Pytam Marcina Ludwika Reya, niestrudzonego tropiciela rosyjskiej V kolumny w Polsce, czy można w kontekście jego zainteresowań rozmawiać o pośle Adamie Andruszkiewiczu, nowym wiceministrze cyfryzacji. – To za mocno powiedziane, choć niewątpliwie widać w jego wystąpieniach i działaniach charakterystyczny neoendecki pseudopragmatyzm – odpowiada mi.

Narodowcy, czyli Rosja?

Andruszkiewicz był zawziętym propagatorem polepszenia relacji z Białorusią (i czasem Rosją). Jako poseł Kukiz’15 próbował nawet lobbować w interesie polskich firm, które tracą na sankcjach wymierzonych w państwo Władimira Putina. Niewątpliwie można go traktować jako reprezentanta, przyjmującego różne formy organizacyjne, środowiska narodowców. Choć z reguły unika ono oceny samej polityki Kremla, to wrogo nastawione do UE oraz zdystansowane wobec NATO i USA, bliższe jest rosyjskim ocenom w rozmaitych międzynarodowych konfliktach, choćby na Bliskim Wschodzie.

Można do woli dyskutować, na ile jest to kontynuacja tradycyjnej endeckiej myśli politycznej. W okresie międzywojennym formacja Romana Dmowskiego była prozachodnia, nie prorosyjska. Ale po II wojnie światowej skrajne nurty endeckie wróciły do filorosyjskich odruchów, szukając w nich czasem uzasadnienia dla współpracy z PRL. Dochodzą inne elementy endeckiego myślenia, choćby niechęć wobec współpracy z Ukrainą.

PiS, wyłuskując Andruszkiewicza (moim zdaniem za zbyt wysoką cenę jak na jego realne znaczenie), kieruje się doraźnym politycznym interesem. Chce osłabić konkurencję z prawej strony, szczególnie groźną w przypadku, gdyby wybory do europarlamentu (26 maja) odbyły się według normalnego kalendarza przed sejmowymi. Coraz więcej wskazuje na to, że PiS najpierw każe nam wybierać, przedterminowo, parlament.

Andruszkiewicz ma zachęcać innych polityków do podobnych wędrówek. Ale też przekonywać, że w wielkim obozie prawicy jest miejsce i dla narodowego nurtu. To także oferta dla wyborców o takich poglądach. Choć jeśli prześledzi się wypowiedzi tego internetowego zapiewajły z ostatnich miesięcy, były one już mało endeckie. Zajmował się on niemal wyłącznie wojnami z polityczną i kulturową lewicą, wojnami w duchu ogólnoprawicowym. Można też wątpić w jego samodzielny wpływ na realną politykę. Skutek jego akcesu doraźnie będzie odwrotny. Przestanie agitować na Twitterze, zniknie w czeluściach ministerstwa cyfryzacji.

PiS, czyli endecja?

Jego akces daje opozycji i liberalnym mediom okazję do snucia ponurych wizji o ewolucji obozu Jarosława Kaczyńskiego w kierunku przedwojennej endecji, o ile nie czegoś jeszcze bardziej skrajnego. Takie diagnozy mają to do siebie, że mogą być głoszone w nieskończoność. Bo za każdym razem PiS jest w nich jeszcze bardziej endecki (tak jak jeszcze bardziej antyeuropejski, prorosyjski czy antydemokratyczny). Już w 2012 r. Tomasz Nałęcz, minister w kancelarii prezydenta Bronisława Komorowskiego, ale też historyk, podważał pogląd, jakoby partia ta nawiązywała do tradycji piłsudczykowskich. Z wyraźną przyjemnością porównywał za to prezesa PiS do Romana Dmowskiego.

Zawierało się w tym wiele intencji równocześnie. Choć to piłsudczycy podeptali w okresie międzywojennym demokrację, są popularni wśród liberalnej inteligencji – choćby jako ci, którzy "uratowali Polskę przed nacjonalizmem". Sam Donald Tusk lubi nawiązywać do Marszałka. Odarcie PiS z kostiumu sanacyjnego to odebranie mu nimbu ugrupowania heroicznego, kojarzonego z charyzmatycznym Piłsudskim. Rola Dmowskiego, dogmatycznego starego kawalera, jest dużo mniej atrakcyjna. Także dla tych Polaków, którzy powielają endeckie kalki myślowe, ale "nie wiedzą, że mówią prozą".

W poszukiwaniu nacjonalistów

Ale kryje się za tym także wiele współczesnych sporów. Nieco później Nałęcz próbował snuć analogie między stosunkiem Dmowskiego do Żydów a wypowiedziami Kaczyńskiego na temat uchodźców. Przebranie tego typu debat w historyczne kostiumy ułatwia skarykaturyzowanie przeciwnika. Dmowski nie był faszystą, ale faszyzmem się życzliwie interesował i w latach 30. wątpił w sens demokracji liberalnej. Dla tych ludzi Zachodu, dla których polska historia cokolwiek znaczy, endecja jest nacjonalistyczną czarną sotnią. Wprawdzie za faszystę bywa uznawany także Piłsudski, za którego Nałęcz przebierał Tuska, ale cóż... Gdy rzeczywistość nie odpowiada oczekiwaniom, próbujemy ją poprawiać w nieskończoność.

Ile w tym prawdy, a ile jej naciągania? Gdyby prof. Nałęcz zestawił wypowiedzi Kaczyńskiego na temat zagrożeń związanych z imigrantami z wypowiedziami i programami amerykańskich republikanów i demokratów z czasów, w których żył Dmowski, przekonałby się, że nie trzeba być endekiem czy nacjonalistą w europejskim tego słowa znaczeniu, żeby mieć takie, a nie inne poglądy. Zjawisko sprowadzania niemiłych dla dzisiejszych europejskich elit przekonań czy diagnoz do prawicowego ekstremizmu skutkuje chaosem pojęciowym, a nie wyklarowaniem stanowisk.

Można śmiało podejrzewać, że nie tylko endecy mieliby dziś pisowskie spojrzenie na takie zagadnienia jak państwowa suwerenność, obrona własnej narodowej tożsamości, konieczność (lub raczej niekonieczność) wprowadzenia euro, możliwe, że także w podobny sposób patrzyliby na granice otwartości na przybyszów z innych krajów. Trudno to jednak zrozumieć środowiskom, które samo pojęcie „narodowy” kojarzą z nacjonalizmem, a wszelkie odchyłki od politycznej poprawności mieszają z faszyzmem. Inni z kolei świadomie wprzęgają historię w propagandę.

Dochodzi do tego kilka innych dyskusji, z którymi trudno się przebić. Czy nawet poglądy stricte endeckie muszą się łączyć z budowaniem państwa totalitarnego, z odbieraniem praw obywatelskich? Takie niepokojące wątki odnajdujemy w programach i sposobach myślenia rzeczywistych ekstremistów, choćby spod znaku ONR (skądinąd to naprawdę margines). Ale czy sam fakt opowiadania się przeciw europejskiej integracji, za ochroną własnej gospodarki, za endecką wizją dziejów czyni z kogoś przeciwnika demokracji? Nie, dopóki szanuje wolną grę sił politycznych.

Endecy czy pragmatycy?

A czy głoszenie takich, a nie innych poglądów na politykę zagraniczną to kwestia tylko jednej ideologii? Telewizja TVN, próbując dyskredytować Andruszkiewicza, posunęła się do groteskowej sugestii, że jako poseł wydobywał interpelacjami tajemnice wojskowe od MON, co mogło służyć Rosji. Przypominała też jego wystąpienie w roli działacza Młodzieży Wszechpolskiej, w którym jeszcze jako klasyczny narodowiec wzywał do handlowania z Białorusią, bo "nie obchodzi nas jej system rządów".

Ale przecież próby rozmaitych resetów w relacjach z Białorusią to także dzieło rządu PO-PSL. Angażował się w to minister Radosław Sikorski i choć używał nieco innych argumentów, mamy poczucie pewnej powtarzalności. Także w relacjach z Ukrainą role trochę się zmieniły. W okolicach pomarańczowej rewolucji słuchałem ważnego (wtedy i dziś) polityka PO opowiadającego, że Ukraińcy nie zasługują na poparcie Polaków, bo we Lwowie wyrzuca się śmieci z balkonów na ulice. I nie był to tylko wyraz prywatnych uprzedzeń, przez dobrych kilka lat to politycy Platformy żądali, aby Ukraina rozliczyła się z Banderą.

A reset w relacjach z Rosją po nastaniu rządu Tuska? Czy to wszystko były symptomy zendecczenia PO? Czy może próby reakcji na zmieniające się realia w naszym regionie? Plus logika partyjnego teatru. Wtedy to partia Kaczyńskich podtrzymywała romantyczną wersję polityki wschodniej nastawionej na budowanie antyrosyjskiego kordonu. To wystarczyło, aby Tusk, Sikorski i inni byli przeciw.

Nie chcę twierdzić, że PiS się nie zmienia. Między stanowiskiem Lecha Kaczyńskiego wystrzegającego się wzmianek o masakrze wołyńskiej a obecnym podejściem Zjednoczonej Prawicy gotowej stawiać tematy historyczne w relacjach z Ukrainą na ostrzu noża zieje przepaść. To samo widać na przykładzie limitowanego realizmu wobec prezydenta Białorusi Aleksandra Łukaszenki. W latach 90. Kaczyńscy gościli i finansowali przez czas jakiś polityka Białoruskiego Frontu Ludowego Zianona Paźniaka. Niedawno Jarosław Kaczyński przymierzał się do likwidacji telewizji Biełsat.

Czy jednak ta ewolucja to dzieło konsekwentnego ideologicznego marszu? Raczej splotu najróżniejszych okoliczności. Wizja romantyczna okazała się nieskuteczna, czasem kolidowała z doraźnymi interesami Warszawy (polska mniejszość na Litwie), no i odrzucała ją konsekwentnie część krystalicznie prawicowego elektoratu. Mało kto pamięta, że w wyborach do europarlamentu w 2014 r. nawet partyjka Zbigniewa Ziobry próbowała przypierać PiS do muru antyukraińskimi hasłami. Są to więc manewry w warunkach pewnego okrążenia. Wśród okrążających są także endecy i neoendecy, choć można się spierać o ich siłę i wpływy.

Można się też spierać o naturę inspiracji. Czy minister Witold Waszczykowski kierował się endeckimi skłonnościami, czy też słusznymi bądź niesłusznymi (a moim zdaniem co najmniej przesadnymi) kalkulacjami na przyszłą marginalizację Ukrainy, która nagle przestawała być wyśnionym sojusznikiem na Wschodzie? A czy jest endekiem najbardziej dziś konsekwentnie prorosyjski, krążący gdzieś na obrzeżach obozu rządowego ojciec premiera Kornel Morawiecki? Dochodzi do tego, znów, logika partyjnej maskarady. Choć w teorii proukraińska i giedroyciowa Platforma potrafi atakować PiS równocześnie za działanie na rzecz Rosji i za ryzykowanie konfliktów z nią.

Szczypta endeckości dla zdrowia

Naturalnie symptomy jakichś cząstkowych symbioz można wykryć. Endeccy historycy mają dziś więcej do powiedzenia w IPN niż za czasów prezesury Łukasza Kamińskiego, więc w organizowanym przez państwo kulcie "wyklętych" najlepiej widać formacje narodowe. Można by zresztą powiedzieć, że mający pewien kłopot z własną tożsamością PiS szuka jej tam, gdzie jest najwięcej wyrazistości, czyli właśnie po stronie endecji – to zjawisko przypomina ideową ewolucję sytej, ociężałej sanacji w latach 30. Z drugiej strony głównym bohaterem obozu rządowego nadal jest Piłsudski, a urzędowa propaganda odwołuje się do tego, co endecji było obce, choćby do tradycji insurekcyjnej. Mamy do czynienia raczej z popkulturowym zlepkiem różnych etosów i tradycji, co było zresztą nieuchronne.

Endeckie myślenie okazuje się przydatne w rozmaitych suwerennościowych i godnościowych wojnach ze światem, choćby z UE. I równocześnie nie raz i nie dwa zawadza – kiedy PiS chce się z kimś układać. Dla klasycznych narodowców obóz Kaczyńskiego to z kolei formacja, która stale się cofa i kapituluje (choćby w przypadku wojny o IPN-owską ustawę). Andruszkiewicz mógł tam przejść tylko za cenę wyrzeczenia się części swoich poglądów.

Jest jeszcze często autentyczna, i nieraz karygodna, pobłażliwość pisowskiej prokuratury wobec prawicowych ekstremistów. Ona wynika jednak nie tyle z trwałej symbiozy, ile z poczucia wspólnego wroga: raz jest nim KOD, a raz środowiska feministyczne czy LGBT. No i z wiary pisowskich ministrów w to, że troglodyccy młodzieńcy wznoszący na ulicach agresywne hasła kiedyś w końcu spoważnieją i „zagłosują na nas”.

To na razie tyle. Dla niektórych aż tyle. Dla innych tylko tyle. Z pewnością za wcześnie jest wieścić przejęcie pisowskiej agendy przez tychże młodzieńców. Nawet opcja proukraińska, choć słabnie wewnątrz PiS (niedawna dymisja ambasadora w Kijowie Jana Piekły), wciąż jest tam obecna. Partia Kaczyńskiego to ciągle formacja prozachodnich odruchów. Z pewnymi elementami współczesnej endeckości, naprawdę wybierającej Moskwę ponad Waszyngton, nie sprzymierzy się nigdy, bo nie taka jest większość głosujących na PiS Polaków.

Nie taki jest także, przy różnych przewartościowaniach i woltach, Jarosław Kaczyński. Chętnie odwołuje się do myślenia eklektycznego, a czerpie z różnych źródeł. Jeśli czuje się w nim rewolucyjny radykalizm, jest to bardziej radykalizm współczesnych „żółtych kamizelek” we Francji (choć w bogoojczyźnianym opakowaniu) niż ten z ducha rewolucji narodowej z lat 30. Odwołuje się on bardziej do poczucia realnego kryzysu wartości współczesnych niż do historycznych masek.

Zagrożenia jednak istnieją

Czy więc w tych podchodach i flirtach nie ma niczego zdradliwego? Osobiście, jak Marcin Ludwik Rey, uważam niektóre elementy endeckiego realizmu, zwłaszcza w polityce wschodniej, za zdradliwe i przeciwskuteczne. Nie sądzę, aby tacy ludzie jak Andruszkiewicz byli najważniejszymi jego sprawcami w obozie rządzącym. Ale niewątpliwie unoszący się w powietrzu klimat ma jakieś znaczenie.

Jest zaś coś jeszcze. Dzisiejszy PiS, pomawiany na wyrost o putinizm i o proputinizm, próbuje w polityce międzynarodowej balansować: trochę traktować Unię jako bastion przeciw Rosji i pompę napędzającą polski rozwój, a trochę jak gorset, który trzeba maksymalnie rozszczelnić. To się do pewnego stopnia udaje godzić, ale musi paść pytanie o trwałość takiego lawirowania. Narodowcy kontaktujący się z rozmaitymi zachodnimi radykałami mającymi bez wątpienia putinowskie związki przecierają tu szlaki. Także w sensie przekraczania kolejnych tabu.

Czy próba instytucjonalizacji sojuszu Kaczyńskiego z włoskim wicepremierem Matteo Salvinim nie jest pójściem o krok za daleko w podobnej logice? I partnerzy są poważniejsi, i stawka większa niż w przypadku konszachtów neoendeków – ale co z tego? Koalicja rządząca dziś Włochami, jak PiS patrząca podobnie na wiele spraw (od uchodźców po europejską politykę finansową), to przecież na Zachodzie sojusznicy Kremla. Kto tu kogo przekona? Kto kogo przechytrzy?

Z pewnością narodowcy na wspólnym prawicowym pokładzie, zwłaszcza w większej liczbie (sam Andruszkiewicz nie jest poważnym problemem, ale przykładowy poseł Jakubiak już tak), mogą zmieniać sposób myślenia i hierarchię zagrożeń. Zwłaszcza że ciągną za sobą rozmaite, niejasne, może nieskonsumowane nawet interesy. Andruszkiewicz, jeszcze jako poseł Kukiz’15, był podejrzewany o rozmowy na temat utworzenia Izby Handlowej Polsko-Wschodniej, która miała ułatwiać polskim firmom eksport do Rosji z ominięciem embarga. Jaka jest gotowość narodowców do wędrowania tą drogą?

To PiS ich zmieni czy oni zaczną zmieniać naturę naszej prawicy? A może lepiej zaryzykować powstanie polskiego Jobbiku (Viktor Orbán funkcjonuje przy nim całkiem dobrze), niż przekonywać się o tym drogą eksperymentu na żywym organizmie?

Zwłaszcza że są i inne niebezpieczeństwa. Endecka wizja historii i kultury jest, wbrew temu, co twierdzą przeciwnicy, tylko jedną z konkurencyjnych ofert na prawicowym rynku. Nie chciałbym jednak, aby zakres jej oddziaływania się poszerzał. Z pewnością różne grupy od prawicy odepchnie, ale przede wszystkim jest to wizja zbyt wąska, zanadto ekskluzywna i wykluczająca, aby pasowała do całego bogactwa polskiego dziedzictwa i całej komplikacji współczesnych cywilizacyjnych wyzwań. Lepiej ją potraktować jako ciekawy, ale jednak zamknięty rozdział naszych dziejów.