Dziennik Gazeta Prawana logo

"Wołyń" zaboli każdego. Smarzowski bez litości rozmontowuje fikcję dialogu polsko-ukraińskiego

Kadr z filmu "Wołyń"
Kadr z filmu "Wołyń"/YouTube
Wojciech Smarzowski stał się Józefem Mackiewiczem filmu. Jego dzieło – niezależnie od konsekwencji – będzie dopiero początkiem autentycznego oczyszczenia.

Nieczęsto ogląda się film, po którym widzowie zastanawiają się, jakie środki osłonowe zastosować, by obraz nie wywołał katastrofy. Po przedpremierowym pokazie „Wołynia” dyskusja koncentrowała się właśnie na nich. Film Wojciecha Smarzowskiego jest jak komenda „sprawdzam”, po której staje się jasne, że ponad ćwierć wieku po upadku komunizmu w dialogu historycznym z Ukraińcami jesteśmy w punkcie wyjścia. Salonowe gesty, deklaracje kolejnych prezydentów i debaty historyków są bezbronne wobec siły rażenia dzikości zła, które wylewa się z ekranu. Potencjał tego „sprawdzam” jest nieporównywalny z wypranym z treści i przez lata poddanym inflacji zdaniem „przepraszamy i prosimy o przebaczenie”.

Smarzowski bez litości, z każdą kolejną minutą filmu, rozmontowuje fikcję dialogu polsko-ukraińskiego. Przenosi go z poziomu elit do ludu. Tam, gdzie tkwi prawdziwa emocja, którą tak naprawdę nikt się do tej pory nie interesował. Gdzie schowany jest realny resentyment wobec Ukraińców. Film jest dowodem dla tych, którzy w komentarzach pod reportażami z Majdanu – niezależnie od tego, w jakich gazetach się ukazały – deklarowali swoją niechęć wobec „banderowców, morderców i skorumpowanych złodziei, których powinno pochłonąć rosyjskie piekło” i zastanawiali się, dlaczego państwo polskie pomaga „oprawcom”.

„Wołyń” zdetonuje minę, która powinna była być zdetonowana już dawno. Uruchomi popkulturowe rozliczenia z historią, którego finału nie jesteśmy w stanie przewidzieć. Znajdujemy się w przededniu debaty historycznej, w której głównym ekspertem będzie typowy Janusz zakładający podkoszulek „Wołyń. Pamiętamy!”. Bohater, którego z nieskrywaną pogardą opisuje od pewnego czasu część tygodników. Czy możemy jednak odmawiać mu prawa do tych historycznych rozliczeń w sytuacji, gdy nie powiodły się one elitom?

„Wołyń” zaboli każdego. Ukraińców, bo w filmie stają się bestiami, a w najlepszym razie kolaborantami, którzy potulnie współpracują najpierw z Lachami, później z Sowietami i hitlerowskimi Niemcami. Polaków, bo Smarzowski pokazuje AK jako pięknoduchów, którzy w czasach Apokalipsy skupiają się na czytaniu książek i nie potrafią skutecznie bronić swoich. Do historii przejdzie scena, w której kapitan poeta (który przypomina losy podporucznika Zygmunta Rumla zamordowanego przez UPA w lipcu 1943 r. w wołyńskich Kustyczach) na rozmowy z banderowcami przebiera się w mundur galowy i oddaje swoim żołnierzom broń. Bo rząd w Londynie ustalił, że na rozmowach ma jej nie być. Kapitan – w przeciwieństwie do chłopstwa każdej narodowości, które występuje w filmie – nie ma zakazanej mordy. Rysy jego twarzy są szlachetne. Bije od niego jakaś nierealna delikatność, która w przedstawionych okolicznościach zawstydza.

Żydów zaboli z kolei rola kolaborantów, którzy dali się zwieść sowieckiej wizji nowego wspaniałego świata. Są w końcu zwierzęcy Sowieci i Niemcy, którzy na Kresach uruchomili piekło z lekkością, która towarzyszy otwieraniu kramu na odpuście.

Siłą Smarzowskiego jest właśnie ta polifonia i dygresyjność. Pierwsza obecna w równoległych kazaniach dwóch duchownych grekokatolickich, z których tuż przed kulminacją makabry jeden nawołuje do panowania nad demonami nienawiści, a drugi wzywa do wypełnienia obowiązków wobec narodu. Druga w scenie ucieczki Zosi, która chroni się przed śmiercią, maszerując w kolumnie niemieckich grenadierów.

Po filmie z sali padały pytania do Smarzowskiego o to, czy nie obawia się realnych aktów przemocy wobec Ukraińców. Doskonale znający Wschód były dyplomata, a dziś publicysta Witold Jurasz przywoływał przykład Przemyśla, w którym stosunki narodowościowe są napięte do granic możliwości. Profesor Andrzej Zybertowicz, doradca prezydenta do spraw bezpieczeństwa, przekonywał, że obraz może być skuteczną bronią w wojnie prowadzonej przez Rosję. I mówił: .

Eliza Dzwonkiewicz, Narodowe Centrum Kultury:

Henryk Wujec, były doradca Bronisława Komorowskiego:

Andrzej Nowak, historyk:

Pytania o skutki dla bezpieczeństwa państwa najpewniej są uzasadnione. Czy jednak Wojciech Smarzowski miał szukać na nie odpowiedzi? Czy zadaniem reżysera jest analiza sytuacji międzynarodowej albo obrona racji stanu? Smarzowski nie jest ani politykiem, ani ekspertem, ani publicystą. Jego zadaniem było poszukiwanie prawdy. I to w tym filmie robi. Według metody Józefa Mackiewicza.

– pisał Mackiewicz w „Zwycięstwie prowokacji”. Jedyne, co można zarzucić temu nakręconemu z Mackiewiczowską wrażliwością i przenikliwością filmowi, jest to, że powinien powstać wcześniej. „Wołyń” trzeba oglądać „aż się będą uszy trzęsły” – jak pisał o Mackiewiczu Czesław Miłosz. Tylko w ten sposób pojednanie polsko-ukraińskie nabierze treści. Wyjdzie z kolein komunału. Odda należny hołd ofiarom ludobójstwa. Przywróci pamięć o Kresach, którą w znacznej mierze sami sobie amputowaliśmy.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło Dziennik Gazeta Prawna
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj