Dziennik Gazeta Prawana logo

Niedopasowani do Unii. Polska ma dwa podstawowe problemy [FELIETON]

20 grudnia 2020, 10:26
Ten tekst przeczytasz w 8 minut
Unia Europejska
<p>Unia Europejska</p>/ShutterStock
Polska ma dwa podstawowe problemy. Po pierwsze ani z niej Zachód ani Wschód. Jednocześnie jest zbyta mała na mocarstwo i zbyt duża na bycie popychadłem wielkich. Stąd ciągle nie potrafi odnaleźć swego miejsca w Europie.

Kontynuując wątek z poprzedniej soboty, w którym najwięcej było o Niemcach przemeblowujących Unię Europejską (kto nie czytał zawsze może, bo Internet nie zapomina) na podsumowanie roku pora dotrzeć do sedna. ZOBACZ WIĘCEJ>>> Jest nim znalezienie miejsca dla Polski w Europie. Zwłaszcza, że problem ten będzie już tylko coraz bardziej aktualny i palący. Co gorsza pozostaje on nierozwiązany aż od końca XVII w., gdy Rzeczpospolita Obojga Narodów na własne życzenie utraciła najpierw swą mocarstwową pozycję, a następnie niepodległość. Jej likwidacja przez ościenne mocarstwa zaburzyła wówczas równowagę sił na Starym Kontynencie.

 – zapisał w analizie przekazanej Napoleonowi Bonaparte 28 stycznia 1807 r. Charles-Maurice de Talleyrand.  – podkreślał jeden z najbystrzejszym polityków swoich czasów.

W sumie zniknięcie Polski zainicjowało na Starym Kontynencie dwie dekady ciągłych wojen, które pochłonęły ok. 4 mln ofiar. Po czym ukształtował się nowy stan równowagi, w którym nie było już miejsca dla Rzeczpospolitej. To, że odrodziła się dzięki jego załamaniu za sprawą I wojny światowej, nie oznaczało automatycznej zmiany na lepsze.

Premier Związku Południowej Afryki Jan Smuts w liście z 22 maja 1919 r. do brytyjskiego szefa rządu Lloyda George’a pisał:. W podsumowaniu nazwał II RP „domkiem z piasku”. Tak też postrzegał ją Zachód.

Polska nie będąca mocarstwem stanowiła obszar interesów, który przyciągał uwagę trzech graczy. Niemcy pragnęły odzyskania utraconych terytoriów i ponownego podporządkowania sobie Europy Środkowej. Dla ZSRR ziemie zamieszkane przez Polaków były bramą na Zachód, którą należało wywarzyć siłą. Francja potrzebowała II RP do szachowania Niemiec. Znalezienie sobie miejsca w takiej Europie było jak mierzenie się z kwadraturą koła. Acz Piłsudski sformował bardzo prosta rozwiązanie w jednym zdaniu. Brzmiało ono: Jednak między trafną diagnozą, a skutecznym rozwiązaniem problemu często znajduje się przepaść nie do pokonania. Piłsudski usiłował ją przeskoczyć, grając od razu va banque. Stworzenie na wschodnich rubieżach Rzeczpospolitej federacji państw z nią związanych dawało nadzieję na rozerwanie kleszych niemiecko-sowieckich. Wojny z bolszewikami Marszałek wprawdzie nie przegrał, lecz jesienią 1920 r. w Polsce poza nim już nikt o powstanie federacji walczyć nie zamierzał. Przez następne dwie dekady Polsce pozostało więc rozpaczliwe miotanie się.

