Gdybym dziś był nauczycielem, tak jak byłem nim w latach 1987–1991, pewnie bym nie strajkował, a na pewno nie chciałbym utrudniać młodym ludziom egzaminów. Rozumiem więc liderów oświatowej Solidarności, że za wszelką cenę dążyli do porozumienia z rządem. Mam nadzieję, że nie w imię kariery jej przewodniczącego Ryszarda Proksy w PiS.

Ale rozumiem także emocje tysięcy nauczycieli, którzy uznali, że nie mają innej możliwości, jak użyć broni atomowej. Jest to strategia dla ich grupy zawodowej bardzo ryzykowna. Twierdzę jednak, że jedyną stroną tego konfliktu, która powinna się wstydzić, jest polski rząd i kierownictwo PiS. Niezależnie od doraźnych sprawności w próbie ogrania przeciwnika. Ta sprawność wyjdzie nam wszystkim bokiem. Możliwe, że w dłuższej perspektywie zaszkodzi również prawicy, nawet jeśli doraźnie przekuje ona swoje kłopoty w sukces i wygra dwie kampanie. Bo jej perspektywą jest, zdaje się, tylko gra wyborcza.

O co im chodzi?

Cechą charakterystyczną tego konfliktu jest wyjątkowa inwazja tępych, mechanicznych kalk, schematów, frazesów, półprawd zalewających społeczeństwo za pośrednictwem rządowej TVP i internetu. Nie wiem, jaką rolę odgrywają tu płatne trolle, a jaką ochotnicy, ale udało się do maksimum wykorzystać ludzkie słabości: brak skłonności do samodzielnego myślenia, poszukiwanie „gotowców”, wytrychów objaśniających wszystko, połączone w tym przypadku z realnymi emocjami, choćby rodziców, którym skądinąd się nie dziwię.