Kolejne wiadomości, jakie ostatnio zaczęły się kumulować, coraz bardziej przypominają starą baśń. Nie do końca zapomnianą, bo pokolenie „60 plus” nadal darzy ją sporym sentymentem. Owe wspomniane wiadomości brzmią następująco. Wprawdzie do liczby miliona wyprodukowanych w Polsce sztuk „narodowego samochodu elektrycznego” nadal brakuje okrągłego miliona, lecz tydzień temu ogłoszono, że: „trwają ostatnie analizy terenów w Jaworznie i Rudzie Śląskiej pod budowę fabryki, w której produkowane będzie polskie auto elektryczne Izera”. Jak zaznaczył dyrektor ds. uruchomienia produkcji w ElectroMobility Poland Cyprian Gronkiewicz, to wyjątkowo ważna decyzja. A skoro ważna to na pewno jeszcze trochę na nią poczekamy. Podobnie jak na obiecany prom.

Reklama

W dniu 23 czerwca 2017 na pochylni „Wulkan” w Szczecińskim Parku Przemysłowym odbyło się uroczyste położenie stępki pod budowę promu pasażersko-samochodowego. Statek zamierzała na zlecenie rządu budować Morska Stocznia Remontowa „Gryfia”.

Zapowiedziana w strategii na rzecz odpowiedzialnego rozwoju produkcja wyspecjalizowanych jednostek o wysokiej wartości dodanej staje się faktem. Batory znów wypływa na szerokie wody – ogłosił podczas uroczystości wicepremier, Minister Rozwoju i Finansów, Mateusz Morawiecki. Na stronie rządowej ujawniono wówczas nawet, że ów nowy „Batory: „będzie miał długość 202,4 m i szerokość 30,8 m. Przy zanurzeniu projektowym (6,3 m) będzie osiągał prędkość 18 węzłów. Nowa jednostka pomieści na swoim pokładzie siedemdziesięcioosobową załogę oraz 400 pasażerów.” Minęły trzy lata rdzewienia stępki i w tym tygodniu „Gryfia” rozpoczęła pozbywanie się swego oddziału w Świnoujściu, dając wypowiedzenie 200 pracownikom. Jej szefostwo ciężko pracuje też, jak wymigać się przy okazji od obowiązku zbudowania nikomu niepotrzebnego promu.

Z innych inwestycji to - graficzna wizualizacja Centralnego Portu Komunikacyjnego ma się znakomicie, a jak poinformował w tym tygodniu pełnomocnik rządu ds. CPK Marcin Horała rozpoczęto: „program dobrowolnych nabyć ziemi” pod jego budowę. Potrwa on do roku 2023, a potem po kolejnych wyborach, zobaczy się co dalej. Możliwe, że ogromne załamanie w branży lotniczej jakie przyniosła pandemia, zaowocuje „rządowym programem odsprzedawania ziemi nabytej pod CPK”. Ewentualnie postawi się na niej pierwszą, narodową elektrownię atomową, bo jak ogłosił w tym tygodniu na Twitterze Antoni Macierewicz: „do 2043 powstanie bełchatowska elektrownia jądrowa, która zapewni stabilność w regionie i zatrudnienie!”. Ten końcowy okrzyk radości był najwyraźniej skierowany do wyborców z leżącego nieopodal Bełchatowa Piotrkowa Trybunalskiego, gdzie znajduje się okręg wyborczy posła Macierewicza. Tu należą się byłemu ministrowi obrony narodowej szczere słowa uznania. Naprawdę rzadko który poseł potrafi załatwić swym wyborcom elektrownię atomową.

Z kolei poseł i jednocześnie wiceminister aktywów państwowych Janusz Kowalski, obiecuje wyborcom na Twitterze nieograniczone możliwości zadłużania się III RP. „Własny fundusz, większy i efektywniejszy - np. 110 mld zł, bez nowych podatków, bez żyrowania długu dla innych państw, skrojony idealnie dla gospodarki” – ogłosił w tym tygodniu. Zachęcając, by zamiast korzystać z Funduszu Odbudowy UE olać Brukselę wraz z Berlinem i brać kredyty na rynkach finansowych, póki bez problemu można je dostać. Jako, że w tym roku w powodu pandemii Polska zadłuży się i tak na ok. 200 mld złotych, to dodatkowa stówa nie powinna robić różnicy. Jak mawiają specjaliści od kredytów: „nie liczy się wysokość długu, lecz posiadana płynność finansowa”.

I w tym właśnie momencie pora przejść płynnie do starej baśni. Można ją zacząć od momentu, gdy przemawiając 21 lutego 1972 r. na wiecu w Katowicach Edward Gierek obiecał solennie Polakom, że: „Polska będzie rosła w siłę, a życie jej obywateli będzie dostatniejsze i kulturalniejsze”. Pierwszy Sekretarz KC zdawał sobie sprawę, że rządzi krajem biednym i zacofanym. Razem z doradcami przygotował więc plan wielkiego skoku cywilizacyjnego. Za wzór do naśladowania obrano Japonię, która dzięki bardzo aktywnemu zaangażowaniu państwa w zarządzanie ekonomią dogoniła Zachód. Jak zapisał we wspomnieniach, będący wówczas głównym doradcą ekonomicznym Gierka Zdzisław Rurarz, gonienie krajów kapitalistycznych zaczęto od zaciągnięcia wielkich kredytów w zachodnich bankach oraz od ideowo wrogich rządów. Wcześniej przekonano się bowiem, że nawet w realnym socjalizmie trudno zbudować coś trwałego i zyskownego za dodrukowaną w kraju gotówkę. Twarda waluta okazywał się niezbędna do zakupu nowoczesnych technologii, urządzeń przemysłowych, maszyn, części zamiennych. W teorii sprowadzone do Polski linie produkcyjne winny wytwarzać atrakcyjne towary. Dochodami z ich eksportu zamierzano spłacić długi, a przy okazji podbić światowe rynki. W 1972 r. założono, że Polska, dzięki wielkim inwestycjom sfinansowanym z kredytów, osiągnie przez dekadę średni wzrost gospodarczy w wysokości ok. 10 proc PKB rocznie.