Najpierw zwarto pakt z Francją, lecz ta taktowała wschodniego sojusznika nieco gorzej od swoich kolonii w Afryce. Oznaczało to przymus kupowania francuskiego wyposażenia militarnego, monopol dla francuskich firm zbrojeniowych, zgodę na niekorzystne umowy, akceptację afer korupcyjnych z udziałem francuskich inwestorów. Po pięciu latach spełniania każdej zachcianki sojusznika w październiku 1925 r. w Locarno minister spraw zagranicznych Skrzyński tydzień wysiadywał pod salą obrad, gdzie przywódcy Francji, Wielkiej Brytanii i Niemiec korygowali wersalski porządek. Na koniec poinformowano go, że w sygnowanym przez mocarstwa pakcie reńskim ustalono bieg jedynie zachodniej granicy Niemiec. Kwestię granicy z Polską, zgodnie z życzeniem Belina zostawiono otwartą. – zapisał Stanisław Cat-Mackiewicz.

Po dojściu do władzy Piłsudski zerwał sojusz z Francją i krok po kroku doprowadził do zbliżenia z Berlinem i Moskwą. Jako jedyny ratunek dla II RP widząc w balansowaniu między obu mocarstwami. Gdyby jedno zaczęło czegoś żądać, zamierzał go szachować groźbą zbliżenia z drugim. Jednocześnie Marszałek miał bolesną świadomość, iż taki stan równowagi nie da się utrzymywać zbyt długo. Pozostawił więc następcom radę:

Nie mogąc się z tym pogodzić Józef Beck sądził, iż odkrył panaceum na tymczasowość II RP w postaci Międzymorza. Budował je z wielkim uporem wierząc, że jest możliwy trwały sojusz Rumunii, Węgier, Jugosławii i krajów nadbałtyckich pod egidą Polski. W realizacji planów przeszkadzała mu Czechosłowacja, więc na różne sposoby szukał możliwości jej likwidacji. Ostatecznie dokonał tego Hitler za przyzwoleniem zachodnich mocarstw. Akceptując polskie zabiegi o Zaolzie i wspólną granicę z Węgrami. Tyle tylko, że w Warszawie nikt nie chciał w kolejnym kroku trwałego podporządkowania się III Rzeszy. Tego zaś oczekiwał Führer.

Zlikwidowanie Czechosłowacji okazało się więc najszybszą drogą ku likwidacji II RP. W akcie desperacji Beck przyjął gwarancje brytyjskie i odnowił sojusz z Francją. To nie ocaliło Polski, lecz pozwoliło przynajmniej zrealizować testament Piłsudskiego. Zgodnie z nadziejami Marszałka nowy rozbiór Rzeczpospolitej przez III Rzeszę i ZSRR uruchomił ciąg zdarzeń prowadzący do światowej wojny. Niestety jedynie teoretycznie Polacy kończyli ją w obozie zwycięzców. Zachodnie mocarstwa bez żalu oddały Polskę, wraz z innymi krajami Europy Środkowej, Stalinowi.  – oświadczył w Jałcie, zamykając sprawę, prezydent Franklin D. Roosevelt.

Pamięć o zachowaniu sojuszników boli do dziś, a jednocześnie z powszechnej świadomości wyparto być może ważniejszą rzecz. Po 1945 r. w żadnej ze stolic demokratycznych państw Europy Zachodniej nikt na poważnie nie rozważał podjęcia działań mogących pomóc Polsce wydostać się spod rządów, narzuconych przez Kreml. Związek Radziecki wprawdzie stanowił zagrożenie, lecz jednocześnie gwarantował błogi stan równowagi. Znamienne, że gdy narodziła się „Solidarność” realną pomoc zyskała ze strony Stanów Zjednoczonych, natomiast w Europie Zachodniej mogła liczyć jedynie na lewicowe związki zawodowe. Kiedy gen. Jaruzelski wprowadzał stan wojenny kanclerz RFN Helmut Schmitdt kończył właśnie spotkanie z przywódcą NRD Erichem Honeckerem. Zapytany przez dziennikarzy, co sądzi o brutalnej rozprawie władz PRL z „Solidarnością” odparł lakonicznie: . Europie Zachodniej niepodległa Polska nie była do niczego potrzebna, bo kojarzyła się tylko z kłopotami.

