Jak pan odbiera w ogóle treść tej rozmowy byłego już szefa KNF z Leszkiem Czarneckim i tego co mówi Marek Ch.?

Tadeusz Cymański: Nie chciałbym dotykać kwestii, które są przedmiotem dochodzenia. Sąd oceni, czy on mówił na serio. Będzie musiał zeznawać. W takich sprawach korupcyjnych często ktoś mówi więcej niż naprawdę potrafi. Ja nie chcę umniejszać ciężaru zarzutów, ale osobiście bym się ku czemuś takiemu skłaniał, bo musiałby być mocny i musiałby mieć ludzi na posyłki, by spełnić to o czym mówi. Wtedy mówilibyśmy o układzie, o bandzie, jakiejś grupie przestępczej nawet, jeżeli on ma pracowników, którzy będą wykonywać jego dyspozycje bezkrytycznie. Polska nie jest takim krajem. Wszędzie zostawiane są ślady, dokumenty, jest uzasadnienie. Nawet jeśli ustawa daje jakąś dowolność, to trzeba uzasadnić. Nikt za złotówkę nie weźmie banku, który jeszcze zipie, tak? To jest jakaś paranoja. Ja słyszę tutaj, że sobie można okraść uczciwego przedsiębiorcę, bank, przejąć aktywa, naruszać wolność gospodarczą. Nie. Trzeba stawiać dobre pytania i dobre odpowiedzi. Ja się trzymam – jak pijany płotu – pewnej logiki. Bo przepisy są lepsze lub gorsze, ale logika i trzeźwe myślenie nikogo nie powinny opuszczać, a to prowadzi do takich wniosków. To nie może być tak, że jakiś pan, nawet szef takiej instytucji uważa, że zrobimy tak, siak, czy inaczej. Tam, gdzie jest uznaniowość, tam są wpływy. Tam jest pewnego rodzaju ryzyko większe. Jak mamy parametry, to już trudniej kombinować, jeśli mamy sztywne zasady.

Ale wiemy, że są pomysły, żeby z jednej strony ulżyć tym bankom, które są w ciężkiej sytuacji frankowej, bo…

Nie mam takiego przekonania, że treść projektu ustawy - pamiętajmy, że jest to projekt prezydenta - był z udziałem, pod wpływem czy pod kątem tych podejrzeń i tych scenariuszy, o których mówi pan Ch. Nie. Myślę, że ustawa jest zdrowo napisana, dobrze zredagowana, a jeśli miał w rozmowie jakieś złe cele, to mówił o tym pod swoja tezę. Żeby właścicielowi banku powiedzieć: słuchaj, to my tu będziemy mogli zrobić, co chcemy… Nie. Uważam, że w tym brzmieniu tak, by nie było.

Nie pojawiły żadne poprawki?

Nie! Pamiętajmy, że ta sprawa dotycząca regulacji przejmowania banków znalazła się w ustawie o Bankowym Funduszu Gwarancyjnym, również cezura, o jakich bankach mówimy.

Tak, ale przejmowanie banków to jedna kwestia, natomiast z tej rozmowy wynika, że franki są istotną częścią tej rozmowy, którą można odczytywać wręcz jako ofertę.

Można odczytywać jako ofertę, ale ta ustawa nie jest ani zabawką, ani takim narzędziem, którym może się dowolnie posługiwać pan były już szef KNF. Taka teza jest nie do obrony moim zdaniem.

Miał pan sygnał od niego, żeby jakoś lżej traktować te banki w kłopotach?

Nie, ani nie miałem nawet sugestii. Można by to zobaczyć, gdyby ktoś nagrywał…

A pan nie nagrywał?

Nigdy tego nie robię, ale powiem szczerze, że śpię spokojnie i nawet chrapię, bo wszystkie nagrania można śmiało ujawnić i one mi wstydu nie przynoszą. Rozmawialiśmy również na temat wpływu na kondycję banków. Pamiętajmy, że są banki, które zapowiedziały, że będą skarżyć to rozwiązanie jako niezgodne z zasadami konkurencji nawet do Trybunału.

No bo boją się tego mechanizmu, że wszyscy będą płacili równo, a będą korzystali klienci tych banków, które mają kłopoty.

W skrajnej sytuacji one by wolały spłacić kredyt za klienta niż dać pieniądze dla wszystkich. Takie myślenie nawet szalone byłoby bardziej logiczne, bo dawanie pieniędzy na poprawę konkurencji jest z ich punktu widzenia nieuzasadnione. Tu jest szkopuł.

Pana zdaniem to rozwiązanie w obecnej wersji nie preferuje Getinu Leszka Czarneckiego?

To zależy, czy banki, które będą te odpisy robić, będą musiały złożyć oferty swoim klientom, czy wykorzystają swoje pule. I myślę, że będą robić wszystko, stając na głowie, żeby wykorzystać. Bank dba o własnych klientów.

Czy zatrzymanie i postawienie zarzutów byłemu szefowi KNF kończy aferę i jej skutki polityczne, czy dopiero zaczyna?

