Dlaczego nie osadził pan "Halki” w teraźniejszości, przecież teraz system pogardy też funkcjonuje w najlepsze? Bał się pan narazić władzy?

Reklama

Bałem się, że to będzie zbyt łatwe, zbyt dosłowne. Próbuję dostrzec pewne reguły, które nami rządzą, a do tego potrzebuję dystansu, perspektywy. Osadziłem "Halkę” w czasach komunizmu, bo to najlepiej pokazuje, że nie jest winna władza czy konkretna sytuacja polityczna, tylko my – bo pogarda pojawia się w nas w każdych warunkach. Gdybym robił "Halkę” współczesną, natychmiast stałaby się głosem w tych codziennych politycznych sporach, a mnie to kompletnie nie interesuje. Artysta, który w swoim świecie dotyka polityki wprost, zaczyna używać bieli i czerni, i w ten sposób nieuchronnie zamienia się w demagoga, a to w moim rozumieniu zaprzecza sensowi uprawiania tego zawodu. Szukam czegoś innego. Stanie się żołnierzem jednej z armii od zawsze mnie odstręczało.

Pan nie jest tylko twórcą, artystą, pan jest dyrektorem narodowego teatru.

Nie widzę w tym sprzeczności. Dyrektor musi patrzeć znacznie szerzej, wsłuchiwać się w inne postawy, rozumieć nie tylko siebie, ale również innych artystów, po to, aby ukazać możliwie szerokie spectrum. Obowiązuje mnie jedynie żelazna zasada poszukiwania jakości oraz oczywiste skupienie na polskim repertuarze. Za naszej obecności powstał Projekt P. To kryptonim programu wspierania premier debiutanckich oper polskich twórców, dzięki któremu sześciu młodych kompozytorów skomponowało dzieła. Razem z nimi pojawili się nowi scenografowie, choreografowie, reżyserzy. Uformował się cały nowy prąd. Równolegle powstały zamówienia u uznanych twórców, jak Knapik czy Szymański. Ciekawe były próby reaktywacji od lat niegranych utworów, jak "Manru” Pendereckiego, "Erosa i Psyche” Różyckiego czy "Goplany” Żeleńskiego, która dostała nagrodę odkrycia roku na Opera International Award.

Zna pan termin polityka kulturalna Polski?

Na skutek tej tzw. polityki kulturalnej mieliśmy mnóstwo, można powiedzieć, humorystycznych zgłoszeń. Dzwonili do nas różni ludzie, którzy mówili, że mają genialny pomysł na operę, np. "Król Popiel i myszy” czy "Obrona Głogowa”. Powiem całkowicie uczciwie: nie ma znaczenia, czy to jest Król Popiel czy ostatnia książka Olgi Tokarczuk, znaczenie ma muzyka, kompozytor, który pragnie coś opowiedzieć. Opery nie zaczynają się do libretta.

Libretto Olgi Tokarczuk? Czy to jest możliwe?

Tak. Olga napisała już libretto na podstawie jednego ze swoich opowiadań. Opera została wystawiona. Niestety nie u nas, tylko w Krakowie.

CZYTAJ WIĘCEJ W PIĄTKOWYM WYDANIU DGP >>>