i odpowiednio młody król
może zastanawiać się, czy długotrwała naprawa obyczajów oparta na odpowiedniej selekcji urzędników nie będzie bardziej skuteczna niż reformy instytucjonalne. Polityk demokratyczny, którego
misja może skończyć się za kilka miesięcy, powinien wiedzieć, że zmiany instytucjonalne są lepszą gwarancją niż dogłębne nawet rewolucje personalne. Zwłaszcza wtedy, gdy dobre,
wykwalifikowane kadry są bardzo szczupłe.
Jeżeli reformy instytucjonalne PiS sprowadzą się do budowy nowych służb specjalnych - wojskowych i CBA oraz do usprawnień strukturalnych w prokuraturze i policji, to program IV Rzeczypospolitej
sprowadzony zostanie do rozmiarów karykaturalnych.
Brak reform w sferze "cywilnej", nawet tych postulowanych i zapowiadanych w Sejmie IV kadencji, nie pozwoli na uruchomienie pozytywnej identyfikacji z państwem, na uruchomienie
szerokiej rekrutacji elit publicznych. Problemem nie jest nawet ograniczenie szans na wysoki wynik wyborczy PiS, ale zmarnowanie okazji, jaką jest znaczące społeczne przyzwolenie na zmiany,
będące efektem kryzysu ustrojowego lat 2003-2005. Przyzwolenie to dziś z pewnością się wyczerpuje, wraz z kredytem udzielonym władzy w początku obecnej kadencji.
Budowanie i umiejętne lokowanie zaufania jest sztuką trudniejszą niż otwieranie nowych osi konfliktu i wzmacnianie kontroli. Wyjście z kryzysu nie dokona się poprzez zastosowanie po raz kolejny
polityki szantażu wyborami i obłaskawiania stanowiskami. Wymaga rewizji założeń politycznych i zmiany politycznego stylu. Wymaga innego wytyczenia granicy między sojusznikami a wrogami, innej
koncepcji politycznego celu. Być może jest to "kryzys ostatniej szansy" dla premiera Kaczyńskiego. Być może stawka w grze jest znacznie większa, bo dotyczy kierunku i dynamiki
zmian ustrojowych.
W co gra szef rządu, wie tylko on sam - Kamil Durczok, redaktor naczelny "Faktów" w TVN
Cała zawierucha z odwołaniem Andrzeja Leppera ma dla Jarosława Kaczyńskiego ulubiony wymiar. I nikt poza premierem do końca nie wie, o co w niej chodzi. I nie zanosi się, by ktokolwiek zmusił
szefa Prawa i Sprawiedliwości do wyłożenia kart na stół.
Dzisiaj teoria o prowokacji wobec lidera Samoobrony jest tak samo prawdopodobna jak i to, że Andrzej Lepper nie ma w aferze gruntowej czystego sumienia. Zwyczajnie. Zupełnie nie wiemy, co zapisane
jest w laptopach agentów Centralnego Biura Antykorupcyjnego. Jakie dowody przedstawiła prokuratura, wnioskując o areszt dla podejrzanych o próbę korupcji, jakie poszlaki wiążą dwójkę
podejrzanych aferzystów z wicepremierem rządu Rzeczypospolitej. Do tej ekskluzywnej wiedzy dostęp mają wyłącznie premier Jarosław Kaczyński i szef Centralnego Biura Antykorupcyjnego.
I jakoś trudno uwierzyć, że zechcą się nią podzielić z kimkolwiek. A powinni. Opowiadanie o tajemnicy śledztwa można między bajki włożyć. Ekipa Prawa i Sprawiedliwości nieraz pokazała,
że jak trzeba, jak wymagają tego okoliczności, nie takie tajemnice można ujawnić, nie licząc się z minimalnymi choćby konsekwencjami.
Agenturę Wojskowych Służb Informacyjnych ujawniono, chociaż o udowodnieniu przestępstwa komukolwiek z wymienionych w raporcie osób - jak na razie - nic nie słychać. No, ale wtedy interes był
w jawności, a dzisiaj jest w tajemnicy. Dlaczego? Bo tak.
Opozycja na razie popiskuje o przekroczeniu uprawnień i pokrzykuje o dymisji premiera. Jak nie wymyśli jakiegoś fortelu prawnego, to na popiskiwaniach i pohukiwaniu się skończy. A prawdę o
odejściu Andrzeja Leppera będzie znała zaledwie wąska kasta kapłanów tajemnej wiedzy.
A tak na marginesie zdumiewa mnie wiara Jarosława Kaczyńskiego, że służby specjalne ma pod kontrolą. Wszędzie na świecie jest bowiem zwykle tak, że tego rodzaju służby mają skłonność
do "urywania się" swoim politycznym nadzorcom, a pozbawione kontroli mogą uderzyć z najmniej spodziewanego kierunku.
Z drugiej strony nie rozdzierałbym szat nad działaniami Centralnego Biura Antykorupcyjnego. I ludzie władzy, i wicepremier także powinni się spodziewać, że mogą być sprawdzani na różne
sposoby. Również na taki, który zakłada skontrolowanie, czy może ich skusić wizja kilkumilionowej łapówki. Tyle że musimy mieć pewność, iż prowadzona wobec nich gra jest czysta i zgodna
z regułami prawa. Tutaj tej pewności nie mamy.
Z dymu, jaki towarzyszy całej aferze, wyłania się kilka prawdopodobnych teorii. Najbardziej przekonująca jest ta, która mówi, że Jarosław Kaczyński zdecydował się zawalczyć o elektorat
Samoobrony i posłów w biało-czerwonych krawatach. Postanowił więc usunąć człowieka, który tę partię stworzył. I stał na przeszkodzie realizacji jego planów. Znalezienie kogoś, kto albo
się chwali na prawo i lewo znajomościami w rządzie, albo zwyczajnie jest aferzystą, w tym akurat kręgu politycznym nie było specjalnym problemem. Premier Kaczyński, widząc, jak coraz bardziej
ciążą mu koalicjanci, jednym ruchem pozbył się Leppera i jednocześnie - przynajmniej na razie - wcale nie stracił kilkudziesięciu szabel Samoobrony. I nie jest powiedziane, że nawet kiedy
ugrupowanie to wyjdzie z koalicji, te szable też będą stracone.
Zagadką pozostaje, dlaczego do rozstrzygnięcia dochodzi właśnie teraz. Niespełna dwa tygodnie po podpisaniu aneksu do umowy koalicyjnej. Po deklaracjach o budowie, naprawie i likwidacji układu.
Jakoś trudno mi uwierzyć, że ryzykowną grę z wyborami w tle rozpoczęto tylko po to, żeby "przykryć" głupotę i chamstwo zarejestrowane na taśmach ojca dyrektora. Być
może własne sondaże kazały Prawu i Sprawiedliwości pozbyć się koalicyjnego partnera. Być może pokazały, że partia Jarosława Kaczyńskiego znalazła się na równi pochyłej i delikatnie,
ale konsekwentnie, odwraca się od niej wierny - jak dotąd - elektorat.
Być może narosło przekonanie, że Liga Polskich Rodzin i Samoobrona to nie są żadne przystawki. Że są to raczej betonowe koła ratunkowe. Uratowały większość w Sejmie. Ale teraz ciągną
na dno. Wszystko być może. Bo w co gra szef rządu, wie tylko on sam.
Za kilka dni kurz opadnie, będzie widać, w jakim stopniu ostatnie kuszenie Samoobrony było skuteczne. Ilu zawodników z drużyny Andrzeja Leppera, wbrew woli coacha, przejdzie do nowego klubu.
Wtedy dowiemy się, czy tak naprawdę za kilka miesięcy pójdziemy do urn, czy czekają nas kolejne odcinki sitkomu pod tytułem: koalicja trwa.