Co takiego jest w Gdańsku? Urodziłem się w nim i wydaje mi się, że historia z szesnastoma tysiącami ludzi, którym chciało się spacerować betonowym tunelem, daje jakąś odpowiedź.

Ci ludzie są po prostu zakochani w swoim mieście. Do tego stopnia, że są w stanie zachwycać się niedokończoną inwestycją drogową. Myślą o niej „to nasz tunel”. Żeby tak myśleć, potrzebne są więź i identyfikacja z miastem. Niezbędna jest gdańska tożsamość oparta na wartościach, które to miasto w sobie ma od stuleci. To ta niezwykle silna tożsamość powoduje, że mieszkańcy Gdańska płaczą po swoim prezydencie. Przypuszczam, że dla wielu z nich, tak samo jak dla mnie, to był najważniejszy ze wszystkich prezydentów.

Istnieją moim zdaniem cztery elementy, które połączone ze sobą tworzą niesamowitą gdańską kombinację. Po pierwsze: dzisiejsi gdańszczanie to w większości potomkowie imigrantów. Gdańsk w 1945 r. był sierotą. Miasto było zniszczone. Podobnie jak Warszawa po powstaniu. Jednak do Warszawy miał kto wracać. Jednocześnie zrujnowane miasto szybko stało się przeludnione, bo pociągami przyjeżdżały tu tysiące ludzi szukających po wojnie swojej ziemi obiecanej w miejscu, w którym kilka miesięcy wcześniej było piekło. Zaraz po wojnie nastąpiła tu prawie całkowita wymiana ludności.

Było więc to miasto imigrantów, którzy opuścili swoje dotychczasowe małe ojczyzny, aby w Gdańsku zacząć wszystko od nowa. Jednocześnie nowi gdańszczanie mogli od razu uznać to miejsce za swoje, bo dotychczasowych właścicieli po prostu już nie było.

Życie w mieście imigrantów siłą rzeczy otwiera głowy. Każdy ma swoją, inną historię, każdy wnosi do miasta coś nowego. To uczy tolerancji. Ale oczywiście nie jest to wyjątkowa cecha Gdańska. Tak jest w wielu miastach, a powojenna sytuacja z ludnością napływową miała miejsce na całych ziemiach odzyskanych. Ale w Gdańsku to tylko jeden ze składników magii.

Drugim składnikiem są Kaszubi, czyli ludzie tutejsi. W tym miejscu muszę odesłać do filmu „Kamerdyner” Filipa Bajona, który przez blisko trzy godziny cierpliwie wyjaśnia, na czym polega ten fenomen ludzi, którzy, żyjąc na pograniczu żywiołów niemieckiego i polskiego, będąc raz w jednym, raz w drugim państwie, przestają przywiązywać kluczowe znaczenie do tego, jakie to państwo i oceniają ludzi jako ludzi, a nie jako Polaków czy Niemców. Dlatego Kaszubi to moim zdaniem przeciwieństwo wszelkiego nacjonalizmu. PRL-owska industrializacja, zasysając Kaszubów z okolicznych wsi i miasteczek, sprawiała, że Gdańsk sam w sobie stawał się coraz bardziej kaszubski.

A Kaszubi to ludzie bardzo konserwatywni, religijni, można by rzec – prawicowi. Może dlatego Gdańsk, będąc miastem otwartym i tolerancyjnym, nigdy nie wpada w przesadną „lewackość”, która mogłaby niektórych do niego zniechęcać. Ale jednocześnie również dzięki nim i dzięki ich historii nigdy nie wpadnie w prawicowy nacjonalizm. Gdańsk jest idealnie centrowo umiarkowany. I jest dla wszystkich.

Trzeci składnik to morze. Czyli okno na świat, którego nie da się zamknąć. Dzięki niemu przez cały PRL po Trójmieście plątali się ludzie z zagranicy. Marynarze, armatorzy. To pozwalało utrzymywać lepszy niż gdzie indziej kontakt z Zachodem, nie dawało ludziom zapomnieć o dążeniu do wolności, a z drugiej strony pozwalało na większą niezależność, bo dawało też więcej zarobić.

W PRL ponad 50 proc. handlu i gastronomii w Trójmieście było w prywatnych rękach. W latach 1974–1979 ponad 50 proc. łącznych dochodów pewexów w całej Polsce pochodziło stąd. Coroczny Jarmark Dominikański z jego pchlim targiem był wielkim świętem wolnego rynku w samym środku nakazowo-rozdzielczej gospodarki. Gdańsk w latach 80. to było miasto pełne zomowców, ale też pełne cinkciarzy. Przedsiębiorczość to umiejętność wykorzystywania okazji. To umiejętność posuwania się do przodu bez strachu, ale też nie zuchwale. Dokładnie tak, jak doradza gdańska dewiza Nec temere, nec timide. To pochwała pewności siebie, ale też ostrożności, dojrzałości i umiaru.

Ta kombinacja powojennych imigrantów, nieprzerwanego kontaktu ze światem, kaszubskich doświadczeń pogranicza nie byłaby kompletna bez jeszcze jednego składnika. Bez świadomości skomplikowanej historii Gdańska i przyjęcia jej jako własnej.

