Obawiam się, że wszyscy możemy być zawiedzeni. W polityce już tak bywa, że prawdziwe bomby wybuchają z zaskoczenia, bez ostrzeżeń. Te zapowiadane i wyczekiwane przez wszystkich zazwyczaj okazują się niewypałami. Wystarczy przypomnieć, jakie to rewelacje na temat braci Kaczyńskich miał ujawnić Andrzej Lepper.
Zapowiadał polityczne trzęsienie ziemi. Jednak zamiast artyleryjskiej salwy były salwy śmiechu, a po wystąpieniu lidera Samoobrony trzęsły się co najwyżej brzuchy rozbawionej publiki na
czele z braćmi Kaczyńskimi. W tym przypadku sprawdziło się stare ludowe przysłowie: krowa, która dużo ryczy, mało mleka daje.
Jak będzie tym razem? Atmosferę oczekiwania umiejętnie podgrzewają współpracownicy Donalda Tuska. Zapewniają, że jak szef PO coś mówi, to wie, co mówi. Jak ma być bomba w sobotę, to
będzie bomba.
Jedno Platformie już się z pewnością udało. Jej sobotnia konwencja wyborcza będzie wyczekiwana i na pewno nie przejdzie niezauważona. Bez względu na to, czy bomba wybuchnie, czy nie, ten partyjny show w Gnieźnie już stał się wydarzeniem medialnym. Przez najbliższe dni politycy i komentatorzy zastanawiać się będą nad tym, co też odpali Platforma Obywatelska w sobotę. Będą wymieniane nazwiska oraz kreślone rozmaite scenariusze. I chyba o to właśnie chodzi, a gdy ta wyczekiwana i zapowiadana godzina zero wreszcie wybije, rozpoczną się dyskusję o tym, czy bomba była bombą, czy niewypałem.
Na razie mamy wielką tajemnicę i strzępy informacji, które każdy może składać i interpretować na swój sposób. Politycy Platformy bawią się z dziennikarzami w "wiem, ale nie powiem". Zaś sam Donald Tusk przemawia niczym wieszcz lub inna wyrocznia: "Polska dowie się rzeczy zaskakujących - bardzo dobrych dla PO i bardzo przykrych dla tego rządu i PiS". To pierwsza część przepowiedni Tuska. W części drugiej lider PO zapowiada ujawnienie "kluczowej informacji" o tym, kto wzmocni Platformę, i "powie zaskakującą prawdę o tym, jak wyglądały dwa lata rządów PiS, i to od samego środka". W sumie brzmi jak reklama dobrego politycznego thrillera. Niestety, bardzo często na dobrych zapowiedziach się kończy.
Wiele wskazuje na to, że polityczną bombą, o której tak wiele mówią politycy PO, będą zwierzenia Radosława Sikorskiego. Tak na marginesie, on sam woli nazywać siebie rakietą samosterującą. Czy wyznania byłego szefa MON mogą wstrząsnąć sceną polityczną? Na pewno będą ciekawe, ale nie przypuszczam, by diametralnie zmieniły sytuację w wyborczym peletonie. Zwolennicy PiS i braci Kaczyńskich okrzykną Sikorskiego zdrajcą. Już słychać, że to polityk "sfrustrowany", "mocno przywiędłe ziółko", któremu zabrakło "wojskowego honoru i lojalności" przy rozstaniu z PiS. Rację może mieć Jacek Kurski, że w tym przypadku "spóźniona szczerość nie robi na nikim wrażenia".
Bez wątpienia Sikorski byłby bardziej wiarygodny w roli bezinteresownego propaństwowca, gdyby ze swoimi rewelacjami nie czekał na kampanię wyborczą. Teraz dla wielu osób może wyglądać na kogoś, kto w zamian za pierwsze miejsce na liście wyborczej gotowy jest opluć swoich niedawnych kolegów. Nie twierdzę, że tak jest, ale tak to zapewne będzie przedstawiane.
Sikorski może więc co najwyżej wystąpić w roli politycznego fajerwerku. Barwnego, widowiskowego, ale bez siły rażenia prawdziwej politycznej bomby. Za taką mógłby uchodzić Kazimierz Marcinkiewicz, gdyby opuścił PiS i poparł Platformę. Na to się jednak nie zanosi. Były premier wyraźnie nie chce występować jako żywa polityczna bomba i nawet nie myśli o powrocie z londyńskiej emigracji. A jeśli myśli, to bardzo po cichu, by przez przypadek nie być podsłuchanym. Wszak jak sam mówił, żyjemy w państwie Orwella.
Jeśli nie Marcinkiewicz, to być może bombą okaże się kot Sylwester. To ten sympatyczny zwierzak grający swego czasu pierwszoplanową rolę w spotach PiS, które wymierzone były w program
Platformy. Z tego, co wiem, kot został wystawiony na aukcji internetowej przez premiera Kazimierza Marcinkiewicza i sprzedany. Prawdopodobnie wpadł w ręce działaczy Platformy. Może się okazać,
że po kilku miesiącach spędzonych w jakiejś partyjnej szafie Sylwester wróci do wielkiej polityki, i to na pierwszą linię wyborczego frontu. No chyba że zapowiadaną na sobotę niespodzianką
będzie wielka metamorfoza Donalda Tuska. Lider Platformy zmieni się w twardego, zdecydowanego, pracowitego lidera, któremu się chce. Chce walczyć i wygrywać. Dziś można bowiem mieć co do
tego wątpliwości. Podkupywanie zawodników drużyny przeciwnej to zdecydowanie za mało.