Instytut Pileckiego w Berlinie, który zainaugurował działalność w tym tygodniu, może być znaczącym zwrotem w kreowaniu polskiej polityki historycznej. I to nie tylko dlatego, że biografia patrona placówki, a zarazem bohatera głównej wystawy, ma ogromny potencjał, by zaistnieć w zbiorowej świadomości zachodniej opinii publicznej. Placówka jest dla nas szansą również dlatego, że odkrywa światu nieznane mu karty z naszej historii; daje nam możliwość wpływania na kształt międzynarodowej pamięci historycznej i zbudowania wokół Polski uniwersalnego przekazu, jakim jest sprzeciw wobec totalitaryzmu. Niezależnie od jego barw.

Jest coś symbolicznego w tym, że otwarcie pierwszego zagranicznego oddziału Instytutu Pileckiego nieomal zbiegło się w czasie z informacjami Onetu na temat owoców współpracy Polskiej Fundacji Narodowej z amerykańską agencją piarowską White House Writers Group. Obie instytucje w gruncie rzeczy działają w podobnych celach – mają za zadanie kształtować pozytywny wizerunek Polski za granicą. Trudno więc uwierzyć, że możemy przygotować spektakularne wydarzenie i stworzyć nowoczesny ośrodek refleksji nad totalitaryzmami, jak ten w Berlinie, a inny ambitny projekt w równie spektakularny sposób zawalić (choć wydanie lekką ręką 5,5 mln dol. na działania bandy dyletantów chciałoby się określić bardziej dosadnie).

Sposobu, w jaki PR-owcy "promowali" Polskę, nie ma już co komentować. Na bieżąco robią to internauci, którzy w ostatnich dniach zalali sieć prześmiewczymi memami oznaczonymi hasztagiem Heart of Poland. Inaczej jest z berlińską wystawą "Ochotnik. Witold Pilecki i jego misja w Auschwitz", którą od minionego poniedziałku można oglądać w siedzibie instytutu, w samym sercu niemieckiej stolicy.

Kiedy na kilka godzin przed inauguracją, tuż za plecami opowiadającej o ekspozycji szefowej placówki Hanny Radziejowskiej, nagle przewróciła się jedna ze ścianek, natychmiast pojawiły się najgorsze skojarzenia z państwem (nomen omen) z dykty. Na szczęście nieuzasadnione. Wystawa pokazująca tragiczny los rotmistrza Pileckiego jest przemyślana i choć wstrząsająca, to nie epatująca okrucieństwem. Jego historia w pewnym sensie uosabia losy Polski: żołnierz, który dobrowolnie daje się ująć w łapance, by poznać funkcjonowanie obozu koncentracyjnego w Auschwitz-Birkenau, wysyła na Zachód dramatyczne raporty, a po ucieczce z miejsca zagłady walczy z Niemcami w powstaniu warszawskim, ostatecznie ginąc już po wojnie z rąk stalinowców. Nawet jeśli zagraniczny adresat tej opowieści – czy to mieszkaniec Niemiec, czy to odwiedzający ten kraj turysta – nie wychwyci wszystkich niuansów, to jest szansa, że przynajmniej dowie się o istnieniu niezwykłego człowieka, którego biografia jest gotowym scenariuszem hollywoodzkiej superprodukcji. – Jest to wydarzenie historyczne. Fakt, że w stolicy Niemiec będzie można tak otwartym tekstem mówić o ich zbrodniach, o człowieku, który się im przeciwstawiał, który przekazał światu świadectwo zbrodni, przeszło moje najśmielsze oczekiwania – nie krył wzruszenia Andrzej Ostrowski, siostrzeniec rotmistrza Pileckiego. Zwracał uwagę na uniwersalne przesłanie wystawy. – Ona wyraźnie pokazuje, że totalitarne systemy, niezależnie od tego, czy czarne czy czerwone, prowadzą do niewyobrażalnych zbrodni. Trzeba przed totalitaryzmami się bronić, mając w pamięci, że historia lubi się powtarzać.