Gdańsk w latach 90. XX w. był w stanie odejść od obowiązującej w PRL narracji o „odwiecznej polskości” i odważył się otwarcie dostrzec to, że żyjemy w mieście, w którym wciąż mamy na ścianach domów resztki niemieckich reklam sprzed wojny. Że jak się dobrze pogrzebie w ziemi na podwórku, to obok łusek od pocisków wykopie się potłuczoną niemiecką porcelanę. Gdy Donald Tusk w 1996 r. wydał książkę z fotografiami starego przedwojennego Gdańska, to nagle się okazało, że to najlepiej sprzedająca się książka w Polsce. Dziś wydaje się takie w co drugim mieście, ale wtedy był to przełom. Moim zdaniem także przełom w głowach. Gdańszczanie zobaczyli to, o czym zawsze słyszeli, ale może nie wyobrażali sobie, że to aż tak wyglądało. Zobaczyli, jak absolutnie przepięknym miastem Gdańsk był kiedyś. Zobaczyli „swoje” ulice sprzed 120 lat, w zupełnie innym wystroju i w innych okolicznościach. Pojawił się ogromny trend bratania się z historią tego miejsca, o której w PRL mówiło się mało. W efekcie gdańszczanie zaakceptowali, że w Gdańsku wcześniej przez ponad 200 lat żyli Niemcy i że to jest okej, bo ci Niemcy najwyraźniej kochali to miasto tak samo jak my teraz. Też byli gdańszczanami, tyle że z innego państwa. Dlatego w kontekście tego miejsca jesteśmy ich kontynuacją, chociaż nie jesteśmy spokrewnieni, a ze względu na tragiczne okoliczności nigdy się nie spotkaliśmy i nie mieliśmy okazji porozmawiać.

To niesamowite osiągnięcie w miejscu, w którym mijasz na spacerze Pocztę Polską, a praktycznie z każdego punktu na plaży widać pomnik na Westerplatte. Bardzo trudne, bo przecież Polacy byli szykanowani w niemieckim Wolnym Mieście i mordowani przez Niemców w czasie wojny. A jednak jakoś się udało połączyć ze sobą pamięć historyczną o zbrodniach nazistów z pamięcią historyczną o wcześniejszych, pokojowych osiągnięciach niemieckojęzycznych gdańszczan.

Kilka lat temu postanowiono, że każdy tramwaj w Gdańsku ma mieć swojego patrona – swoją drogą to też świetny opis prezydentury Pawła Adamowicza – rozwijasz transport (pamiętacie tunel), nowe linie tramwajowe i jednocześnie nie przepuszczasz okazji, żeby móc się przytulić do gdańskiej historii, nawet stojąc na przystanku. Ale kluczowe jest to, kogo wśród tych patronów mamy. I tak dziś w Gdańsku mijają się ze sobą Maciej Płażyński i Eduard Friedrich von Conradi – burmistrz Gdańska z XVIII w., który brał udział w koronacji króla Poniatowskiego. Jest Anna Walentynowicz i jest Leopold von Winter, który w drugiej połowie XIX w. wybrukował ulice i pomógł w budowie linii kolejowej Gdańsk – Warszawa. Generalnie ta lista w całości dużo mówi o Gdańsku i o jego wartościach. Zaskakująco mało na niej wojskowych, których pełno na pomnikach i w nazwach ulic w całej Polsce. Zaskakująco dużo naukowców, kupców, samorządowców, ludzi, którzy niestrudzenie budowali to miasto, dla których było to celem niezależnie od tego, jakim mówili językiem.

Moi babcia i dziadek są pochowani na cmentarzu, na którym do dzisiaj w tej starszej części jest grób niemieckich marynarzy z krążownika Magdeburg, który zatonął w 1914 r. niedaleko Łotwy. To ta mogiła była oficjalnym celem wizyty załogi pancernika Schleswig-Holstein w sierpniu 1939 r. Dalej leżą żołnierze pruscy, którzy zginęli na wojnie z Francuzami w 1870 r. Niedaleko, na tym samym cmentarzu jest grób Danuty Siedzikówny „Inki”. Tuż obok tego cmentarza jest inny – żołnierzy radzieckich. Prawie nikt go nie odwiedza, ale też nikt go nie rusza. Kilka kroków w drugą stronę jest pomnik żołnierzy rosyjskich poległych tutaj w 1734 r. w czasie oblężenia Gdańska, w którym krył się król Stanisław Leszczyński. Pomnik ufundował car w 1898 r. Tuż obok jest duży kompleks fortów napoleońskich, a u jego podnóża „Cmentarz nieistniejących cmentarzy” upamiętniający dawnych mieszkańców Gdańska. Jeden krótki spacer po Gdańsku wystarczy, aby uzmysłowić sobie, że w życiu nic nie jest proste i niczego nie można upraszczać, bo uproszczenia prowadzą do tragedii.

Akceptacja tego, jak wyglądała historia Gdańska, pozwoliła rozbudzić niezwykle silną tożsamość gdańską. To dlatego ta żałoba jest taka szczera i powszechna.

Gdańsk jest miastem niesamowicie przywiązanym do swojej historii, niezwykle świadomym tego, co z niej wynika. W tym kontekście siłą rzeczy jest miastem konserwatywnym. Ale z drugiej strony historia Gdańska jest długa, niezwykle pokręcona i skomplikowana. Zawsze jednak mówi ona o przywiązaniu do wolności. To historia tolerancji, otwartości, a nawet kosmopolityzmu i liberalizmu. W dzisiejszym świecie zaciekłej wojny prawaków z lewakami Gdańsk z obydwu stron bierze to, co najlepsze, i odrzuca to, co skrajne. To dlatego lubicie tam być.