Oczywiście czytelnik, który nie jest miłośnikiem historii alternatywnej, ma pełne prawo w tym miejscu zacząć intensywnie pukać się w czoło, wskazując na absurdalność powyższego postulatu. Nim jednak zacznie wykazywać się tym całkiem zdrowym odruchem, niech chwilkę uważnie posłucha. Snucie rozważań na temat alternatywnego biegu dziejów nie jest rzeczą samą w sobie złą. Analizowanie nietrafionych decyzji przodków i szukanie lepszych rozwiązań to całkiem pożyteczne zajęcie, bo daje szansę uczenia się na dawnych błędach i wyciągania wniosków z nich na przyszłość. Jednak przy tej zabawie należy wystrzegać się myślenia życzeniowego, przenoszenia wstecz współczesnych sporów politycznych i ideowych oraz własnych sympatii. Po prostu należy skupić na analizie faktów. Co wcale nie bywa proste, gdy w grę wchodzą spore emocje.

Jeśli ktoś w nie wierzy, że są ogromne, winien zajrzeć na YouTube oraz do mediów społecznościowych i prześledzić dzieje ostatniej debaty pt. "Czy można było uniknąć katastrofy", jaką stoczyli ze sobą Bartłomiej Radziejewski i Piotr Gociek. Pierwszy uparcie bronił tez, rozpropagowanych w książce Piotra Zychowicza o wiele mówiącym tytule "Pakt Ribbentrop-Beck, czyli jak Polacy mogli u boku Trzeciej Rzeszy pokonać Związek Sowiecki". Drugi twierdził konsekwentnie, że żaden sojusz z Niemcami w 1939 r. nie był możliwy. Spór na argumenty szybko przekształcił się w bitwę na obelgi, toczoną wiele dni, przy użyciu Facebooka i Twittera. Dyskusję o polskiej racji stanu i politycznym realizmie podsumowało efektowne zbanowanie się jej uczestników. Acz przecież w kwestii ubliżania sobie na wzajem nie wykorzystali pełni możliwości, dawanych przez media społecznościowe. Jednak o wiele ciekawszy był fakt, jak liczne rzesze fanów żywo kibicowały obu uczestnikom sporu. Dyskutując ze sobą równie gorąco, a przy okazji radośnie spotwarzając. Trudno o mocniejsze dowody na to, że alternatywna przeszłość, jak najbardziej ma przyszłość.

Niestety w tym ferworze publiczny dyskurs coraz mocniej dominuje tylko jedna wizja możliwej zmiany biegu historii. Do tego jeszcze najgorsza. Jej gorący wyznawcy są przekonani, że optymalnym wyjściem dla Polski był sojusz z III Rzeszą. Traktując takie rozwiązanie za wzór politycznego pragmatyzmu oraz myślenia strategicznego. Nieuchronną utratę przez II RP suwerenności, konieczność udziału w szaleńczej wyprawie na Moskwę, możliwe uwikłanie państwa polskiego w zagładę Żydów, traktują jak drugorzędne koszty uboczne. Abstrahując od faktu, że w 1939 r. zarówno obywatele, jak i polityczne elity nadzwyczaj solidarnie odrzucały opcję sojusz – czyli ściślej mówiąc - podporządkowanie Polski Hitlerowi, należałoby wreszcie pomyśleć o lepszej alternatywie dla naszego kraju. A leży ona wręcz na wyciągnięcie ręki. Wystarczy popatrzeć na starą mapę Europy Środkowej, poczytać trochę równie wiekowych dokumentów i dorzucić garść faktów. Wówczas łatwiej dostrzeże się, że do jesieni 1938 r. graniczyła II RP na południu z Czechosłowacją.

Sąsiedztwo to trudno uznać za przyjazne. W Warszawie nie potrafiono zapomnieć Pradze to, że w 1920 r., wykorzystując trwającą wojnę z bolszewicką Rosja, zbrojnie anektowała zamieszkały w większości przez Polaków Śląsk Cieszyński. Miejscową ludność przez następne lata spotykało wiele przykrości. Gdy musiano zwalniać robotników z cieszyńskich hut i kopalni, zawsze w pierwszej kolejności wyrzucano Polaków. Czesi likwidowali polskie szkoły, zatruwali życie polskim księżom, delegowali w głąb Moraw polskich pracowników państwowych kolei. W tym samym czasie czechosłowacki rząd wspierał ukraińskich nacjonalistów. Terroryści z OUN zawsze mogli liczyć na bezpieczną przystań w Pradze, broni, materiały wybuchowe i pieniądze. Po drugiej stronie granicy polski rząd nie pomijał żadnej okazji, by zaszkodzić Czechosłowacji. Zaś II Oddział Sztabu Głównego (wywiad wojskowy) budował na Śląsku Cieszyńskim struktury polskiego ruchu oporu. Od 1936 r. na polecenia Józefa Becka przygotowywano plany wywołania tam powstania, które dałoby pretekst do wkroczenia armii i odbicia Zaolzia.