Skutki i implikacje są. Opozycja już z tego prezentu korzysta w dwójnasób i mówią cały czas afera, afera. Żyję w przekonaniu, że on te słowa mówił - jeżeli się to potwierdzi - na własny rachunek i że ta sprawa nie ma podwójnego dna. Mam też zaufanie do prezesa NBP. Jego słowa bardzo pozytywne o panu Ch. mogły zaskakiwać. Rzadko spotyka się ludzi, którzy w fatalnej sytuacji nie wycofują się i nie mówią – ja tego człowieka nie znam. Powiedział, co o nim myślał, natomiast z najwyższym niedowierzaniem i z szokiem musiał prezes NBP przyjąć te zapisy i dlatego w następnym komunikacie rzecznik NBP powiedział, że prezes się już nie będzie w ogóle wypowiadał w tej sprawie, nie będzie również komentował swoich słów.

Tak, ale była tam mowa o uczciwości…

To tylko pokazuje, jak bardzo ważna jest precyzja w tym, co się mówi. Zakładam dobrą intencję, również w stosunku do naszych oponentów. Powiedzenie w chwili, gdy mamy nagrania, że ktoś jest super - to się kłóci i jest wykorzystywane z premedytacją. Moim zdaniem prezes chciał powiedzieć, że tyle lat go znał, rekomendował i zachowuje to dobre zdanie, natomiast jego wiara w pana Ch. została wystawiona na próbę i obawy są wielkie, że to się skończy źle.

Pojawiają się sugestie, żeby prezes NBP zrezygnował. Jest na to miejsce, czy nie?

Myślę, że nie ma w tej chwili podstaw formalnych, politycznych czy prawnych do dymisji. Żądanie dymisji dlatego, że ktoś kogoś znał i miał o nim dobre zdanie - to będzie wykorzystane przez opozycję, to prezent dla nich. Ale mówienie o układach i mówienie o politykach w liczbie mnogiej… no przepraszam. Na jakiej podstawie? Mówi się dużo też nieprawdy.

A cała formacja? PiS zapłaci za to duże koszty?

Mam nadzieję, że nie. Pewną cenę płacimy, bo to jest wykorzystywane. Jak młode wilczki poczuli krew i jadą ostro, nawet mówiąc nieprawdę. Na jakiej podstawie przewodniczący Schetyna powiedział, cytuję: daliśmy czas panu Ch., żeby mógł pójść i wyczyścić swoje materiały. Kiedy jednocześnie osoba z KNF mówi wyraźnie, że cały czas towarzyszyła prezesowi, że załatwiał różne rzeczy, ale nie miał dostępu. To będzie wyjaśnione w postępowaniu prokuratorskim. Ale zwracam uwagę na szczegóły i na łatwość i na emocje, że to jest wykorzystywane od razu i bez znieczulenia, z premedytacją. Mówi się o zwłoce od momentu wpłynięcia zawiadomienia. Nikt nie stawia pytania, które się wręcz narzuca: jaki mógłby mieć interes Zbigniew Ziobro, żeby to zrobić? Wręcz przeciwnie! Niestety, polityka jest tak brutalna w Polsce, że rozum idzie na bok.

W kontekście tej sprawy przywoływana jest afera Rywina i jej możliwe skutki polityczne… Ona może mieć takie skutki dla PiS?

Prawda jest córką czasu. Uważam, że reagujemy zdecydowanie. Prezes Kaczyński - najważniejszy człowiek w Polsce - powiedział: rozliczać najpierw swoich. I ja - choć jestem w Solidarnej Polsce – uważam, że tu na żadne pobłażanie nie ma nikt co liczyć. Ale jeżeli chodzi o ciągoty i różne upadki, i to, że my mamy kondycję, jak każdy, skażoną grzechem pierworodnym, w tej mierze wart pałac Paca a Pac pałaca. Nie jesteśmy jako ludzie, mniej podatni na słabości. Natomiast ważne jest, jak formacja polityczna reaguje. I tu różnice są widoczne. Mówię o panu Kogucie i panu Gawłowskim - na przykład. Prezes osobiście się zaangażował, żeby go wylano z PiS. Myślę, że w naszym interesie jest, żeby sprawa poszła ostro i szybko. Natomiast opozycja wyczuwa tę krew i robi wszystko, żeby zrobić wrażenie i mówi o układzie, o aferze… Mówię wszędzie, gdzie mogę: oceńcie surowo nas, ale sprawiedliwie.

Rozmowa była w marcu, a zgłoszenie do prokuratury w listopadzie. To co w takim razie przyświecało panu Czarneckiemu?

Gdybym był śledczym, to bym postawił kilka hipotez. Czy były w tym czasie kontakty między nimi? Czy to jest forma ratowania, czy forma zemsty… Pytanie również, na czym polega przygotowanie tych banków. Wiemy, co było z GetBackiem. To nie są małe pytania, ale od razu zarzucają, że my odciągamy uwagę. Ocenią to obywatele i najpierw ta ocena będzie przy stołach świątecznych, a na koniec przy urnach wyborczych.