Dziennik Gazeta Prawana logo

Dunin-Wąsowicz do Mazurka: Ludzie wolą czytać Twardocha, Żulczyka czy Miłoszewskiego. Oni są eleganccy, mają pieniądze

7 grudnia 2017, 21:15
Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
Piotr Dunin-Wąsowicz, fot. Darek Golik
Piotr Dunin-Wąsowicz, fot. Darek Golik/Dziennik Gazeta Prawna
Ludzie wolą czytać nie Nahacza, a Twardocha, Żulczyka czy Miłoszewskiego, czyli ludzi sukcesu. Oni ładnie się ubierają, są eleganccy, mają pieniądze - mówi w rozmowie z Robertem Mazurkiem, Paweł Dunin-Wąsowicz – pisarz, publicysta i krytyk literacki. Redaktor naczelny miesięcznika „Lampa”, założyciel wydawnictwa Lampa i Iskra Boża.

Zbudowało mit.

Kiedy 10 lat temu samobójstwo popełnił 23-letni Mirek Nahacz, to „Polityka” napisała, że w księgarniach nie ma już jego książek. No nie było ich, ale to dlatego, że wcześniej trafiły na tanią książkę! Wydana pośmiertnie książka Mirka też zresztą szybko wylądowała na taniej książce. Dlaczego?

No właśnie, dlaczego?

Bo widocznie ludzie wolą czytać nie Nahacza, a Twardocha, Żulczyka czy Miłoszewskiego, czyli ludzi sukcesu. Oni ładnie się ubierają, są eleganccy, mają pieniądze. Ty też masz ładną koszulę, tak ze 200 zł co najmniej.

Pudło. 20 funtów w internecie.

A ja mam z tanich sklepów. Ale wracając do pisarzy, to dziś modni są ci, którzy odnieśli sukces rynkowy, a nie jakiś tam prowincjusz, który w dodatku popełnił samobójstwo.

To może teraz. Kiedyś młoda śmierć dodawała tajemniczości.

Ostatnim, który w ten sposób zyskał jakiś rozgłos, był Tomasz Pułka. Słyszałeś o nim?

Nie.

Poeta, który utopił się pięć lat temu, miał wtedy 24 lata i jego tomik po śmierci ściągnęło z internetu 60 tys. osób. Patrz, daję ci przykład dwóch nieżyjących pisarzy urodzonych w latach 80. – o jednym słyszałeś…

Choć przyznaję, że Nahacza nie czytałem.

A o drugim nie słyszałeś wcale. To dowodzi, że młoda śmierć nie gwarantuje sławy. Wojaczek czy Bursa to historie z bardzo odległej przeszłości, nie ma co porównywać tych czasów. Nawet Marek Hłasko pewnie niewiele znaczy dla dzisiejszych 19-latków. Zresztą, gdyby dziś żył, miałby 83 lata i byłby kolegą Bocheńskiego czy Rymkiewicza.

No tak, bo Nowakowski już nie żyje.

Marek Nowakowski był świetnym pisarzem, ale mam wrażenie, że w późniejszych pracach stracił kontakt z językiem. Jemu się wydawało, że język żuli, meneli, który poznał pół wieku wcześniej, kiedy sam siedział na Gęsiówce (tak nazywano więzienie przy zbiegu ulic Gęsiej i Zamenhofa w Warszawie, istniejące do 1956 r. – red.) nie zmienił się bardzo.

Stracił słuch językowy?

Trochę tak, ale Muniek Staszczyk za nim przepadał, śpiewał na jego pogrzebie, wielu ludzi go uwielbiało.

Nowakowski to z kolei reprezentant innego mitu – pisarza pijaka, znajomego żuli, nizin społecznych.

Choć ja akurat tego zaszczytu nie dostąpiłem i u niego w mieszkaniu piłem herbatę.

W mieszkaniu może tak. Ale w „Corso”…

Tak, przesiadywał tam na pl. Zbawiciela, dopóki „Corso” istniało.

Bywał też w „Piotrusiu” na Nowym Świecie.

Teraz pisarze przesiadują vis à vis, w „Amatorskiej”, zwłaszcza Janusz Rudnicki.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło Dziennik Gazeta Prawna
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj