Przez wiele lat, gdy pojawiały się plotki czy informacje na temat pani życia prywatnego, nie komentowała ich pani.

Tak było dokładnie przez 15 lat.

Warto było?

Nie. Nie warto było milczeć. Teraz wiem, że te wszystkie plotki niemające nic wspólnego z rzeczywistością, powielane wiele razy, utrwaliły się jako fakty. Przypisywano mi różne romanse, sprawy sądowe, których nie było, pisano o wyciętych scenach z filmów, co nigdy nie miało miejsca. Te bzdury były powielane nawet przez tzw. poważniejsze media i utrwalone jako fakty, dlatego powiedziałam dość tolerowaniu kłamstw. Nikt nie ma prawa mnie oczerniać i kłamać na mój temat. A o tym, że warto walczyć o prawdę i swoją godność, przekonałam się wchodząc na drogę sądową z autorem książki i wydawnictwem o naruszenie dobrego imienia i dóbr osobistych w pewnej powieści 11 lat temu. Głównej, fikcyjnej postaci autor nadal cechy pozwalające zidentyfikować Weronikę Rosati, a tym samym przypisać jej treści fałszywe i obraźliwe. Sprawę wygrałam, sąd uznał, że książka wyrządziła mi ogromną krzywdę, a co ważniejsze, że niby moja postać nie jest wcale mną - Weroniką Rosati. Dziwi mnie więc cytowanie jej w moim kontekście, skoro prawnie została uznana za naruszającą moje dobre imię. Później przeprosiny dla mnie od autora książki i wydawnictwa były publikowane we wszystkich mediach. Ale wracając do teraźniejszości - nie zgadzam się z wciąż aktualnym w Polsce powiedzeniem, że "brudy powinno się prać we własnym domu", zwłaszcza gdy dotyczą przemocy domowej. To daje oprawcom zupełną bezkarność i argumentację, a ofiary nie mają szansy bronić się i walczyć o swoje bezpieczeństwo i godność osobistą. Powtórzę się, ale naprawdę milczenie jest najgorszym wrogiem ofiary.

Podobno w życiu nie ma przypadków?

Nie wierzę w przypadki. Myślę, że jest jakieś przeznaczenie i myślę, że jest to mądrzej wymyślone, niż my potrafimy sobie wyobrazić.

Rola w serialu "Zawsze warto", w którym wciela się pani w postać Marty, prawniczki po rozwodzie walczącej o prawa kobiet, zdaje się być inspirowana pani historią.

Nie bardzo wiem, czy to przypadek, czy moje przeżycia rzeczywiście inspirowały scenarzystkę, a może po prostu przyciągnęłam tę rolę właśnie swoimi przeżyciami. Dla mnie to ciekawe wyzwanie. Ta postać to nie jestem ja i ma ona zupełnie inne problemy, ale obydwie miałyśmy w życiu taki dramatyczny moment, gdy wszystko wywróciło się do góry nogami, a my musiałyśmy w sobie zebrać siły, by iść do przodu.

Chce pani powiedzieć, że życie niejako zmusiło panią do tego swoistego "coming outu" i opowiedzenia o tym, że doświadczyła pani przemocy domowej?

Zrobiłam to z myślą o córce i wszystkich skrzywdzonych kobietach i ich dzieciach oraz bliskich - wszystkich ofiarach przemocy domowej. Bo przecież nie tylko sama ofiara przemocy domowej jest poszkodowana, ale wszyscy, którzy są blisko niej. Co czwarta Polka jest ofiarą przemocy, to dotyka też jej otoczenie i innych domowników. Proszę sobie wyobrazić, ile osób cierpi na tym społecznym dramacie.

Co w tym wszystkim było dla pani najtrudniejsze?

Dowiedziałam się, że są tysiące kobiet w mojej sytuacji, które milczą. W Polsce jest ponad 30 proc. samotnych mam, które rozumieją moje problemy, uczucia, obawy, muszą się mierzyć z podobnymi problemami. Do tego najgorsze jest napiętnowanie kobiet, które są ofiarami, które mają odwagę powiedzieć o przemocy. Myślę, że każda ofiara czuje ten lęk do oprawcy. On nie mija tak szybko. Zostaje na długie dni, tygodnie, miesiące. W moim przypadku na szczęście sąd amerykański uznał po zapoznaniu się z pewnymi faktami, że należy mi się "restraing order", czyli zakaz zbliżania się ojca mojego dziecka do nas. Zakaz ten obowiązuje nadal, był dwukrotnie przedłużany.

To ułatwia sprawę?

Tak, bo to zakaz, który obowiązuje na całym świecie. Kobieta, która doświadczyła sytuacji zagrożenia, z pewnością czuje bezpieczniej.

Uważa pani, że to luka w polskim prawie?

Nie wiem jeszcze dokładnie, jak jest, bo za krótko to wszystko trwa, poza tym nie jestem autorytetem w tej sprawie - nie jestem prawnikiem, żebym miała pełny ogląd sytuacji. Jestem natomiast polskiemu sądowi wdzięczna, że przychylił się do mojej argumentacji i prawa rodzicielskie ojca mojej córki w związku m.in z przemocą zostały ograniczone. Wbrew temu, o co on wnioskował, a więc o naprzemienną opiekę i zakaz wyjazdów poza granice Polski dla mojego dziecka. Moja córka jest Amerykanką z punktu widzenia prawa amerykańskiego. Zakaz taki byłby wielką krzywdą dla tak małego dziecka, które nie tylko nie miałoby możliwości przebywania z nadal karmiącą je mamą, ale również możliwości przebywania małej w komfortowych i bardzo dobrych dla niej warunkach. Czy takie żądanie jest kierowane faktycznie dobrem dziecka? A poza tym takie absurdalne wnioskowanie jest oczywistą chęcią i próbą uniemożliwienia mi wykonywania mojego zawodu. Od kilkunastu lat połowę czasu spędzam w Ameryce, gdzie gram, jak i w innych krajach. Na szczęście sąd to oddalił, a prawa rodzicielskie zostały ograniczone. Ojciec Eli może widywać się z nią tylko sporadycznie pod nadzorem kuratora i moim, o co również wnioskowałam w sądzie amerykańskim.

A więc polskie sądy nie są takie złe?

Sąd i skład sędziowski, który zajmował się moją sprawą, wspaniale mi pomógł. Ich decyzja zapewniła, byśmy wraz z córką czuły się bezpieczne. Dzięki temu Eli oszczędzono oderwania od mamy. Ma niecałe dwa lata, jest ze mną zżyta na maksa, podróżuje ze mną i dla niej taka naprzemienna opieka byłaby koszmarem. Nie widzę powodu, dla którego coś takiego miałoby mieć miejsce dla dobra dziecka. Zastanawia mnie z kolei inna rzecz…

Jaka?

Dlaczego my jako ofiary musimy się wciąż mierzyć w Polsce z jakąkolwiek nieufnością, często z brakiem solidarności ze strony innych kobiet. To chciałabym zmienić, między innymi w tym celu powołałam do życia fundację Siła Kobiety.

Myśli pani, że się uda?

Jeśli się nie spróbuje, to się nie uda. Temu ma właśnie służyć ta fundacja. Ma motywować, inspirować kobiety.

Myśli pani, że tak właśnie jest, że ci sprawcy są pod pewnego rodzaju ochroną?

Proszę nawet tak nie mówić, bo to już tworzy wrażenie, że to się dzieje. Myślę, że nie, że powoli to się zmienia, ale wciąż nierzadko funkcjonuje schemat, że kobieta, która jest ofiarą przemocy, przedstawiana jest przez drugą stronę jako mściwa albo pazerna. Lub oczywiście najczęstszy banał: niezrównoważona - że chce temu oprawcy, który jest niby niewinny, dopiec, a on na pewno nie jest aż taki zły. Nadal niestety funkcjonuje schemat, że mężczyzna nie jest niczego winien. Na szczęście to się zmienia.

Łatwo jest być samotną matką po przejściach?

Nie znam innej sytuacji, więc trudno mi porównywać i odpowiedzieć na to pytanie. Mogę za to powiedzieć, że bycie mamą jest najwspanialszą rzeczą, która mi się przytrafiła. Jestem mamą i spełniam się zawodowo. Jestem szczęściarą. Wiem, że nie każda samotna mama ma taką możliwość, a nawet ja sama wiem, jak trudno jest logistycznie opracować to połączenie pracy i bycia rodzicem.

Sklejać nawet, gdy widać, że się nie da skleić?

Nie, już teraz jestem tego zdecydowaną przeciwniczką. Jestem zdania, że jak się źle dzieje w domu, to nie ma co za wszelką cenę ratować rodziny. Dostałam setki e-maili, w których żadne dziecko z rodziny, gdzie jest przemoc, nie napisało: "Wie pani, mój tata był przemocowy, ale cieszę się, że byli z mamą razem tak długo". Wręcz przeciwnie, te dzieci piszą, że gdy mama odeszła od ojca, to dała im najlepszy prezent w życiu, albo że z racji tego, że mama tak długo tkwiła w tej strasznej relacji, ich dzieciństwo było koszmarem. Chodzi mi przede wszystkim o to, aby walczyć ze stereotypem, że kobieta jest gorsza jako samotna matka, a jeśli na dodatek odeszła od ojca dziecka, to w ogóle skazana jest na potępienie. O mężczyznach nigdy się tak nie myśli, prawda?

Ma pani z tyłu głowy to, że Eli kiedyś zapyta o to, dlaczego mama nie jest z tatą?

Tak, i powiem jej całą prawdę.

Na Instagramie napisała pani, że Eli uwielbia muzea i klasyczne filmy. Niektórzy to trochę obśmiali.

Pokazałam zdjęcie z muzeum i niektórych ludzi to zdziwiło, że dziecko może być tą wizytą zainteresowane. Wiadomo, ze dzieci obserwują rodziców, ich reakcje, więc może warto czasami przekazywać im różnorodną, wartościową wiedzę...

To jakie klasyki światowego kina Eli lubi?

Bardzo podobał jej się "Czarnoksiężnik z Oz", "Lassie", bo kocha psy. Mam wrażenie, że stare filmy mają w sobie coś bardzo pozytywnego, są nasycone kolorami i łagodnością, a przede wszystkim nie są wulgarne, co niestety ma miejsce we współczesnej kinematografii. Oczywiście uwielbia filmy dla dzieci!

Kto w całej tej trudnej sytuacji był dla pani największym wsparciem?

Rodzina i przyjaciele.

To mama pierwsza zauważyła, że coś jest nie tak?

Nie była pierwszą osobą, której o tym powiedziałam. Chciałam ją jak najdłużej chronić. Tak naprawdę od początku wiedziałam, że to ja muszę zebrać się na odwagę i przerwać to, co się działo.

To na jakim etapie kobiecości jest pani teraz?

Myślę, że jestem w takim dobrym wieku dla kobiety. Cieszę się, że moje życie jest bardzo spełnione w różnych aspektach. Jestem mamą, gram bardzo fajną rolę w serialu, czuję się spełniona artystycznie. Znalazłam przy tym kolejne powołanie, jakim jest aktywizm i pomoc innym. Odnajduję się w tym, to nadało dodatkowy sens mojemu życiu. Mieszkam w Warszawie i w Los Angeles i lubię to życie, jakim żyję.

To czego pani życzyć?

Spokoju.