Dziennik Gazeta Prawana logo

Europa mówi Ameryce: Bye! Nasze drogi się rozchodzą

16 maja 2011, 07:51
Ten tekst przeczytasz w 5 minut
Europa mówi Ameryce: Bye! Nasze drogi się rozchodzą
Newspix
Sprawa bin Ladena pokazała dobitnie, że dwa światy, amerykański i europejski, rozjeżdżają się cywilizacyjnie. Stany tracą resztki autorytetu państwa pełniącego rolę przywódcy w wolnym świecie.

Podobno niemal wszyscy Amerykanie są absolutnie dumni z akcji swoich komandosów, którzy uśmiercili Osamę bin Ladena. Podobno tylko nieliczni mają wątpliwości co do słuszności i prawomocności rozkazu o zastrzeleniu przywódcy Al-Kaidy. Jeśli rzeczywiście tak jest, a wszystko wskazuje na to, że tak, to chyba właśnie teraz, w naszej przytomności, te dwa światy, amerykański i europejski, rozjeżdżają się cywilizacyjnie, i to definitywnie. W każdym razie Amerykanie musieli się mocno napracować, by utracić w oczach przynajmniej mojego pokolenia resztki autorytetu państwa pretendującego do przywództwa w wolnym świecie. A wydawało się przez całe dziesięciolecia, że szczególna pozycja Stanów jest z polskiej perspektywy niezagrożona.

Wojna w Iraku, rozpoczęta z kłamliwym uzasadnieniem konieczności obrony przed bronią masowego rażenia, znajdującą się rzekomo w rękach dyktatora, była chyba pierwszym symptomem załamania się mitu kowboja, który sięga po broń na zasadach rycerskich i tylko w ostateczności, by bronić przejrzystych, zrozumiałych dla każdego zasad prawa. Jednak wtedy, po schwytaniu Saddama Husajna, przynajmniej zadbano o pewien sztafaż praworządności. Jaki był ten sąd, to inna sprawa – jednak był i wydał jakiś wyrok.

Pozostałym członkom NATO przychodziło wtedy przełknąć gorycz państw właściwie wasalnych, które nie były w stanie w odpowiednim momencie powiedzieć Amerykanom: sprawdzamy. Europa upokorzona, sprowadzona do pozycji przytakującego „sojusznika”, przyznała się z czasem do porażki. Niektórzy przywódcy bili się nawet w piersi, przyznając, że zostali wprowadzeni w błąd. Dziś widać wyraźnie, że racja była po stronie polskiego papieża, który wyraźnie przeciwko tamtej wojnie protestował. Także wszystkie sondaże z okresu wojny irackiej równie niedwuznacznie wskazywały, że stanowiska rządów rozmijały się z odczuciami i, co ważniejsze, z oczekiwaniami obywateli. Nie miało to jednak w świecie wielkiej polityki żadnego znaczenia.

Wkrótce, bo w drugiej połowie 2008 r., stało się jasne, że Ameryka nie jest w stanie zapanować nad swoimi finansami. Gigantyczny kryzys po drugiej stronie oceanu, narastający od kilku już lat w postaci piramidy zadłużenia, znanej nam nad Wisłą w mniejszej skali pod szyldem „bezpiecznej kasy oszczędności”, podważył wiarę w stabilność gospodarki amerykańskiej. A przede wszystkim – w umiejętności tamtejszych inżynierów rynków finansowych. Rozbrajające oświadczenie ustępującego szefa Fed Alana Greenspana: „Myliłem się”, nie pozostawiało wątpliwości, że Wujek Sam albo przestał się orientować w tak przyziemnej sprawie jak zawartość własnego portfela, albo postanowił iść w zaparte jak pierwszy lepszy oszust, który tylko dlatego może być oszustem, że potrafi przejściowo wzbudzić zaufanie. Tak czy inaczej – kolejna kompromitacja.

Fotografia z centrum dowodzenia akcją zabicia bin Ladena, przedstawiająca prezydenta i najściślejszy krąg jego współpracowników, miała chyba za zadanie utwierdzić nas w przekonaniu, że oto właśnie ci ludzie trzymają rękę na pulsie zdarzeń. Tymczasem Barack Obama, zarejestrowany na zdjęciu w pozycji skurczonego w sobie obserwatora tego, co widać na ekranie, nie wygląda na kogoś, kto tu decyduje. Podobnie jak wiceprezydent Biden, który gdzieś z boku ledwie mieści się w kadrze tego zdjęcia. Hillary Clinton zasłania sobie usta ręką w geście osoby wyraźnie zaskoczonej i przerażonej tym, co jej pokazano. Właściwie tylko ten przystojniak w niebieskiej koszuli w samym centrum fotografii wygląda na kogoś, kto przynajmniej wie, co się dzieje po drugiej stronie ekranu. Nie wiemy, kim on jest, ale sprawia wrażenie rzeczywistego zwierzchnika całego tego gremium – oby szefa chwilowego. Nie to jest jednak najistotniejsze. W końcu to tylko fotografia, a moja interpretacja jej treści jest być może całkowicie błędna. Scena ta stanowi jednak pewien symptomatyczny kontekst zdarzenia, którego wymowa jest niepodważalna: oto Amerykanie zdecydowali się na zastrzelenie wprawdzie wroga nr 1, ale jednak niestawiającego w momencie ataku żadnego oporu. Człowieka cywilizacji europejskiej, a z niej wyrasta ponoć także kultura amerykańska, nigdy nie przekona argument, że lepiej było tego wroga nr 1 po prostu zabić, niż rozwiązywać bardzo trudne problemy związane z jego osądzeniem, ewentualnym skazaniem i wykonaniem wyroku. A przecież Amerykanie mieli na to całe dziesięć lat..

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło Dziennik Gazeta Prawna
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj