Reklama

Bezrobocie w kwietniu skoczyło o 0,3 pkt proc. w porównaniu do marca i wynosi 5,7 proc. To oficjalny komunikat rządu. Pani tym danym nie dowierza i dlatego postanowiła zrobić własne badanie, z którego wynika, że…

Po pierwsze, to nie jest kwestia wiary, tylko elementarnego zrozumienia, że dane z rejestrów urzędów pracy za marzec czy kwiecień niewiele mówią o bieżącej sytuacji na rynku pracy. Potrzeba danych od normalnych ludzi – od pana, tej pani, co przechodzi akurat z pieskiem, i masy innych ludzi w różnych zakątkach kraju. GUS nie jest w stanie teraz rozesłać ankieterów po domach, a wyniki swojego badania telefonicznego planuje opublikować w sierpniu.

To jak robiliście "Diagnozę rynku pracy"? Zdalnie?

Tak, elektronicznie. Zaprosiliśmy do udziału ponad 11 tys. osób. Nadal można dołączyć do badania, wystarczy wejść na stronę www.diagnoza.plus. Nie wiem jak pan, ale ja nie mogę czekać do sierpnia, żeby wiedzieć, jakie są skutki pandemii dla naszego rynku pracy.

I jakie są?

Stopa bezrobocia liczona zgodnie z tą samą metodologią, którą stosowałby w normalnych czasach GUS, wynosi według naszych szacunków ok. 10 proc.

Aż tyle? Ostatni raz notowano w Polsce taką stopę w 2014 r.!

Tak. Tyle że dzisiejsze warunki są zupełnie inne od tamtych, co oznacza, że dyskusja o stopie bezrobocia zasadniczo traci na znaczeniu.

Jak to?

Bezrobocie rozumie się najczęściej jako stan, w którym ludzie w stosownym wieku, niemający zatrudnienia, mogą podjąć pracę, chcieliby i aktywnie jej poszukują. Taka definicja pozwala mierzyć bezrobocie w porównywalny sposób pomiędzy krajami. Zaproponowała ją Międzynarodowa Organizacja Pracy i stosuje ją także GUS, gdy prowadzi badania ankietowe. To zupełnie inne bezrobocie niż mierzone przez urzędy pracy. Tam trzeba spełniać wymogi ustawowe, które nie pokrywają się z kryteriami określanymi przez MOP.

No tak, ale zazwyczaj bezrobocie rejestrowane przez urzędy pracy było wyższe niż to wynikające z badań ankietowych. A u pani jest odwrotnie: bezrobocie dwukrotnie przewyższa to z urzędów pracy!

Tak. Zwykle mniej więcej połowa poszukujących zatrudnienia według badań ankietowych nie zgłasza się w ogóle do urzędów pracy, a inni rejestrują się, choć w praktyce nie mogą podjąć pracy lub jej aktywnie nie szukają. Nawet w normalnych czasach istnieje zatem spora grupa ludzi bezrobotnych, której system urzędów pracy nie widzi. Teraz ta grupa jest ogromna i rośnie szybciej niż liczba tych, którzy faktycznie zarejestrowali się w urzędzie. Liczbę zarejestrowanych bezrobotnych zaniża m.in. strach.

Strach?

Reklama

Zarejestrowanie się w urzędzie pracy wymaga osobistej wizyty. Gdy ludziom się wmawia, że umrą, jak ktoś na nich nakicha, to mało kto wybierze się do urzędu pracy. Do tego wiele z nich pozamykano albo działały w ograniczonym zakresie.

Skoro i tak nie miałyby klientów...

Wiele osób, które straciły pracę, liczy też, że sytuacja wróci do normy i odzyskają ją, zanim konieczność życiowa wymusi staranie się o zasiłek. Najważniejsze w tym wszystkim jest jednak to, że dziś naprawdę trudno mówić o szukaniu pracy, więc kryterium, że trzeba być aktywnym w jej poszukiwaniu, po prostu traci sens. Gdzie jak gdzie, ale w urzędach pracy, to bym się teraz nadmiaru ofert nie spodziewała. A już w szczególności dla zwolnionych z wysokim poziomem kwalifikacji zawodowych. Z tych powodów właśnie „Diagnoza rynku pracy” wykazuje wyższą stopę bezrobocia niż dane z urzędow.

Wasza "Diagnoza" nie tylko pokazuje wyższe bezrobocie niż to rejestrowe, lecz także jego silniejszy wzrost. Minister pracy mówi o 0,2–0,3 pkt proc., a pani o ponad 6 pkt proc. Bezrobocie wzrosło dopiero w wyniku marcowego lockdownu czy już wcześniej?

Trudno powiedzieć, bo wiadomo, że część przedsiębiorców zareagowała jeszcze zanim do gry wkroczył minister zdrowia. Kłopot w tym, że od GUS dowiemy się więcej za około 60 dni, a my o takie szczegóły nie pytaliśmy respondentów, bo ich cierpliwość ma swoje granice.

CAŁOŚĆ CZYTAJ W WEEKENDOWYM WYDANIU "DZIENNIKA GAZETY PRAWNEJ" >>>>