Gdy rządzący zaczynają wcielać w życie zmiany, które burzą zastany stan rzeczy, wśród obywateli rodzi się opór. Zwłaszcza, jeśli muszą oni słono płacić za to, co nowe. Opór wówczas tężeje, nawet jeśli wszelkie autorytety (dziś zwane liderami opinii), naukowcy, politycy oraz przytłaczająca większość mediów solidarnie mówią, iż zachodzące przemiany są słuszne i konieczne.

Reklama

Gdy obecnie trochę szerzej spojrzy się na kluczowe kraje Zachodu, to leninowska reguła znów udowadnia swą żywotność. Po kilku latach szybkich postępów rewolucji klimatycznej odgórnie narzucanej społeczeństwom, widać coraz więcej symptomów kontrrewolucji. Za pierwszy jej zwiastun możny uznać wybuch buntu "żółtych kamizelek". Wprawdzie ta tląca się nadal rebelia, ma dziś na sztandarach postulaty wymierzone we wszelkie reformy, jakie próbuje forsować prezydent Francji, jednak iskrą, która ją wznieciła, był nowy podatek wprowadzony dla dobra klimatu. Zaraz po objęciu władzy przez Emmanuela Macrona francuski rząd dorzucił do ceny paliw opłatę nazwaną oczywiście „ekologiczną”. Miała służyć walce z ociepleniem klimatu, emisją CO2 i wspierać elektromobilność. Tymczasem w V Republice, poza wielkimi miastami transport publiczny od lat jest w fazie zaniku i posiadanie samochodu stało się koniecznością, by móc przemieścić się na większe odległości (choćby do pracy). Półtora roku temu Francuzi zamiast pokornie znieść nowe wyrzeczenie w imię ratowania planety, wdziali żółte kamizelki i opanowali centra miast. Pokojowy protest szybko przerodził się w walki uliczne. Opór pacyfikowano dzięki temu, że francuska policja raz za razem udowadniała, iż słusznie cieszy się opinią jednej z najbrutalniejszych na świecie.

Od zburzenia Bastylii w 1789 r. Francuzom udawało się co jakiś czas zarażać swymi rewolucyjnymi ideami oraz nastrojami resztę Starego Kontynentu. Pierwszy raz szerzą oni nastroje kontrrewolucyjne. Zaś reszta mieszkańców Unii jest na nie coraz mniej odporna. Z początkiem października tego roku klimatyczną kontrrewolucję wsparli rolnicy z Holandii, ruszając traktorami na Hagę. Przy tej okazji zablokowali autostrady w całym kraju. Jak wyliczyła holenderska policja, udało im się sprokurować w malutkim państwie korki o łącznej długości 1,1 tys. km. Rozwścieczeni hodowcy protestowali przeciwko nakazanej przez rząd drastycznej redukcji pogłowia bydła. Jest ona przeprowadzana pod hasłem ograniczania emisji gazów cieplarnianych wydzielanych przez holenderskie krowy.

Stawiający opór rolnicy są prezentowani w mediach jako "czarne charaktery"niszczące swą chciwością planetę. Mimo tego oraz gigantycznych korków, wedle doniesień lokalnych mediów, większość Holendrów ze zrozumieniem i sympatią wypowiadało się o chłopskiej rebelii. To musiało obudzić czujność rządu, bo gdy w połowie października rolnicy zaostrzyli swe działania i zaczęli opanowywać centra największych miast, premier Mark Rutte wysłał przeciwko kontrrewolucjonistom wojsko. Demonstracja siły ostudziła bojowe nastroje prostujących.

Jednak nie trzeba było długo czekać i do holenderskich rolników przyłączyli się niemieccy. Ponad 8 tys. traktorów oraz 40 tys. manifestantów wjechało 26 listopada do Berlina pod hasłem: "Nie mam na imię Greta, tylko Jens. Nie niszczycie mojego dzieciństwa, tylko mój zawód. Nawiązując tak bardzo symbolicznie do osoby szwedzkiej nastolatki Grety Thunberg (bo kontrrewolucjoniści nigdy nie sympatyzują z świętymi ikonami rewolucji). Iskrą, która wznieciła bunt były wprowadzone we wrześniu przez rząd przepisy, nazwane: „Pakietem rolniczym”. Mocno ograniczają one w RFN możność używania środków chemicznych podczas uprawy roślin (zarówno nawozów, jaki i środków owadobójczych). Przy czym protestujący domagali się zaprzestania wprowadzania ogólnie praw, które krok po kroku zmuszają niemieckich rolników do porzucenia hodowli zwierząt, zaś uprawa zbóż i rzepaku przestaje się im opłacać.

