Polska nie jest mocarstwem i nie zamierza odgrywać takiej roli, zapewniał prezydent Komorowski podczas wizyty w Gruzji, odbytej w ramach sześciodniowego tournee po Zakaukaziu. Słowem, uprzejmie powiedział gospodarzom prawdę – Warszawa nie pomoże im odzyskać zbuntowanej Abchazji i Osetii Południowej, bo nie ma takich możliwości. Złożył jednak ofertę współpracy tam, gdzie możemy być pomocni – na polu gospodarczym. Wizyta ta bardzo różniła się od kaukaskich eskapad śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Na korzyść.

Reklama

W polityce międzynarodowej bardziej od gestów liczy się chłodna kalkulacja. Jakie mamy atuty, jak możemy je wykorzystać, co trzyma w ręku przeciwnik. Gdyby – upraszczając dla potrzeb publicystycznych – podsumować politykę kaukaską PiS – można wskazać jej dwa żelazne punkty. Pierwszy to pozyskanie kaspijskich surowców energetycznych poprzez sieci przesyłowe niezależne od Rosji (głównie gazociąg Nabucco i ropociąg Odessa – Brody – Gdańsk), tu adresatem naszych starań był Azerbejdżan. Drugi zaś – wciągnięcie Gruzji do organizacji euroatlantyckich i wyrywanie jej ostatecznie spod wpływów rosyjskich. Skutki? Do tej pory nie mamy ani grama węglowodorów kaspijskich płynących do nas niezależnymi sieciami, a prozachodnie aspiracje Tbilisi spotykają się w UE z więcej niż rezerwą. Rosja zaś nie straciła, a wręcz umocniła kontrolę nad Abchazją i Osetią Południową. Polskie poparcie polityczne dla Gruzji nie miało większego znaczenia przy powstrzymywaniu wojsk rosyjskich prących na jej stolicę, nie potrafiliśmy nawet odwieść Saakaszwilego od samobójczego ataku na Osetię Południową, który storpedował jego aspiracje i nasze starania o miejsce dla Gruzinów w NATO.

Można powiedzieć, że wizyta Komorowskiego w porównaniu z eskapadami śp. prezydenta Kaczyńskiego była miałka. Polskie media ledwo ją odnotowały, nic dziwnego – w Gruzji nie padły przełomowe deklaracje, nie było widowiskowych gestów. Jej skutki też będą co najwyżej umiarkowane. Ważne jest jednak co innego. Komorowski lepiej rozłożył akcenty naszych relacji z Zakaukaziem. Pojechaliśmy tam z tym, co zrobić możemy, a nie z tym, co zrobić byśmy chcieli. To duża różnica.

Jesteśmy za słabi na arenie międzynarodowej, by zmieniać kaukaskie granice. Nasz głos w UE i NATO, choć znaczący, nie przybliży Gruzji do tych organizacji, możemy za to złożyć ofertę, która da jej szansę na stopniową poprawę sytuacji. To Partnerstwo Wschodnie, współpraca gospodarcza, rozpoczęcie podczas polskiej prezydencji w UE rozmów o przystąpieniu Gruzji do strefy wolnego handlu z Unią (w tym roku spore szanse ma na nią Ukraina), otwarcie warszawskiej giełdy dla firm gruzińskich (znów z powodzeniem dokapitalizowują się na niej spółki ukraińskie). Wprawdzie pakiet ten nie jest równie spektakularny jak przyjazd podczas wojny do zagrożonego rosyjską inwazją Tbilisi czy rajd samochodowy nad granicę z Osetią zakończony niepotrzebną strzelaniną, ale w przeciwieństwie do tamtych czynów bardziej realistyczny.

Gruzja nie dlatego wciąż pozostaje daleko od struktur euroatlantyckich, że nikt jej tam nie chce, ale dlatego, że w przeszłości solidnie narozrabiała. Sama musi zdjąć z siebie odium awanturnika, sama zreformować administrację i gospodarkę, sama wreszcie dorosnąć do bliższych relacji z Unią i NATO. Nikt za nią tego nie zrobi. My możemy co najwyżej pomóc. Tam, gdzie to możliwe.