Niby trzyma się na dystans, ale jednocześnie nie daje o sobie zapomnieć. I co jakiś czas z miną niewiniątka wkłada kij w polityczne mrowisko. "Premier na uchodźstwie" - jak mówi się o Marcinkiewiczu - z emigracji mógłby wrócić w każdej chwili. On z pewnością nie czeka na rządowy program "Powroty". Rozchwytywany przez partie polityczne, wciąż uwielbiany przez wyborców - ma gdzie i do czego wracać, ale tego nie robi.
Dlaczego? Wygodnictwo, wyrachowanie, kunktatorstwo, a może niewiara w polskich polityków i polską politykę? Na razie Kazimierz Marcinkiewicz ma marzenia, wielkie marzenia o wielkim PO - PiS-owym sojuszu w Sejmie - "ze trzystu posłów". Były premier na swoim internetowym blogu kreśli wizję tej wielkiej koalicji "naprawy państwa i modernizacji kraju". Gdy już powstanie, wszyscy będą pracować dla Polski, bo jak przekonuje Marcinkiewicz - "dobra władza przyciąga, staje się pożytecznym magnesem dla najlepszych z najlepszych. Zła władza deprawuje i gromadzi miernoty".
Jak rozumiem, dlatego właśnie Kazimierz Marcinkiewicz jest na emigracji, gdzie czeka na lepsze czasy i "dobrą władzę". Były premier zamiast taplać się w politycznym bajorku, woli stać na brzegu i z bezpiecznej odległości recenzować "brudną, grząską grę". Być może tak jak senator Romaszewski czeka na interwencję Ducha Świętego, który "uciszy wzburzone wody polityki" i doprowadzi do powstania koalicji PiS-PO. Pytanie co, jeśli okaże się, iż Duch Święty ma ważniejsze sprawy na głowie.
Kilka tygodni temu Piotr Zaremba pisał w DZIENNIKU, że Marcinkiewicz, nie kandydując do parlamentu, "skazuje sam siebie na strategię długiego marszu". Zgadzam się, że w polskiej polityce to "szlak dziewiczy i kompletnie nieprzećwiczony". Były premier porusza się więc ostrożnie, po omacku, nieco asekurancko. Nie podejmuje zdecydowanych działań, stara się nie podpaść, waży słowa i czyny. Z jednej strony popiera Jarosława Gowina z PO, który w Krakowie walczy ze Zbigniewem Ziobro.
Z drugiej zastrzega zaraz, że nie ma nic przeciwko ministrowi sprawiedliwości, którego ceni, i dla równowagi popiera kandydatów PiS. Nie tylko w tej sprawie były premier stoi w rozkroku, próbując budować wizerunek polityka, który łączy, a nie dzieli - "trochę prezydenta", jak powiedział o nim Lech Kaczyński. Widać to w opublikowanych fragmentach wywiadu rzeki, jaki z byłym premierem przeprowadzili Michał Karnowski i Piotr Zaremba. Gdy Marcinkiewicz mówi o Jarosławie Kaczyńskim, unika oceniania go w roli premiera.
Nazywa go największym polskim strategiem politycznym i politykiem wybitnym, ale już stylu uprawianej przez niego polityki za idealny i wybitny nie uważa. Pytany o Donalda Tuska Marcinkiewicz mówi, że to postać nietuzinkowa. W oczach byłego premiera Tusk jest "dobrym i ambitnym politykiem". Marcinkiewicz nie wie jednak, czy przewodniczący PO jest liderem. A jego zdaniem Polska potrzebuje lidera. Kto nim może być? Tego Kazimierz Marcinkiewicz nie precyzuje, sam o sobie mówi - "Jeszcze liderem nie jestem. Lider stoi na czele, ma armię". Co znaczy to - "jeszcze"?
Czy myśli on o tym, by znów zasiąść w fotelu premiera, a może tak jak inny bankowiec będzie walczył o prezydenturę? Marcinkiewicz nie daje na razie jasnych odpowiedzi, oficjalnie cieszy się ze swojej pracy w banku. Nieoficjalnie mówi się jednak dużo o jego politycznych spotkaniach i kontaktach np. z Janem Rokitą. Podobno to właśnie Rokita przekonał Marcinkiewicza do poparcia Gowina w Krakowie.
Bez względu na to, ile jest w tym prawdy - obaj panowie już od dłuższego czasu wymieniani są jako ci, którzy mogą po wyborach zbudować pomost między PO i PiS. "Niezużyci" w wyborczej kampanii pasowaliby do roli negocjatorów czy raczej mediatorów. Oczywiście pod warunkiem, że ktokolwiek będzie chciał skorzystać z ich usług. Na razie nic na to nie wskazuje, a wielka PO-PiS-owa koalicja to wciąż jedynie "wielkie marzenie" - nie tylko Kazimierza Marcinkiewicza.