Dziennik Gazeta Prawana logo

"Jestem jedyny, który to widział". To on powiedział Niemcom o grobach Polaków w Katyniu

25 stycznia 2018, 20:00
Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
Henryk Troszczyński
Henryk Troszczyński/Dziennik Gazeta Prawna
Wzięliśmy łopaty, poszliśmy i dokopaliśmy się do mundurów, do guzików. Taki dołek tylko niewielki wykopaliśmy. Gorzko w ustach się zrobiło. Do tej pory gorzko. Nie mogłem pojąć, że ktoś mógł takiej zbrodni dokonać. Smród było czuć, gaz leciał. Guziki wzięliśmy, pozawijaliśmy w serwetki - mówi Henryk Troszczyński w rozmowie z Magdaleną Rigamonti.

Henryk Troszczyński: Tam, w Katyniu, wszystko było, w całości. Ciała też. Niemcy brali na ręce i przenosili. Przez trzy lata niewiele się rozłożyło. Ziemia była raczej piaszczysta. Sypała się z łopaty. Wczesną wiosną te groby znaleźliśmy. Zimno jeszcze było. Potem, jak Niemcy ekshumowali, to już było cieplej. Takie dzidy, które się wbija w ziemię, żeby sprawdzić, co jest pod spodem, łatwo wchodziły. Wbijali i wyciągali kawałki różnych rzeczy. To znaczy, Niemcy tylko nadzorowali, a te sondy wbijali miejscowi i jeńcy sowieccy. Oni też kopali.

Magdalena Rigamonti: A pan?

Ja się przyglądałem. Byłem w niemieckim mundurze, jak wszyscy przymusowi robotnicy z Polski. Przyjechałem tam w 1942 r., na roboty. Budowaliśmy baraki dla niemieckich żołnierzy wracających ze Wschodu. Takie z gotowych elementów, bardzo wygodne, z piecami grzewczymi. Zaraz też zaczęliśmy się poznawać z miejscowymi, którzy na początku się nas bali, bo my przecież w tych mundurach. Kiedy pokazaliśmy, że mamy poodpruwane guziki, białe opaski na rękawach i że mówimy po polsku, to zaczęli nam ufać. Kupowaliśmy od nich bimber, słoninę, kury, jajka.

Za co?

Niemcy nam płacili za pracę. Połowę wypłacali nam, połowę rodzinie w Warszawie. Traktowali nas nie jak więźniów, tylko jak pracowników. Zawiązywaliśmy nawet z nimi przyjacielskie stosunki. Ugadałem się z takim jednym Niemcem, w moim wieku chłopak, 19, może 20 lat. Byłem u niego w koszarach, pokazywał mi zdjęcia swojej rodziny.

Strasznie niepolityczne to, co pan mówi.

Prawdę mówię. Przyjacielskie stosunki miałem też z miejscowymi Rosjanami. Chodziłem do nich, gadaliśmy i któregoś dnia się wygadali. Mówili, że wieczorami do stacji Gniezdowo przyjeżdżały pociągi. Na te pociągi czekały autobusy i samochody ciężarowe. Do tych samochodów pakowano ludzi i wieziono do Katynia. Słychać było strzały, krzyki, jęki. Do ich chałup te odgłosy dochodziły.

CAŁA ROZMOWA W PIĄTKOWYM MAGAZYNIE DGP

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło Dziennik Gazeta Prawna
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj