Nasz kodeks pracy, twór wywodzący się z czasów PRL-owskiego uprzemysłowienia i wszechogarniającej zmianowości, już od wielu lat jest martwym bytem. Sprawdzał się, kiedy jego głównym zadaniem było organizowanie pracy w wielkich kombinatach, gdzie stado kadrowych skrupulatnie obliczało przed- i nadgodziny. Kiedy nie liczył się wynik finansowy, a praca (mówiąc precyzyjniej zatrudnienie) należała się każdemu niczym psu micha.

Reklama

Dziś, w epoce małych firm, w erze bardziej usługowej niż przemysłowej, jego skostniałe przepisy są dla przedsiębiorstw niczym betonowe kalosze wkładane na nogi skazańca tuż przed kąpielą w stawie.

Dlatego nie czarujmy się, są skrupulatnie i sprytnie omijane, ośmiogodzinna dniówka, np. w okresie nawału zamówień, jest fikcją. Zwłaszcza w niewielkich firmach: jak jest robota, to się z radością pracuje. Jak nie, wszystkim jest przykro.

Owszem, zdarzają się patologie, bywają przedsiębiorcy, którzy traktują swoją załogę jak półdarmową siłę roboczą – ale w proponowanych przez resort zmianach przepisy ochronne nadal działają, więc w sytuacji ewidentnej złej woli i wykorzystywania ludzi nic się nie zmienia, sprawa nadal pozostaje w gestii sądu pracy.

Zmiana przepisów jest natomiast szansą na zmianę myślenia. Zarówno pracodawców – którzy nie będą musieli już kombinować, jak obejść nieżyciowe przepisy i nie dać się na tym złapać – jak i pracobiorców (nierzadko, przyznajmy, traktujących swój zakład niczym dojną krowę, od której należy wziąć jak najwięcej, byle się przy tym nie zmęczyć). Otóż obie strony będą się musiały dogadać, a w tym dialogu nadrzędną wartością jest wspólny interes. Bo firma to ludzie. A ludzie żyją dzięki firmie. To ważne zwłaszcza teraz, w ciężkich czasach spowolnienia.