A więc - co z tym Kwaśniewskim? Rzeczywiście niewiele go, szczególnie biorąc pod uwagę jego majowe zapowiedzi politycznej ofensywy. Był zjazd łże-elit na Uniwersytecie Warszawskim, kilka wywiadów, potem wakacje na Filipinach, wywiad w "Newsweeku" i tyle. Niewiele, w każdym razie niewiele dla ludzi, którzy wierzyli, że to Kwaśniewski zagwarantuje reanimację polskiej lewicy.
Można oczywiście zakładać, że w najlepsze trwa praca rady programowej LiD, ale jakoś trudno w to uwierzyć. Były prezydent na razie odgrywa więc w polskiej polityce rolę wirtualnej nadziei i wirtualnego zagrożenia. Wirtualnej nadziei dla pogrążonej przez rządy SLD lewicy i wirtualnego zagrożenia, które LiD miałby stanowić dla Platformy Obywatelskiej. A to Jarosław Kaczyński podszczypuje PO, mówiąc, że Donald Tusk mógłby być co najwyżej podkomendnym Kwaśniewskiego. A to sam Kwaśniewski mówi, że wiąże spore nadzieje z Tuskiem, co może być deklaracją wiary w przyszłą koalicję PO-LiD, ale i nadzieją w możliwości lewicy wynikające ze słabego przywództwa Tuska.
Jedno wiadomo na pewno. Aleksander Kwaśniewski przegrał już politycznie ważny moment. Nie można dramatycznie wzywać "wszystkie ręce na pokład", a potem udzielić dwóch wywiadów i ewakuować się na wakacje. Nie można, bo po pierwszym akcie natychmiast powinien następować drugi, a potem następne. Ponieważ nie nastąpiły, można odnieść wrażenie, że były prezydent chwilową aktywnością leczył chwilową depresję z powodu funkcjonowania na obrzeżach naszej polityki.
Skoro jednak wystarczyło takie lekarstwo, to może i choroba nie jest ciężka. A to z kolei znaczyłoby, że nawet jeśli byłemu prezydentowi się chce, to chce mu się za mało, że - mówiąc językiem młodzieżowym - nie ma dość poweru i drive’u, by nie tylko powiedzieć: cała naprzód, ale naprawdę zgromadzić wojsko i poprowadzić je do boju.
Pytanie o psychofizyczny stan prezydenta jest uzasadnione, bo już w końcówce jego prezydentury mówiono, że jest wypalony. Trudno zresztą mieć do niego pretensje, bo dekada funkcjonowania w pałacu mogła go zmęczyć, a wysokooktanowość, jałowość i coraz bardziej knajacka brutalność naszej polityki mogą go odstraszać. Jeśli jednak tak jest, to trudno wierzyć w mesjasza na pół gwizdka. Obecność Kwaśniewskiego może być więc za mała, by cokolwiek na lewicy zmienić, ale wystarczająco zauważalna, by przytłoczyć kandydatów na nowych liderów, którzy nie potrafili wyjść z cienia nawet nieobecnego Kwaśniewskiego.
Być może jednak najważniejsze pytanie dotyczy nie formy byłego prezydenta, lecz jego pomysłu na funkcjonowanie w polskiej polityce. Otóż na razie tego pomysłu nie widać, a to, co ewentualnie widać, jest mało oryginalne. W swych tezach i diagnozach Aleksander Kwaśniewski często wydaje się bowiem nie tylko mało odkrywczy, ale i wtórny. To zresztą cecha większości ważnych postaci obecnej opozycji, które skupiają się na nieudolnych dość próbach tłumaczenia na język polityki tego, co mówią i piszą o niej publicyści krytyczni wobec obecnej władzy i zaprowadzanych przez nią porządków.
Nie wiem, czy rację ma Sławomir Sierakowski, gdy mówi, że cały pomysł Kwaśniewskiego na zmianę w polskiej polityce, to restauracja III RP. Faktem jest jednak, że były prezydent nie powiedział w ostatnich miesiącach nic, co sugestię Sierakowskiego czyniłoby z gruntu nieuzasadnioną.
I tu dochodzimy do zdecydowanie największego problemu nie tylko polskiej lewicy i nie tylko Aleksandra Kwaśniewskiego, ale całej polskiej opozycji. Politycznie jest ona niemal całkowicie "reaktywna", zdolna wyłącznie do reagowania na serwisy PiS. Gdybyż liderzy opozycji byli chociaż mistrzami returnów, to pół biedy. Ale większość owych returnów trafia w siatkę albo poza kort.
Ostatnio Piotr Zaremba pisał, że zarzuty o małą aktywność PO są nieuzasadnione, bo właściwie cóż miałaby ona robić, skoro nie ma większości. I dorzucał na wzmocnienie swej tezy słowa Michała Karnowskiego, że poza tym, co PO robi teraz, mogłaby chyba tylko zabić Kaczyńskich.
Otóż absolutnie się z tym nie zgadzam. Platforma nie musi z góry deklarować, że z Samoobroną nie chce mieć nic do czynienia, bo nonsensem jest dawanie Jarosławowi Kaczyńskiemu carte blanche na połykanie liderów przystawek, co politycznie może go tylko wzmocnić. A przede wszystkim i Platforma, i lewica z Aleksandrem Kwaśniewskim powinny wykonać wielką pracę, by zaprezentować Polakom jakiś świeży pomysł na Polskę, na gospodarkę i na naszą obecność w Europie.
Takiej wizji nie przedstawiono i tu cała opozycja zmarnotrawiła ostatnie dwa lata dokładnie w takim samym stopniu, w jakim PiS marnuje czas, który mógłby być przeznaczony ma modernizację Polski. I Donald Tusk, i Aleksander Kwaśniewski zdają się nie wychodzić poza banały, że kaczyzm jest zły, że trzeba bronić demokracji i że Polsce potrzebne są spokój oraz normalność. Od byłego prezydenta i człowieka, który chce być przyszłym prezydentem, chciałoby się usłyszeć nieskończenie więcej. Chyba że problemem jest coś zupełnie innego. To, że Kwaśniewski i Tusk są w takim samym stopniu jak Kaczyński dziećmi minionej politycznej epoki, że prowadzą tę samą grę, choć kontekst się zmienił, a świat poszedł naprzód. Hasło "władza minus PiS" to, by użyć języka Jarosława Kaczyńskiego, "jeden z warunków dobrego rządzenia", ale nie żaden pomysł na rządzenie.
Być może zaraz po wakacjach były prezydent wróci na scenę z jakimś rewelacyjnym pomysłem politycznym. Ale nie postawiłbym na to wielkich pieniędzy. Być może więc jest to jeszcze jeden powód, dla którego z wyborami lepiej jednak dwa lata zaczekać. Choćby w złudnej nadziei, że pomysłodawca i pomysł jednak się pojawią.