Co ciekawe współczesne Niemcy, których rząd od lat ma ambicję bycia liderem klimatycznej rewolucji, stają się siedliskiem kontrrewolucjonistów. Bardzo widocznym symptomem tego było całkiem niedawne przyznanie się niemieckich firm energetycznych, że od dwóch lat mieszkańcy RFN na masową skalę blokują budowę nowych farm wiatrowych. W ciągu dekady transformacji energetycznej, co roku podłączano do sieci nowe turbiny od średniej mocy 4,5 tys. MW. Tymczasem w 2018 r. nadeszło zderzenie ze ścianą. Z powodu protestów, skarg wnoszonych do urzędów oraz pozwów sądowych obywateli lub czyniących to w ich imieniu gmin, budowa farm wiatrowych została praktycznie zablokowana. Do sieci przyłączono jedynie 81 turbin o mocy zaledwie 271 MW. W tym roku jest jeszcze gorzej. Opór społeczny już wpędził w kryzys branżę producentów turbin. W kwietniu zbankrutowała wytwarzająca je firma Senvion, zaś niedawno Gamesa, spółka zależna Siemensa, ogłosiła redukcję zatrudniania o 3 tys. pracowników. Walczący z wiatrakami kontrrewolucjoniści są całkowicie impregnowani na hasła wzywającego do poświęceń w imię redukcji emisji CO2.

Ten stan rzeczy może się jeszcze pogłębić, za sprawą samego charakteru europejskiej rewolucji klimatycznej. Po dekadach niczym nieograniczonej konsumpcji nagle elity intelektualne i polityczne Starego Kontynentu uznały, że konieczna jest radykalna zmiana. Obejmuje ona wszelkie dziedziny życia. Nowe idee wzięła na swe sztandary lewica, lecz umiarkowana prawica nie ma tak na prawdę nic przeciwko temu, by wcielać je w życie. Sprowadzają się ona do konieczności radykalnego samoograniczenia się obywateli. Muszą oni godzić się na odchodzenie od swobody, jaką daje przemieszczanie się własnym środkiem transportu, przyjemności płynącej z konsumpcji mięsa, szczęścia odczuwanego przy kupowaniu licznych dóbr konsumpcyjnych. Zamiast tego dokładane są wciąż nowe obowiązki. Obowiązek wymiany sprzętów domowych na bardziej energooszczędne, obowiązek segregacji śmieci, obowiązek płacenia nowych danin państwu, opatrzonych dopiskiem „ekologiczne”, itp.,itd. Wszelkich zachowań przekraczających nowe normy należy się wstydzić. Ostatnio nawet skorzystania z usług linii lotniczych. Ci, którzy publicznie wątpią w konieczność tak radykalnych rewolucji natychmiast są stawiani pod pręgierzem opinii publicznej.

Tymczasem nawet jeśli w Europie zlikwiduje się wszystkie krowy, wyłączy wszystkie elektrownie węglowe, odda na złom pojazdy z silnikami spalinowymi, a ludzie będą jeść jedynie rośliny, to i tak światowa emisja dwutlenku węgla zmaleje o ok 10 proc. Chcąc osiągnąć więcej należy przekonać Chińczyków, by szybko wyłączyli swe elektrownie węglowe o mocy 1160 GW (łączna moc elektrowni węglowych krajów UE to dziś 150 GW), Amerykanów, żeby zrezygnowali z hamburgerów, a Hindusów aby zechcieli wybić swe święte krowy. Jedynym pomysłem europejskich elit władzy na mierzenie się z tym wyzwaniem, jest świecenie przykładem. Unia Europejska ma swym poświeceniem przekonać innych, by poszli w jej ślady. Jak na razie daje to dość skromne efekty, więc stopień poświęcenia jest zwielokrotniany.

Zadziwiająco przypomina to dziewiętnastowieczną ideę Polski jako "Chrystusa narodów". Tym razem to Europa Zachodnia bierze na siebie rolę „Chrystusa ludzkości”. Kłopot w tym, że przybijanie do krzyża boli. Zachodnie społeczeństwa zaś zaczęły zauważać, iż ten ból muszą wziąć na siebie zwykli obywatele, bo wszelkie ograniczenia najmniej uderzają tych na górze. Nic zaś tak nie podsyca kontrrewolucyjnych nastrojów, jak poczucie bycia wykorzystywanym, oszukiwanym oraz poświęcanym dla dobra innych. Rozchodzące się już od dawna na Zachodzie drogi miedzy elitami władzy, biznesu i opinii, a zwykłymi obywatelami, za sprawą rewolucji klimatycznej rozchodzą się jeszcze szybciej. W przypadku, gdy obywatele nadal mogą głosować rodzi to niebezpieczeństwo, że w końcu zapragną wybrać sobie zupełnie nowe elity (co w wielu krajach UE już wisi w powietrzu). No chyba, że w imię walki z ociepleniem klimatu zawiesi się demokrację.