Paryż i korona króla Francji niegdyś były dla Henryka IV warte mszy, dziś dla Jarosława Kaczyńskiego oraz Mateusza Morawieckiego utrzymanie władzy oraz zachowanie szansy na wygranie kolejnych wyborów są warte nawrócenia na „praworządność”.

Reklama

"Uczciwy makler". Niemcy dziś niczym kiedyś Bismarck

Może okazać się to całkiem proste, bo na zachętę kanclerz Angela Merkel zaoferowała im odpuszczenie starych grzechów i dwa lata na przeprowadzenie rachunku sumienia, by potem z czysta kartą wejść w nową rzeczywistość. Do tego bowiem sprowadza się kompromis, jaki zaakceptował polski rząd jeszcze przed unijnym szczytem w Brukseli. W zamian Warszawa przyjęła do wiadomości, że Unia Europejska nie jest już tą samą organizacją o członkostwo w której Polska wystarała się kilkanaście lat temu. Dawne stowarzyszenie równoprawnych partnerów, bo główni gracze: Niemcy, Francja i Wielka Brytania równoważyli swe wpływy, zamienia się w federacyjny związek. Zaś rolę jedynego zwornika oraz „uczciwego maklera” odgrywają w nim Niemcy.

Kanclerz Merkel musiała być uważną czytelniczką biografii jej wielkiego poprzednika Otto von Bismarcka, skoro na koniec kariery wciela w życie to, o czym kiedyś marzył Żelazny Kanclerz.

Jestem gotów, do roli uczciwego maklera, który jest zdolny prowadzić korzystne dla wszystkich interesy – oświadczył w Reichstagu 14 marca 1878 r. Bismarck. Tak rozpoczynając swoją chyba najbardziej mistrzowską z rozgrywek. Na jego zaproszenie przybyli do Berlina reprezentanci państw zaangażowanych w konflikt na Bałkanach. Po wspaniałych zwycięstwach nad wojskami tureckimi armia rosyjska stała u wrót Konstantynopola, lecz Francja, Wielka Brytania i Austro-Węgry nie chciały upadku Turcji. Szykowały się do zbrojnej rozprawy z Imperium Romanowów. Kanclerz, który wcześniej poprowadził Prusy do trzech zwycięskich wojen i zjednoczył Niemcy pod berłem Hohenzollernów, odegrał wówczas rolę, jakiej nadał nawę: „uczciwy makler”.

Bismarck w zaledwie miesiąc przemeblował Europę

Oznajmił Europie, że niczego bardziej nie pragnie niż pokoju oraz korzyści dla wszystkich. Jako, że II Rzesza zajmowała miejsce w samym sercu Starego Kontynentu, wziął na siebie rolę negocjatora wyrzekającego się roszczeń terytorialnych i niczego nie żądającego dla ojczystego państwa. Genialność Bismarcka zasadzała się na umiejętności konsekwentnego wypracowywania dla swojego kraju trudno zauważalnych zysków strategicznych. Na Kongresie Berlińskim namówił przywódców pozostałych mocarstw, by zaakceptowały anektowanie Bośni i Hercegowiny przez Austro-Węgry. Tym zainicjował trwały sojusz Berlina z Wiedniem. Znajdujący się pod władzą Turków Tunis musiał otworzyć się dla francuskich kupców. Dzięki czemu już wkrótce ważniejsza dla Francji od odzyskania Alzacji i Lotaryngii utraconych na rzecz Niemiec, stała się kolonizacja Afryki. Z kolei Cypr z rąk tureckich przeszedł w brytyjskie.

Osłabiało to związek Imperium Osmańskiego z Londynem, natomiast flota brytyjska zyskiwała bazę pozwalającą skuteczniej szachować marynarkę rosyjską. Z kolei Rosja musiała się pogodzić z utratą większości zdobyczy wojennych, lecz Bismarck odpowiedzialność za to przerzucił na Wielką Brytanię i Francję. Jednocześnie kanclerz uchronił Imperium Romanowów przed zbrojną interwencją zachodnich mocarstw, zyskując tak dozgonną wdzięczność cara Aleksandra II. Najzabawniejsze, że nawet Turcy uznali Żelaznego Kanclerza za opiekuna, choć rozdawał na prawo i lewo ich ziemie. W zaledwie miesiąc „uczciwy makler” przemeblował Europę tak, że to Niemcy stały się kluczowym mocarstwem Starego Kontynentu.

Przemeblowanie Europy w dobie koronawirusa

Współczesne przemeblowanie przebiegło trochę wolniej i inaczej. Okazję do niego przyniosła nie wojna, lecz zaraza. To ona ostatecznie znokautowała Francję i sprawiła, że w Unii Europejskiej zostało już tylko jedno mocarstwo. W tym momencie kanclerz Merkel ze zręcznością i umiarem wzięła na siebie rolę „dobrego maklera”. Rządy krajów północy, gdzie wyborcy z trudem znoszą świadomość dotowania państw południa i wschodu kontynentu (choć są one dochodowymi rynkami zbytu) otrzymały „mechanizm praworządności”. Dzięki temu: Holandia, Szwecja, Dania, Belgia, Finlandia zyskały poczucie, iż w razie kłopotów będą mogły odciąć od funduszy zbyt uciążliwy kraj z południa lub też Europy Wschodniej. Z jakich powodów mogłoby to nastąpić jest rzeczą uznaniową, bo definicją praworządności można objąć dosłownie wszystko. Zwłaszcza, jeśli swobodnej interpretacji dokona większość kwalifikowana w Radzie Unii Europejskiej.

Z kolei: Włochom, Grecji, Hiszpanii, Portugalii i słabnącej w oczach Francji zapewnił Berlin Fundusz Odbudowy, chroniąc przed bankructwem oraz dając nadzieję na przyszłość. Polsce i Węgrom otworzyła kanclerz Merkel drogę do olbrzymich pieniędzy i zagwarantowała czasową ochronę przez „mechanizmem praworządności”. Jednak, gdy zostanie on za jakiś czas (ponoć za dwa lata) przyklepany przez TSUE, wówczas de facto od dobrej woli Berlina będzie zależało, czy owa „strzelba wisząca nad kominkiem” zostanie użyta. Czy też będzie sobie jedynie wisieć. Nota bene gołym okiem widać, że od przywracania praworządności w Polsce okaże się ona dużo użyteczniejsza do dyscyplinowania makabrycznie zadłużonych krajów południa UE, kiedy przyjdzie tam pora cięć budżetowych i zaciskania pasa.

Tak leżące w centrum Starego Kontynentu Niemcy stały się jedyną osią, na której opiera się spójność całej Unii. Jak na „uczciwego maklera” przystało bronią północ przed finansową zachłannością południa. Opiekują się południem, broniąc go przed skąpstwem północy. Dają wreszcie gwarancje bezpieczeństwa nowym krajom Unii ze wschodu, chroniąc przed egoizmem starych państw UE. Idealny model do prowadzenia polityki nazywanej przez Rzymian - divide et impera. Najlepiej za pośrednictwem Brukseli, bo „uczciwy makler” musi dbać o czyste ręce, inaczej straci zaufanie podopiecznych.

30 lat "historycznego zacisza" dla Polski dobiegło końca

Nowy stan równowagi w UE może utrzymać się przez dekady pod dwoma warunkami. Po pierwsze Niemcy potrzebują wsparcia Stanów Zjednoczonych, ponieważ same na dłuższą metę nie udźwigną gaszenia konfliktów między członkami UE oraz ekonomicznych wstrząsów, nieuchronnych w najbliższych latach. Po drugie - co ważniejsze - jeśli kolejni kanclerze z powodu nadmiaru władzy stracą umiar i wyjdą z roli „uczciwego maklera”, Unię rozsadzą trawiące ją sprzeczności. Tymczasem za niecały rok w Niemczech odbędą się wybory, a Angela Merkel obiecała, iż rządzi ostatnią kadencję.

Tak czy inaczej, trwające aż trzydzieści lat „historyczne zacisze” jakim mogli nacieszyć się Polacy (choć zupełnie go nie doceniali) dobiegło końca. Już teraz państwo polskie przechodzi pierwszy z crash testów w postaci epidemii. Wkrótce nadejdą następne, ponieważ w nowym układzie sił kształtującym się w UE, trzeba się będzie jakoś odnaleźć. Zarówno wówczas, gdy Unia podąży w stronę federacji budowanej wokół Niemiec lub (co także jest możliwe) w stronę rozpadu.

Tymczasem, jeśli myśleć o przyszłości Polski, jedyne co wyraźnie widać, to jej słabości. Nieciekawe położenie geograficzne i rachityczna armia to nic nadzwyczajnego. Taki stan rzeczy trwa przecież od stuleci. Podobnie przedstawia się kwestia elit politycznych oraz ich zdolności do zawierania sojuszy ponad podziałami w nadzwyczajnych momentach. Walka polityczna jaka trwała przez ostatnie miesiące, gdy Jarosław Kaczyński i premier Morawicki blefowali, iż chcą wetować unijny budżet, aby zyskać lepsze pozycje negocjacyjne, najlepiej pokazuje możliwości osiągania konsensusu między rządzącymi a opozycją. Nawet strategiczne kwestie w polityce zagranicznej stają się szybko elementami wewnętrznej rozgrywki o władzę. Ci co przegrywają, automatycznie szukają sojuszników za granicą.

III RP uzależniona od unijnych funduszy

Poza tym stopień wzajemnej nieufności jest ogromny, a szczególnie w łonie obozu władzy. Każde wyzwanie na niwie polityki zagranicznej generuje więc kryzys rządowy. Czym skończy się obecny (bo przecież Zbigniew Ziobro musi jakoś dowieść, że nie jest „miękiszonem”), wkrótce się przekonamy.

Doskonale stało się widoczne jak bardzo III RP jest już uzależniona ekonomicznie i psychicznie od unijnych funduszy. Sama groźba ich odcięcia skutecznie pacyfikuje opór. Natomiast faktyczne odcięcie przyniosłoby niechybnie kryzys polityczny. Na to nakłada się kompletny brak zaufania społeczeństwa do władzy i vice versa. Poza tym, gdy rządzi PiS, co najmniej jedna trzecia aktywnych wyborców uznaje, że nie jest to ich rząd, lecz są to władze okupacyjne. Gdy będzie rządził ktoś inny, twardy elektorat Prawa i Sprawiedliwości przyjmie dokładnie taką samą postawę.

Co do tego jak funkcjonują kluczowe instytucje państwa, niezbędne do stawienia czoła zagrożeniom podobnym do wojny, czyli: administracja, policja, służba zdrowia, etc., każdy może to śledzić na bieżąco do końca epidemii.

Listę słabości III RP można mnożyć. Ich suma powoduje, że zaakceptowany w Brukseli kompromis był dla przywódców rządzących Polską jedyną, możliwą opcją. Każdy inny wybór oznaczał pożegnanie się za jakiś czas z władzą. Następcy i tak by kompromis przyjęli. Jeśli więc Polska szybko się nie ogarnie, pozostanie jej już tylko dryfowanie z prądem. A raczej nie ogarnie. Dlatego na pytanie, czy przetrwa nadchodzące dwudziestolecie, możliwa odpowiedź brzmi zgodnie ze staropolskim porzekadłem: „jak Bóg da”.