Między Warszawą a Pragą ziała prawdziwa przepaść. Jednak gdy polityka Hitlera stawała się coraz bardziej agresywna, okazywała się ona nie taka znów głęboka. Przynajmniej dla Czechów. Jeszcze przed anschlussem Austrii podejmowali oni na różne sposoby próby zbliżenia z Polską i zawiązania wspólnego sojuszu przeciw III Rzeszy. Jak daleko idąca mogła być to oferta, można wyczytać np. z raportu ppłka Tadeusza Zakrzewskiego, przesłanego szefostwu II Oddziału Sztabu Głównego 22 marca 1938 r. Polski attache wojskowy w Bukareszcie meldował, że od dłuższego czasu jest nagabywany przez swego odpowiednika z czechosłowackiej ambasady. "Attache wojskowy ppłk Buda przy każdej okazji spotkania ze mną dawał mi do zrozumienia, że jest wielkim zwolennikiem poprawy stosunków polsko-czeskich" – meldował ppłk Zakrzewski. "W razie niedojścia do porozumienia Polski i Czechosłowacji ta ostatnia będzie zmuszona dla zachowania jak najdłużej niepodległości poddać się pod wpływy Niemiec. W skuteczną pomoc Francji i Anglii nikt w Czechosłowacji nie wierzy" – dodawał. Jego rozmówca podkreślał, iż "wiekowa nienawiść do Niemiec skłania Czechow całym sercem ku Polsce". Ciekawe były też wizje snute przez ppłk Budę. "Jest on zwolennikiem ni mniej ni więcej tylko unii polsko-czeskiej, stworzenia z Polski i Czechosłowacji jednego organizmu państwowego z jedną głową państwa, z jednym dowództwem wojskowym, jednym kierownictwem spraw zagranicznych i jednym bankiem państwowym" – meldował zwierzchnikom ppłk Zakrzewski. Ci jego raport wyrzucili do kosza. Podobnie traktowano w Warszawie oferty płynące dyskretnie z czechosłowackiego MSZ, wreszcie od prezydenta Edwarda Benesza. Kierujący polityką zagraniczną Józef Beck pragnął rozbioru Czechosłowacji, bo ten miał przynieść Polsce odzyskanie Zaolzia, wspólną granicę z Węgrami oraz możność budowy Międzymorza. Ono stanowiło największą z idee fixe pułkownika. Tej wizji uległ prezydent Mościcki i marszałek Rydz-Śmigły. Obaj okazali się niezdolni do dostrzeżenia, jak samobójczy błąd popełniano. Polska zachowywała możność manewru w polityce zagranicznej oraz wywierania wpływu na bieg wypadków dopóki istniała niepodległa Czechosłowacja.

Bojąc się niemieckich roszczeń, Czesi wybudowali potężny pas umocnień, ciągnący się wzdłuż granicy przez Karkonosze i Sudety. Posiadali też armię zdecydowanie nowocześniejszą od polskiej. Dość powiedzieć, że górowała ona nad wojskami II RP w liczbie i jakości posiadanych czołgów oraz artylerii. Podobnie rzecz się miała z zasobami. We wrześniu 1939 r. w polskich magazynach znajdowało się np. 3,6 mln pocisków artyleryjskich. Czeski zapasy wynosiły 18,4 mln pocisków. Przełamanie umocnień w Sudetach i szturm przez góry byłby dla Wermachtu dużo trudniejszym wyzwaniem, niż rozpędzenie się niemieckich dywizji pancerny na równinach w stronę Wisły. Zwłaszcza gdyby III Rzesza nie mogła rzucić przeciwko Czechosłowacji całej swej armii, bo groziłaby jej też wojna z Polską.

Jeszcze latem 1938 r. rządzący II RP politycy mieli pełną swobodę wyboru. Pomimo pamiętania o Śląsku Cieszyńskim wśród Polaków nie kwitła nienawiść do Czechów. Mało kto miałby coś przeciwko zbliżeniu z Pragą. Zwłaszcza jeśli to zaszkodziłoby planom, budzącego powszechną niechęć Hitlera. Taki sojusz nie groził Polsce oddaniem suwerenności w ręce silniejszego partnera. Za to stawiał pod ścianą Wielką Brytanię i Francję. Oba zachodnie mocarstwa mogły lekką ręka oddać Czechosłowację Niemcom, choć ta była od 1920 r., (podobnie jak II RP) sojuszniczką Paryża. Wszystko dzięki temu, że Czesi znaleźli się w kompletnej izolacji. Wsparci przez Polaków i wykazujący chęci do walki stawaliby się wielkim kłopotem dla zachodnich mocarstw. Blokując im możność dalszego uchylania się o otwartego konfliktu z Niemcami.

W najbardziej kłopotliwym położeniu zaś znalazłby się Hitler. Wojna równocześnie z Polską i Czechosłowacją przekreślała właściwie szanse na blitzkrieg. Za to groziła, że Francja jednak wesprze swych sojuszników, a za jej przykładem pójdzie Wielka Brytania. Z drugiej strony po kilku latach intensywnych zbrojeń gospodarka Niemiec wykazywała wszelkie symptomy przegrzania. Odkładanie wojny na później musiało przynieść ekonomiczny kryzys, a ten zawsze studzi sympatię obywateli do rządzących. W niemieckiej armii dopiero co stłumiono opozycyjne ciągoty wyższej kadry oficerskiej, usuwając ze stanowiska naczelnego dowódcy wojsk lądowych gen Wernera von Fritscha. Kryzys i groźba okrążenia, takiego jak podczas I wojny światowej, mogłyby ponownie podsycić wśród generalicji myśli o puczu. Hitler chcąc utrzymać władzę musiał przeć do wojny. Jednak łatwe zwycięstwo gwarantowało mu tylko pokonanie każdego z przeciwników osobno i po kolei. Przywódcy rządzący Polską latem 1938 r. mieli znakomita możność "włożenia kija w szprychy" rozpędzającej się dopiero III Rzeszy. Wybrali współudział w rozbiorze Czechosłowacji. Rok później pozostało im ginąć za honor i niepodległość, bo skapitulować - tak jak Czesi, nie wypadało. Dziś równie absurdalne jest to, że ci, którzy twierdzą, iż pragną się uczyć na błędach przodków, nie wiedzieć czemu od Pepików wolą Adolfa Hitlera.