Moim zdaniem absolutnym hitem była wiadomość, że NC+ i TVP zapłaciły pół miliarda złotych za prawa do transmisji meczów Ekstraklasy. 500 baniek za to, żeby ludzie mogli się gapić, jak 22 spoconych gości przez 90 minut biega za nadmuchanym świńskim żołądkiem. Nic z tego nie rozumiem…

Biorąc pod uwagę jakość, jaką reprezentują nasze kluby piłkarskie, to one powinny płacić stacjom za to, że te w ogóle zechcą pokazywać na ekranie te żenujące widowiska, w których z pięciu metrów nie trafia się w światło bramki. A potem jeszcze płacić widzom za to, że muszą na to patrzeć. A następnie pokrywać koszty ich psychicznej rekonwalescencji. Mam w swoim otoczeniu mnóstwo fanów futbolu, ale przysięgam, że nigdy nie zdarzyło mi się usłyszeć od nich: „Ależ dzisiaj pięknie zagrali. No co to było za widowisko!”. Za to niemal zawsze słyszę: „Rowy powinny kopać, a nie piłkę!”. Ot, cała polska piłka nożna. I dokładnie na nią poszło pół miliarda.

Wiecie, co teraz powinniśmy zrobić? Wyłączyć telewizory i przestać chodzić na mecze. Serio. Olać tę ekstraklasę i modlić się, żeby sąsiad, brat, wujek, stryjo, teściu i kumple zrobili to samo. Nie odpalili TV i nie usiedli na trybunach. Tylko w ten sposób damy klubom i piłkarzom do zrozumienia, co sądzimy o poziomie ich zaangażowania i gry. Tylko tak możemy ich zmusić do tego, by choć trochę się postarali. Bo w końcu to my, a nie nc+ i TVP, zapłacimy im te 500 mln zł – pod postacią abonamentów telewizyjnych.

Na Boga, przecież za te pieniądze moglibyśmy wyhodować świetną piłkarską drużynę. Wydaje mi się, że kwota wystarczyłaby na stworzenie jedenastki składającej się z całkiem przyzwoitych graczy, którzy dzisiaj biegają po boiskach Hiszpanii, Włoch, Niemiec czy Wielkiej Brytanii. A nawet jeśli nie, to pomyślcie, w ilu młodych, utalentowanych kilkunastolatków moglibyśmy zainwestować te pieniądze. I nie mam najmniejszych wątpliwości, że staraliby się oni bardziej niż zdecydowana większość klubowych patałachów – bo w przeciwieństwie do nich nie marzą wyłącznie o tym, żeby sobie kupić nowe gacie Gucciego albo nowe 95-calowe felgi do mercedesa.

Skoro przy Mercedesie jesteśmy, to rozumiem, dlaczego tak wielu piłkarzy lubi flagowe modele tej marki. Bo są ostentacyjne. W drogim mercu wyglądasz jak Grzesiu Krychowiak w futrze – trochę modnie i stylowo, i trochę niewłaściwie. Jeździłem jakiś czas temu S560 coupe i muszę przyznać, że był obłędnie komfortowy, pierońsko szybki i przepięknie brzmiał. Ale w środku wyglądał jak salon jubilerski. To auto jest jak złoty łańcuch o średnicy okrętowej liny wyzierający spod rozpiętej do pępka białej koszuli herszta albańskiego gangu. Kłuje w oczy.

Zupełnie inaczej jednak jest z odświeżoną klasą C kombi. Tu wszystko jest normalniejsze – nadal luksusowe, zupełnie inne niż w popularnych markach, ale jednocześnie pozbawione pretensjonalności. Ciągle nie jest to mój styl, ale przyznać muszę, że wnętrze klasy C ma w sobie coś. I jest wyraźnie lepiej wykonane niż w wersji sprzed liftingu (choć do poziomu audi czy lexusa nadal mu brakuje). Sporo dobrego mogę też powiedzieć o komforcie – jest relaksująco i wygodnie, jednym słowem tak, jak w mercedesie być powinno. Do tego przyjemnie się prowadzi i jest niebywale ekonomiczny – wersja C220d 4matic ze 194-konnym dieslem pod maską w zasadzie zawsze zamyka się w 7 litrach na setkę. Posiadacze lżejszej nogi bez trudu zejdą poniżej 6 litrów i na jednym baku przejadą ponad 1000 km. Ale to już niestety wszystko, co dobrego mogę napisać o tym silniku. Cała reszta jest beznadziejna.

Wyobraźcie sobie, że jesteście z żoną w knajpie na romantycznej kolacji, a przy stoliku obok siedzi inne małżeństwo. Problem w tym, że ciągle się kłócą, w dodatku robią to na cały regulator. Ona wytyka jemu, że jest chamem, on jej – że jest wiecznie niezdecydowaną flegmatyczką. A wy musicie tego wszystkiego słuchać, zaciskając przy tym zęby z irytacji. Dokładnie tak wygląda związek diesla w C220d z automatem 9G-tronic. Nie dogadują się ze sobą tak bardzo, że cały czas macie wrażenie, że auto jedzie albo na zbyt wysokim biegu, albo na za niskim. Do tego, już w okolicach 2000 obrotów, silnik jest po prostu głośny i wyraźnie słychać, że napędza go olej napędowy – klekocze jak bociany w okresie godowym. I to wszystko za wyjściowe 174 tys. zł.

Znacznie lepiej zrobicie, jeżeli te pieniądze (a nawet ciut mniej) zainwestujecie w nowe volvo V60 D4. Jeżeli chodzi o wrażenia z jazdy, to jest ono nieporównywalnie lepsze niż C220d – dużo cichsze, bardziej sprężyste, ma świetnie zgrany z silnikiem automat, a do tego subiektywnie sprawia wrażenie dynamiczniejszego. Pali realnie o jakiś litr ON więcej niż mercedes, ale to naprawdę niewielka cena za dużo lepsze odczucia. Ponadto jest wyraźnie większe w środku, lepiej zmontowane oraz dużo bardziej poukładane. To jeden z tych samochodów, do których wsiadacie i nie macie do czego na poważnie się przyczepić. Najpierw został przemyślany i zaprojektowany, a następnie równie dobrze zrobiony. To po prostu kompletny wóz zrobiony przez kompetentnych ludzi. Czy bym go sobie kupił? Nigdy w życiu. Bo jednocześnie V60 D4 to wóz bez charakteru, zrobiony przez ludzi bez charakteru i dla kierowców bez charakteru. Innymi słowy, to idealny wóz dla naszych piłkarzy.