Tymczasem minęła ledwie dekada i Związek Radziecki po prostu się rozpadł. Kompletnie tym zaskakując Zachód. Zaś w Europie Środkowej znów zaroiło się od niepodległych państw, z których pozycję naturalnego lidera zdawała się dzierżyć Polska. Acz jedynie na samym początku przemian. Wielkie znaczenie miały tu osobiste przyjaźnie zawiązane na przełomie lat 70 i 80. przez przywódców demokratycznej opozycji z poszczególnych krajów regionu. Znakomicie widać to w materiałach, wybranych do edycji źródłowej pt. „Droga do Wyszehradu. Dokumenty opozycji polskiej i czechosłowackiej 1977–1989” pod redakcją Petra Blažeka, Łukasza Kamińskiego i Grzegorza Majewskiego. Stare przyjaźnie i szczytne idee zaprocentowały tym, że 15 lutego 1991 r., podczas szczytu trzech prezydentów w Wyszehradzie, Josef Antall, Václav Havel i Lech Wałęsa zainicjowali sojusz mający stabilizować Europę Środkową.

Niestety szybko jego rola ograniczyła się do forum konsultacyjnego ubogich krajów, które jak wielki magnes przyciągał bogaty Zachód. Ten z kolei panicznie bał się, że w Europie Środkowej zacznie dziać się to samo, co na Bałkanach po rozpadzie Jugosławii. Rodząca się wówczas Unia Europejska, okazywała więc ogromną otwartość na szybkie zbliżenie, w imię stabilizowania całego kontynentu. Obopólne interesy zaowocowały po 2004 r. wzajemnie korzystnym związkiem. Ale nie okazał się on niezmienny, bo na skutek kryzysów wewnętrznych i zewnętrznych zagrożeń Unia zaczęła ewoluować w stronę federacji skupionej wokół Niemiec. Tymczasem do takiego garnituru niezwykle ciężko przyciąć Polskę.

Pozostałe kraje Europy Środkowej z racji swych małych rozmiarów płyną z prądem zmian. Północ Europy chce dalszej integracji, południe godzi się ze strachu przed bankructwem. Węgry balansują, markując co jakiś czas zbliżenie z Rosją lub Chinami, bo o ich polityce jednoosobowo decyduje wola premiera Orbana. Jedynym państwem, które jasno pokazuje, iż nie wie czego chce, ani ku czemu zmierza jest Polska.

Choć ściśle mówiąc rządzący obóz polityczny pragnie, żeby wszyscy dali III RP święty spokój i poszli sobie w diabły. Pozostawiając na odchodne Fundusz Odbudowy oraz kolejny, unijny budżet. Niestety taki rozwiązanie jest akurat zupełnie niemożliwe. Jednocześnie ani rząd ani tym bardziej większość partii opozycyjnych nie rozważają wychodzenia z Unii. Co do opcji bezapelacyjnego podporządkowania procesom integracyjnym, to symptomatyczny był sondaż dla United Surveys dla DGP i RMF FM tuż przed brukselskim szczytem.

Okazało się, że aż 57 proc. ankietowanych popierało weto wobec unijnego budżetu w przypadku powiązania go z praworządnością. Jedynie niespełna 20 proc. było przeciw. Bezwolnego integrowania się polscy wyborcy po prostu nie przełkną. I tak właśnie prezentuje się nieprzemijający dylemat polskiego niedopasowania. Po eliminacji dróg nie do przyjęcia ostatnią, jaka na koniec pozostaje, to zdobycie się na pełną determinację w staraniach, by zachodzące w Unii zmiany naginać do polskich potrzeb. Jednak osiągnięcie tego wymaga umiejętności pozyskiwania szerokiego grona sojuszników. Co jest temat już na zupełnie inną opowieść.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Tematy: PiSRosjaNiemcyUE
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj