W pierwszych dniach rok 2021 wygląda na pozór zupełnie tak samo, jak 2020 w swych ostatnich. Wszystko kręci się wokół pandemii oraz szczepień. W tym miejscu od razu można dostrzec pęknięcie miedzy dwiema rzeczywistościami.

Reklama

Śmiertelna epidemia jest namacalnie obecna dla przywódców państw, mediów, ekspertów, przytłoczonych nią pracowników służby zdrowia, a także dla jakiś 15 proc. pechowców, którzy wedle statystyk WHO ciężko przechorowują COVID-19. Do tego należy doliczyć bliskie osoby dla ok. 1 proc. (tu znów średnia WHO) nieszczęśników, których koronawirus zabił lub jeszcze zabije. Dla całej reszty społeczeństwa, czyli jego znaczącej większości, odczuwalne jest nie to, że w naszym otoczeniu zadomowił się zupełnie nowy wirus, lecz skutki działań państw toczących z nim wojnę. Zetknięcia z koronawirusem bywają okazjonalne, natomiast z lockdownem są nieustanne.

Nie zgony i statystyki zachorowań, ale lockdown...

Właśnie przede wszystkim tę wojenną codzienność odczuwają na własnej skórze obywatele: Wielkiej Brytanii, Włoch, Francji, Niemiec, czy Polski. Nie statystyki zachorowań lub zgonów są dla nich najważniejsze, lecz głębokość lockdownu. Od liczby kilkuset kolejnych zmarłych na COVID-19 bardziej obchodzi, czy można swobodnie wyjść z domu oraz utrzymać dotychczasowe źródło dochodów. Mówienie tego na głos brzmi fatalnie, lecz tak właśnie wygląda zachowanie ludzkiej zbiorowości. Ludzie prędzej puszczają w niepamięć śmierć ojca niż stratę ojcowizny – zauważał pół tysiąca lat temu Niccolò Machiavelli i niewiele się w tym względzie zmieniło. Nasza sytuacja materialna i perspektywy na przyszłość w dłuższym okresie czasu o wiele mocniej wpływa na to, jak myślimy oraz postrzegamy otaczający świat, niż doniesienia mediów o ofiarach zarazy, zwłaszcza gdy są one anonimowe.

Już tylko to powoduje, że świat: polityków, mediów i ekspertów, czyli ogólnie mówiąc: elit mających wpływ na rzeczywistość, będzie się w 2021 r. krok po kroku oddalał od codzienności reszty ludzi. Zwłaszcza gdy ci - jeśli nie stawiają masowego oporu - wpływ na cokolwiek mają już coraz bardziej iluzoryczny. Pandemia przyśpiesza proces, trwający w Europie Zachodniej od końca ubiegłego stulecia. W jego wyniku ubożejąca oraz kurcząca się klasa średnia stopniowo zatraca zdolność do pełnienia roli „rady nadzorczej”, skutecznie kontrolującej państwo oraz jego elity.

Popularność i wysyp teorii spiskowych

Dziś towarzyszy temu wysyp i rosnąca popularność przeróżnych teorii spiskowych. Racjonalizują one interesami bliżej nieokreślonych, tajemniczych sił to, iż zwycięstwo nad koronawirusem okupione zostanie na Starym Kontynencie trwałym zubożeniem dziesiątków milionów ludzi. Epidemia najpewniej zostanie pokonana w 2021 r., bo łączna suma zarażonych oraz zaczepionych osób przekroczy wymarzony próg odporności zbiorowej. Jednak triumf nowoczesnej nauki (tym jest niewątpliwie tak szybkie opracowanie skutecznych szczepionek) nie scali rozdzielonych światów.

Natomiast dla rządzących elit zachowanie obywateli podczas epidemii będzie kolejnym dowodem na to, iż społeczeństwo to dorosłe dzieci, nad którymi należy roztoczyć nie tylko opiekę, lecz także nadzór. Przecież zamiast przestrzegać nakazów lockdownu ludzie nie potrafią wyrzec się na wiele miesięcy życia zbiorowego. Fakt, iż jest to po prostu niemożliwe, nawet jeśli wprowadzi się godzinę policyjną, przepustki oraz powszechne kontrole, jakoś nie wypływa na percepcję rządzących.

Europa stoi u progu wielkiego eksperymentu

Tymczasem Europa stoi u progu kolejnego, wielkiego eksperymentu. Sprowadza się on do utrzymywania przy życiu dotkniętych pandemią gospodarek, przy pomocy niekończących się transz kredytowych. Sprzedaż obligacji przez poszczególne państwa, programy wykupu papierów dłużnych krajów strefy euro przez Europejski Bank Centralny, czy obecnie aktywowany Fundusz Odbudowy są w zasadzie różnymi obliczami tej samej operacji księgowej. W pierwszym kroku następuje wykreowanie pieniądza przez banki centralne lub rynki finansowe. Następnie trafia on do rąk rządów państw narodowych, lub instytucji UE. Na koniec tenże pieniądz jest dystrybuowany w poszczególnych państwach. To perpetuum mobile ma jedną wadę w postaci zapisu dłużnego, oznaczającego konieczność spłaty zobowiązań.

W dotychczasowej historii świata życie na kredyt, ponad stan posiadania i zdolności kreowania dóbr, przynosiło wcześniej czy później bankructwo. Nowoczesne teorie ekonomiczne dotyczące kreowania przez rządy pieniądza twierdzą, iż takie życie jest jednak możliwe. Niestety stara prawda mówi, że jeśli coś w przyrodzie jest możliwe, to już zaistniało. Jeśli wielki eksperyment się nie powiedzie, wówczas zakończenie będzie wyglądało jak zwykle. Czyli rządy przerzucą koszty porażki na tych, którzy nie są w stanie uciec lub obronić się przed podatkami. Istniejąca przepaść między światami stanie się tak jeszcze głębsza, generując wzrost napięć społecznych. Jednak ich narastanie nie oznacza, iż dotąd rządzący stracą w 2021 władzę.

Rolę prekursora bierze na siebie Francja

Tu rolę prekursora bierze na siebie Francja. Zważywszy, że kraj ten w przeszłości już kilkukrotnie wytyczał ścieżki do przyszłości dla całego Starego Kontynentu warto z uwagą śledzić zachodzące tam zmiany. Przez całą swą prezydenturę Emmanuel Macron uczył się, jak skutecznie pacyfikować opór społeczny. Na początku jego wielkim atutem było to, że dla francuskiego establishmentu, świata biznesu, mediów oraz umiarkowanej części społeczeństwa, był ostatnią nadzieją wobec prącego do zwycięstwa Frontu Narodowego. Nagłe pojawienie się na scenie politycznej Macrona i jego ruchu odebrało Marine Le Pen szansę na przejęcie władzy. Jednocześnie młody prezydent z wielką determinacją zaczął wdrażać głębokie reformy. Ich bolesne konsekwencje wznieciły opór wśród Francuzów. Zwłaszcza koszty polityki klimatycznej w postaci wzrostów cen paliw okazały nie do przyjęcia.

Tak narodził się ruch Żółtych Kamizelek, którego demonstracje paraliżowały V Republikę przez ponad rok. Jednak Macron postawił na swoim, a obywatelom chęci do protestowania sukcesywnie wybijały z głów odziały CRS (Compagnies Républicaines de Sécurité). Brutalność Republikańskich Kompanii Bezpieczeństwa była znana od dawna, lecz za rządów Macrona okazało się, że policyjne oddziały prewencji mogą sobie pozwalać niemal na wszystko. Pod jednym warunkiem - nie zabijają ludzi na ulicach miast. Ten nieformalny układ cieszył się przyzwoleniem mediów oraz partii politycznych. Dopiero podczas epidemii nagłaśniane w Internecie przypadki sadystycznego znęcania się policjantów nad protestującymi, zaczęły kruszyć konsensus. Macron odpowiedział na to ustawą o „globalnym bezpieczeństwie”, uchwaloną na początku grudnia w ekspresowym tempie (po pierwszym czytaniu) przez Zgromadzenie Narodowe. Chroni ona funkcjonariuszy państwowych i jeśli wejdzie w życie (teraz proceduje ją senat), to osobie upubliczniającej film przedstawiający brutalną interwencję policji, grozić będzie 45 tys. euro grzywny plus nawet rok więzienia. Idąc za ciosem w połowie grudnia minister spraw wewnętrznych Gérald Darmanin dekretem nr 2020-1511 nakazał tajnym służbom gromadzenie informacji o „poglądach politycznych, filozoficznych lub przekonaniach religijnych bądź uczestnictwie w organizacjach związkowych” Francuzów.

Trudno to określić inaczej, niż próbą płynnego łączenia republikańskiej demokracji z państwem policyjnym. Jednak znów stara zasada mówi, że w jakimś kraju panuje albo rygor i dyscyplina albo wolność. Jeśli egzekwowana siłą dyscyplina jest faktem, wówczas wolność staje się tylko pozorem. I tak właśnie Europa Anno Domini 2021 dryfuje w stronę rzeczywistości, w której fakty i wyobrażenia, coraz bardziej przypominają dwa równoległe do siebie światy.