Równie imponująco prezentowały się plany inwestycyjne. Na mapie wytyczono trzy autostrady przecinające kraj, dwie z zachodu na wschód i jedną z Katowic do Gdańska. Tam z kolei znaleziono miejsce na nowy Port Północny i Rafinerię Gdańską. Do nich z Górnego Śląska poprowadzono Centralną Magistralę Kolejową. Tak, by węgiel i inne surowce jak najszybciej trafiały na statki. Przy starych i nowych szlakach komunikacyjnych zaplanowano budowę nowych dworców (z Dworcem Centralnym w Warszawie, na czele), zakładów przemysłowych i elektrowni. W miastach brakowało mieszkań, zdecydowano więc, iż będzie powstawało 400 tys. lokali mieszkalnych rocznie.

Jednocześnie Edward Gierek zamierzał sprawić, że zwykli Polacy szczerze go pokochają. W latach 1970 - 75 średnie płace w PRL wzrosły o ponad 40 proc. Do tego dodano wiele bonusów. Kobietom wydłużenie płatnych urlopów macierzyńskich do 18 miesięcy, rolnicy zyskali prawo do państwowych emerytur, osoby zatrudnione w państwowym sektorze zwolniono z podatku dochodowego. Dzięki systemowi spółdzielni mieszkaniowych, każdy wpłacający składki, miał w ciągu dekady doczekać się własnego lokum. Jednak po pięciu latach okazało się, że aparatowi państwa dużo lepiej wychodzi dystrybucja socjalu od dokończenia jakiejkolwiek inwestycji. Zaś te przynoszące dochody okazują ewenementem.

Udał się więc znakomicie Port Północny, ale z autostradami już nie wyszło. Za miliard dolarów wzniesiono Hutę Katowice, lecz wytapiała ona przede wszystkim surówkę, której odbiorcą był Związek Radziecki płacący rublami transferowymi. Nawet Fabryka Samochodów Małolitrażowych, która powstała dzięki licencjom kupionym od włoskiego koncernu Fiat, nie spełniła pokładanych w niej nadziei. Wprawdzie sprzedawany od 1975 r. za granicę Fiat 126 p trafiał do ok. 30 krajów, lecz głównymi odbiorcami były: Sri Lanka, Bangladesz, Zair i Indie. W bogatszych państwa przegrywał konkurencję ze stale udoskonalanymi modelami aut produkowanych przez koncerny: niemieckie, francuskie, czy japońskie. Trwająca wiele lat próba podboju rynku holenderskiego zakończyła się znalezieniem nabywców dla 510 „Maluchów”.

Tymczasem na bieżąco musiano spłacać odsetki od 20 mld pożyczonych dolarów. Do 1974 r. szło nieźle, aż z powodu kryzysu naftowego gospodarkę Zachodu dotknęła wysoka inflacja. Banki centralne, a następnie komercyjne zaczęły szybko podnosić stopy procentowe. Płynność finansowa jest rzeczą względną i może się urwać z miesiąca na miesiąc, gdy nagle raty znacząco rosną, a dłużnik nie potrafi zwiększyć swych przychodów. Działo się to w momencie, gdy ekipa Gierka miotała się na wielkim placu budowy, gdzie rozgrzebanych inwestycji nie dawało się łatwo ukończyć. Zwłaszcza, że zarządzanie nimi przez państwowych urzędników owocowało głównie bałaganem i malwersacjami. Przez następne pięć lat Gierek i jego ludzie walczyli z powoli zaciskającą się pętlą na szyli PRL-u. Na spłacanie odsetek brano nowe kredyty, wymuszano oszczędności na społeczeństwie, próbowano podnosić ceny oraz eksportować, co tylko się dawało sprzedać, byle pozyskać walutę.

Gdy w 1979 r. bankructwo stawało nieuchronne, zaciągano od zachodnich wierzycieli kredyty na spłacanie kredytów zaciągniętych na spłatę odsetek. „Wiem, że zaciągamy kredyty z dnia na dzień i to bardzo wysoko oprocentowane. Są takie dni, kiedy musimy spłacić 120 milionów dolarów” – zapisał pod datą 2 lutego 1979 r. w dzienniku Mieczysław F. Rakowski. Ostatecznie między rokiem 1972 a 1980 Polska spłaciła wierzycielom 65 mld dolarów należnych odsetek. Po czym zbankrutowała. W tym momencie zostało jeszcze 20 mld USD do spłacenia. W ciągu następnej dekady ów dług urósł do 40 mld.

Reklama

Dziś tak drobne kwoty wydają się śmieszne, bo III RP może się pochwalić wielokroć wyższą zdolnością kredytową. Możemy więc jeszcze długo rekonstruować sobie najfajniejsze elementy gierkowszczyny. No chyba, że nagle skończą się czasy ujemnych stóp procentowych i nie tylko w Polsce ale i na Zachodzie powróci inflacja.