Dzięki internetowi dziś każdy może stać się gwiazdą. Dzieciaki wrzucające do sieci filmiki zyskują miliony obserwujących w mediach społecznościowych i podpisują kontrakty reklamowe. Ale nie robią nic oryginalnego, raczej kopiują siebie nawzajem. Czy w erze youtubowych gwiazd jest jeszcze miejsce dla prawdziwych artystów?

Tak, tylko musimy do tego dojrzeć. W pewnym momencie zaczniemy skłaniać się ku szukaniu treści wartościowych tworzonych przez ludzi kreatywnych, a nie – jak dziś – imitatorów. To zresztą już się dzieje. Muzyka folk przestała być obciachem, bo muzycy potrafią zagrać ją atrakcyjnie. Wraca moda na płyty winylowe, bo znów liczy się przyjemne brzmienie muzyki, a nie tylko to, ile plików mp3 dasz radę upchnąć na nośniku elektronicznym. Od czasu do czasu popularna staje się poezja i dziś wszyscy mówią o jej renesansie. Cykliczność trendów w sztuce towarzyszy nam od dawna. I technologia aż tak dużo tu nie zmieniła, bo jest tylko odwzorowaniem gustów użytkowników. Ale dzięki sieci każdy artysta może znaleźć miejsce dla siebie, a odbiorca go znaleźć, zamiast ślepo podążać za trendami.

Aktor Keith Lowell Jensen powiedział, że George Orwell błędnie przewidział przyszłość. Wielki Brat nie musi nas obserwować, bo sami się obnażamy. A najbardziej boli nas – użytkowników mediów społecznościowych – to, że nikt nas nie obserwuje.

Czas zacząć myśleć o tym zjawisku jak o chorobie. Proszę spojrzeć na rapera Kanye Westa – on jest tak bardzo skupiony na byciu na topie, że cały czas zastanawia się nad tym, jak jego działania ocenią inni. Myślę, że z tego powodu już dawno utracił część własnej osobowości. I to bezpowrotnie.

Co to oznacza dla artysty?

Uzewnętrznianie się artysty jest w sztuce rzeczą najważniejszą. Na przykładzie slamu poetyckiego, rywalizacji poetów performerów, widzę, jak wielu popełnia błąd pisania pod publiczkę. Tłumią swoją wrażliwość, postrzeganie świata, nie mówią o własnych obawach i intymnych przemyśleniach, przestają być autentyczni, bo boją się, że ich emocje nie zostaną zrozumiane przez odbiorców albo wyśmiane. To błąd. Im sztuka jest bardziej osobista, tym mocniej przemawia. Ktoś z pewnością sobie pomyśli: „Boże! Nie myślałem, że ktokolwiek na świecie mnie rozumie”. Ze sztuką jest tak, że dwóch sąsiadów może czerpać wodę z osobnych studni. Ale gdy będą dalej drążyć i czerpać dalej, to okaże się, że piją wodę z tego samego źródła. Że pomimo powierzchownych różnic są sobie bliscy. Nowoczesne technologie nie przeszkadzają w odbiorze sztuki. Jednak my cały czas oswajamy się z siecią i sposobami wyrażania siebie w wirtualnej rzeczywistości. Bo ludzie jeszcze nie do końca umieją z niej korzystać. To trochę jak z narkotykami. Gdy stały się legalne w Portugalii, Holandii czy w niektórych stanach USA, to wszyscy oszaleli. Wielu mogło w końcu legalnie spróbować dragów, ale po czasie zdecydowana większość uznała, że w sumie nie czuje potrzeby ich używania. Z początku zakazany owoc smakuje najlepiej, ale po czasie ten smak powszednieje. I z technologią będzie podobnie. Zaczniemy w końcu doceniać te czynności w internecie, których nie dokonujemy w ramach mediów społecznościowych.

Internet to nasze okno na świat. Dzięki niemu możemy, bez większych przeszkód komunikować się z ludźmi żyjącymi na drugim końcu globu. A mimo to daliśmy się zaszczuć. Politycy byli nam w stanie wmówić, że obcokrajowcy chcą przyjechać do nas tylko po to, aby zabrać nam pracę albo nas wymordować.

To typowe polityczne zagrywki, których historyczne korzenie sięgają daleko wstecz, ale biorąc pod uwagę rozwój mediów, powiedziałbym, że najbliżej im do hitlerowskiej propagandy. Dzięki mediom takie pranie mózgu stało się szczególnie efektywne. Ludzie są podatni na sugestie i informacje podane w określony sposób. Jeśli jednak człowiek nie chce tańczyć tak, jak mu zagrają, powinien zbudować w sobie pewnego rodzaju – nawiązując do komputerowej technologii – firewall (zapora chroniąca przed wirusami). Nie nauczymy się tego w szkole czy w internecie. Taką zaporę budują nasze doświadczenia, przemyślenia, chęć zrozumienia mechanizmów otaczającego świata. Wiadomo, że nie wszystko, co wyczytamy w mediach, jest prawdą. Ale należy być tego świadomym bez popadania w paranoję i wiary w teorie spiskowe. To nie jest łatwe, bo wiele faktów do dziś zaskakuje. Na przykład to, że amerykański rząd odegrał istotną rolę w rozprowadzaniu narkotyków – a dokładniej cracku, formy kokainy – wśród społeczności afroamerykańskiej.

Tymczasem w imię bezpieczeństwa narodowego zgadzamy się na udostępnianie coraz większej ilości danych osobowych i biometrycznych albo na monitoring. Wiele rzeczy forsuje się poprzez ustawy, o innych dowiadujemy się dzięki sygnalistom. To ludzie, którzy zdecydowali się ujawnić sekrety organizacji bądź firm, dla których pracowali. Ale potem byli niszczeni.

Dokładnie. Doświadczyli tego Huey P. Newton (założyciel Partii Czarnych Panter – red.), Angela Davis (feministka, działaczka na rzecz emancypacji Afroamerykanów w USA – red.), Paul Robeson (śpiewak, prawnik i działacz społeczny – red.), a współcześnie Chelsea Manning (amerykańska analityczka wywiadu, skazana na 35 lat więzienia – red.) czy Edward Snowden. Jedni nazywali ich zdrajcami, inni rewolucjonistami. Dla mnie osoby, które stawiają bezpieczeństwo innych ponad swoje własne życie, są godne najwyższego uznania.