Zapewne tamta interpretacja brzmiała zbyt naiwnie, może nawet propagandowo - był wszak koniec PRL. Ludzi zdemoralizowanych bądź głupich dodatkowe lekcje nie muszą uchronić przed grzechem chuligaństwa. Ale była w tym rozumowaniu odrobina racjonalności. Bo lekcje historii to nie tylko wtłaczanie do głowy wiadomości potrzebnych do zdania egzaminów. Dobrze prowadzone mogą odgrywać rolę formacyjną. Uczyć patriotyzmu, poczucia bycia obywatelem świata. Także i poszanowania dla najszerzej pojmowanych dzieł kultury.

Reklama

Warto to przypomnieć dzisiaj - kiedy nowe kierownictwo Ministerstwa Edukacji proponuje, aby kurs historii dla wszystkich poza zdeklarowanymi humanistami kończył się na poziomie pierwszej klasy liceum (uczeń ma wtedy 16, 17 lat). Dwa ostatnie lata nauki mają zostać sprowadzone do kursów przygotowawczych do matury. Matematyk do matematyki, historyk do historii! - zdają się wzywać ministerialni urzędnicy.

Każdy przypomni sobie w tym momencie młodych ludzi, którzy wyboru dokonują w ostatniej chwili. Co z uczniem, który przez półtora roku będzie ślęczał nad matematyką i fizyką mającymi mu utorować drogę na politechnikę, lecz na pół roku przed maturą uzna jednak, że chce być prawnikiem? Jak ma nadrabiać zaległości?

Jak rozumiem, MEN pod kierownictwem Katarzyny Hall proponuje swoistą inżynierię społeczną. Tacy wahający się mają być zmuszani do jak najwcześniejszej decyzji. Wiąże się to z ogólną wizją edukacji stawiającej na masowość, a co za tym idzie - szybką specjalizację. Tendencja jest ogólnoświatowa. Aczkolwiek dopuszcza wiele wariantów - od arcypragmatycznego amerykańskiego, gdzie uczniowie bardzo wcześnie dobierają sobie przedmioty zależnie od potrzeb, po niektóre zachodnioeuropejskie, gdzie ogólnokształcące wykłady pojawiają się jeszcze na studiach. Zgodnie z przekonaniem, że dobrym menedżerom znajomość filozofii nie tylko nie zaszkodzi, ale może pomóc. W czym? W nauce czegoś tak nieuchwytnego jak myślenie.

Ekipa pani Hall chce wybrać model skrajny, na nauce myślenia stawiający krzyżyk. Ze szkodą jednostek hamletycznych, niezdecydowanych, często o najbardziej różnorodnych zainteresowaniach. System będzie preferował superpragmatyczne "cyborgi". Wiedzące bardzo wcześnie (może zbyt wcześnie), czego chcą. Nieskłonne spoglądać na boki.

Ta inżynieria społeczna była w polskich szkołach obecna już teraz, po pierwszej wielkiej reformie, jaką przeprowadził rząd AWS. Owe wszystkie tworzone coraz chętniej w polskich liceach klasy "geograficzno-ekonomiczne" i "kulturowo-językowe" drastycznie redukowały sumę wiedzy wspólnej na rzecz praktycznych umiejętności potrzebnych na uczelni. Do pewnego stopnia było to konieczne, skoro maturę miało zdawać nie 20, ale 80 procent rocznika. Reformatorzy nie zatrzymali się jednak na tym. Z wszystkimi konsekwencjami, z których najważniejszą jest dla mnie otwarte uderzenie w etos inteligencji. W założeniu premiujący nie tylko wiedzę, ale i myślenie.

Formacyjne zadania historii uczącej patriotyzmu czy pogląd, że każdy osiemnastolatek zbliżający się do wieku wyborczego powinien debatować w szkole o życiu publicznym, w które właśnie wchodzi, stają się anachronizmem. Edukacja ma służyć wyłącznie obsłudze rynku pracy. A gdzie kulturotwórcza, gdzie narodowa rola szkół? Chce się ją wyrzucić na śmietnik.

Czy to świadoma myśl Platformy Obywatelskiej, czy godzą się z nią tacy inteligenccy politycy PO, jak Jarosław Gowin, Bogdan Zdrojewski, Rafał Grupiński i wreszcie absolwent historii Donald Tusk? A może to tylko wypadek przy pracy? Dzieło aparatu ministerstwa, którego politycy nie znali i nie przypilnowali, bo przywykli, że o fundamentalnej przyszłości edukacji decydują wszechwiedzący eksperci.

Chciałbym wierzyć, że to drugie. Tyle że takie decyzje rządzą się własnymi prawami. Najważniejszym z nich jest siła bezwładu. Protesty inteligencji, kół akademickich, w które też głęboko wierzę, pokusy majstrowania przy edukacji może zahamują. Ale ich nie powstrzymają. Ba, politycy mogą uznać hasło uwalniania młodych ludzi z kolejnych szkolnych obciążeń za coś popularnego. A że jakiś profesor popiskuje? Jego czas już przecież minął.

Chciałbym być złym prorokiem...

Reklama