Kiedy przyszedł moment, że młodzi Niemcy zaczęli pytać rodziców o to, co robili podczas wojny?

Tak naprawdę niewielu z nich zadało takie pytanie. Rok 1968, kiedy do głosu doszła kontrkultura młodzieżowa, był pod tym względem przełomowy. Ale studentów najczęściej interesowała przeszłość ich profesorów. Może dlatego, że łatwiej było im pytać o te sprawy obcych ludzi niż własnych rodziców. Poza tym młodzi ludzie już wtedy wiedzieli, że jest powód, by nie poruszać tych tematów. Kiedy jednak padało takie pytanie, dzieci słyszały odpowiedź: "Po co o tym mówisz, tata jest teraz smutny". Albo inną: "Taki był miły nastrój podczas kolacji. Dlaczego go zepsułeś?".

Podobne zdania słyszy bohaterka pani książki "W niemieckim domu". Ewa zaczyna zadawać trudne pytania w momencie, kiedy we Frankfurcie nad Menem rozpoczyna się drugi proces oświęcimski. Jest przerażona tym co słyszy. Czy ona wcześniej rzeczywiście nie wiedziała, co się działo w obozach koncentracyjnych?

W latach 60., kiedy dzieje się akcja mojej powieści, większość młodzieży niemieckiej nie miała pojęcia o tym, co się wydarzyło. Ona po raz pierwszy słyszy o tym tylko dzięki temu, że dostaje prace tłumaczki na sali sądowej, gdzie sądzeni są zbrodniarze nazistowscy.

Przecież wcześniej był choćby proces norymberski. Nic do Niemców wtedy nie dotarło?

W Niemczech wiedziano oczywiście o procesie norymberskim, ale on się skończył i przestano się tym zajmować. Nastąpiła długa przerwa w mówieniu o Auschwitz, problem kompletnie wyparto ze zbiorowej świadomości. Wrócono do niego dopiero pod koniec 1963 roku, kiedy rozpoczął się proces we Frankfurcie. Żeby to zilustrować, na spotkania autorskie przynoszę encyklopedię Brockhausa, która wyszła w latach 60. Pod literą A, gdzie znajduje się Auschwitz, jest króciutka notatka, która informuje, że jest to miasto takiej i takiej wielkości i że są tam zakłady chemiczne. Na końcu dodano tylko jedno zdanie, że w czasie wojny znajdował się tam obóz koncentracyjny. Do tego właśnie sprowadzała się wiedza pokolenia, które opisuję w mojej powieści.

Bruhnsowie to całkiem przeciętna rodzina, prowadząca restaurację i niczym specjalnym się nie wyróżniająca. Jednak istnieją w niej tajemnice, niedomówienia. Czy w Niemczech było wiele takich rodzin?

Tak, właściwie w każdej rodzinie milczano na jakiś temat związany z wojną.

A w pani rodzinie?

Też. Mój dziadek był w czasie wojny policjantem w Bydgoszczy. Nigdy o tym nie opowiadał, ale i też nikt się go o to nie pytał. Dopiero kiedy zaczęłam pisać książkę i rozpoczęłam zbieranie materiałów do niej, dowiedziałam się, co robili wtedy niemieccy policjanci na ziemiach okupowanych. Mogę więc się domyślać, że on też był sprawcą. Choć zapamiętałam go jako bardzo kochanego i ciepłego człowieka.

Jak się pani poczuła, gdy sobie to uświadomiła?

Dziwne w tej historii jest to, że zawsze wiedziałam, iż dziadek jest policjantem. Nigdy jednak nie przyszło mi wcześniej do głowy, co to mogło znaczyć podczas wojny. To była taka biała plama, której nie starałam się zapewne podświadomie wypełniać. Zresztą, jak się okazuje, wielu moich znajomych zachowywało się tak samo. Dopiero teraz, kiedy przeczytali "W niemieckim domu", zaczęli mi opowiadać, że w ich rodzinach do dzisiaj wspomina się, iż ci, którzy służyli w Polsce, do domów przywozili papierosy, szynki, futra i różne inne dobra. Nikt nie pytał, skąd to wzięli, jak zdobyli te luksusowe towary.

Temat tabu?

Do tego stopnia, że zdarzały się historie jak ta, która przytrafiła się mojemu ojcu. Kiedy miał 18 lat, wyszła książka o czasach narodowego socjalizmu i nazistach, którą uczniowie czytali w szkole. Wywarła ona na nim wielkie wrażenie. Przyszedł do domu i powiedział rodzicom, że ten Hitler to był okropny człowiek. Na to dziadek odparł tylko, że nie chce o tym więcej słyszeć. To działo się w 1956 r.

Podobne słowa usłyszała bohaterka pani książki. Jej rodzice mieszkali obok obozu koncentracyjnego w Auschwitz. Wyparli to na długie lata. Ale kiedy zaczęto im o tym przypominać, wspominali ten czas jako dobry; byli młodzi, mieli wreszcie własne mieszkanie. I nie obchodziło ich, co się dzieje za płotem ogródka.

Kompletnie. To, co mówi matka Ewy przed sądem, jest autentycznym zeznaniem, które zapożyczyłam z archiwów drugiego procesu oświęcimskiego. Jedna z Niemek, która podczas niego zeznawała, powiedziała, że mieszkała w pobliżu obozu, ale nie wiedziała, co się w nim dzieje. Jedyną niedogodnością było to, że czasami śmierdziało i trzeba było zamknąć okna. Obóz zapamiętała też jako miejsce, gdzie chodziła do fryzjera, bo tam dobrze strzygli. Ona po prostu nie przyjmowała do wiadomości, do jakich tragedii dochodziło pod jej nosem. Ostatecznie nie umieściłam w książce jeszcze jednego zeznania tej kobiety, które zrobiło na mnie piorunujące wrażenie. Miała bowiem taki problem, iż często musiała w salonie wycierać kurze. Nie dodała już, że to wpadał do pokoju popiół z palonych, ludzkich ciał.

Ojciec Ewy był kucharzem, gotował dla esesmanów. Czyli teoretycznie nie robił niczego złego. Ktoś taki jak on mógł uważać, że z morderstwami, do jakich dochodziło w obozie, nie miał nic wspólnego. To chyba najłatwiejsze wytłumaczenie się z grzechu zaniechania.

To jest pytanie o to, gdzie zaczyna się wina. Większość Niemców była współsprawcami przez to, że nic nie zrobiła. Gdyby on wtedy powiedział: "nie będę dla was gotował", ktoś inny: "nie będę was woził", gdyby się przeciwstawili tym ludziom, mogłoby to wszystko zupełnie inaczej wyglądać.

Na dodatek ci bierni świadkowie zbrodni nie mieli poczucia winy. To właśnie oni protestowali przeciwko wydawaniu publicznych pieniędzy na proces we Frankfurcie nad Menem.

Oni woleli wtedy patrzeć w przyszłość. Wtedy był czas cudu gospodarczego. Myśleli tylko o tym, żeby im się coraz lepiej powodziło, żeby mięso mogli jeść nie tylko w niedzielę, ale codziennie. A tu nagle ktoś przychodzi i przypomina historie, o których nie chce się pamiętać.

Tym kimś był Fritz Bauer. Kim był człowiek, który doprowadził do drugiego procesu oświęcimskiego?

Był członkiem partii socjalistyczno-demokratycznej, a z pochodzenia Żydem. Przy tym żarliwym obrońcą etycznej postawy, dlatego pracował nad ponowną oceną prawną zbrodni nazistowskich. W 1956 r. został prokuratorem generalnym Hesji i walczył o to, żeby ten proces się odbył. I w końcu do niego doprowadził. Dzięki niemu po raz pierwszy w RFN konfrontacja z Holocaustem zyskała wymiar publiczny.

Kto wtedy zasiadł na ławie oskarżonych?

Tych ludzi było początkowo 23, ale w trakcie przygotowań do procesu dwóch z nich zmarło. Ostatecznie sądzono 21 byłych członków SS i jednego tzw. więźnia funkcyjnego. Prokuratura oskarżyła ich o to, że w obozie zagłady w Auschwitz brali udział w selekcji więźniów, a potem ich mordowali w komorach gazowych, torturowali i rozstrzeliwali. Ci ludzie trudnili się po wojnie przeróżnymi rzeczami. Wśród nich był przedsiębiorca, pielęgniarz, aptekarz… Oglądałam ich zeznania na filmach, które są umieszczone w internecie, dzięki temu trafili oni do mojej powieści jako autentyczne postacie. To było okropne patrzeć, jak oni się zachowywali. Zupełnie nie byli poruszeni tym, co się dzieje, uśmiechali się kpiąco, pozdrawiali nawzajem. Jedynym, który okazał skruchę, był najmłodszy z oskarżonych, mający w trakcie popełniania zbrodni 19 lat.

Jak przeżywali to świadkowie oskarżenia?

Było to dla nich traumatyczne przeżycie. Po 20 latach musieli znowu skonfrontować się z ludźmi, którzy się nad nimi znęcali i zabijali ich bliskich. Okropne w tym wszystkim było jeszcze to, że nikt tym osobom, które docierały do Frankfurtu z Polski, nie pomagał. Przyjeżdżali pociągiem albo samolotem, ale nikt ich nie odbierał, nikt im nie towarzyszył, musieli sobie cały pobyt sami zorganizować. Ponieważ ten proces bardzo długo trwał, bo prawie dwa lata, zebrała się grupa kobiet, mieszkanek Frankfurtu, które zaczęły opiekować się tymi ludźmi.

Tak jak książkowa tłumaczka procesu. Ewa zaprzyjaźnia się z jednym z oskarżycieli, Davidem Millerem. Co zainspirowało panią do wprowadzenia tej postaci do powieści?

Ten bohater ma pierwowzór w rzeczywistości. Jest nią kobieta, nauczycielka mojej córki, która uczyła grać ją na wiolonczeli. Jest Żydówką. Problem tej pani polega na tym, że jej rodzina uniknęła zagłady. Z tego powodu żyje wciąż z poczuciem winy. W sytuacji ocalonych perfidne jest to, że ich tożsamość żydowska często definiowana jest przez Holocaust. Polega to na tym, że Żydzi pytają się nawzajem o to, ilu twoich bliskich zginęło, gdzie zginęli, w jaki sposób? Ona, tak jak książkowy David, wie, że nie jest ofiarą i nie może sobie z tym poradzić.

Czy w Niemczech panuje obecnie klimat, który prowokuje do tego, by znowu przypominać o tym, co się stało kilkadziesiąt lat temu?

Taka atmosfera panuje nie tylko u nas, ale i w całej Europie. Na co dzień zajmuję się pisaniem scenariuszy filmów i seriali i może to sprawia, że mam intuicję, która podpowiada mi, na jakie tendencje należy w danym czasie reagować. W tej chwili w każdym europejskim kraju do głosu dochodzą partie, które podsycają tę atmosferę. W Niemczech tak dzieje się szczególnie we wschodnich landach, które akurat nie mają powodów skarżyć się na swój byt. W Dreźnie, gdzie jest tyle demonstracji, ludziom naprawdę dobrze się powodzi. Oni jednak uważają, że są niedostrzegani przez rząd. Wszystko to prowadzi do nacjonalistycznych postaw. Stają się one na tyle niebezpieczne, że trzeba głośno o tym mówić. A może nie tylko mówić, ale i działać.

Annette Hess jest dziennikarką i scenarzystką seriali telewizyjnych, m.in. "Ku'damm 56", opowiadającego o życiu kobiet w latach 50. i ich walce o to, żeby mogły same o sobie decydować. Książka "W niemieckim domu" jest jej debiutem powieściowym. W Niemczech trafiła na listę bestsellerów, a prawa wydawnicze kupiło do niej 21 krajów. W Polsce ukazała się nakładem Wydawnictwa Literackiego.