„To jest początek końca” – rzucił cierpko Charles-Maurice de Talleyrand, gdy usłyszał o wyniku bitwy pod Borodino. Cóż z tego, że Napoleon znów triumfował i nic już nie mogło go powstrzymać przed wkroczeniem do Moskwy. Na polach pod Borodino leżało martwych 40 tys. żołnierzy Wielkiej Armii, z Moskwy pozostały spopielone zgliszcza, nie dające schronienia tym, którzy przeżyli, a z głębi stepów nadciągała śmiertelnie mroźna zima. Talleyrand zbyt długo zajmował się polityką i dyplomacją, żeby nie wiedzieć, co to oznacza dla cesarza, a także Francji. Dziś w Polsce również czuje się wręcz przez skórę wszechobecny „początek końca”. Zwiastuje on zmierzch III RP, a przy okazji koniec obiecanego niegdyś przez prawicę projektu IV RP. To oznaczałoby początek zupełnie czegoś nowego, lecz nim coś się zacznie, zazwyczaj najpierw kruszą się i upadają filary starego porządku. Tej właśnie prawidłowości jesteśmy świadkami.

Reklama

Najstarszym z filarów jest Kościół katolicki. Instytucja, która przez cały XX wiek odgrywała ogromną rolę jako nieodłączny element polskiej niepodległości, suwerenności i tożsamości narodowej. Obecna katastrofa Kościoła, gdy gruzy walą się wprost na głowy zdezorientowanych wiernych, wygląda jak zamknięcie całego rozdziału historii. Czterdzieści lat temu w czasach „Solidarności”, buntujący się przeciwko komunistycznemu reżymowi Polacy, widzieli w Kościele opoką. Stał się on w PRL de facto kościołem polskim, z polskim papieżem, który stanowił o narodowej dumie. Ten stan rzeczy nie znikł zaraz po upadku komunizmu. Gdy Jan Paweł II umierał, cała Polska pogrążyła się w szczerej żałobie.

Aż trudno uwierzyć, że działo się to zaledwie 15 lat temu. Jednak ówczesne zjednoczenie w smutku wierzących i niewierzących nie było triumfem Kościoła, lecz jego Borodino, ponieważ ludzie okazywali wówczas swój szacunek świętości. Trudno im więc zdzierżyć, gdy kilkanaście lat później dowiadują się, że spadkobierców JP II, z jego osobistym sekretarzem na czele, najbardziej pociągało nie zbawienie duszy, lecz siedem grzechów głównych i to aż do utraty tchu.

Dziś lista hierarchów uwikłanych w związki homoseksualne, afery pedofilskie, oskarżanych o molestowanie kleryków z każdym dniem staje się coraz dłuższa. Totalnie pogubiony episkopat zachowuje tak, jakby już niczego nie rozumiał, a na pewno brak mu pomysłów na ugaszenie pożarów. Najważniejszymi symptomami jak jest źle wcale nie są seryjne afery, regularnie nagłaśniane przez liberalne media, ani też filmy braci Sekielskich, czy „Kler” Wojciecha Smarzowskiego. Sygnały, że „początek końca” już trwa, to: agresja młodych ludzi, gotowych dewastować kościoły, potępienie hierarchów przez osoby szczerze wierzące, jak Tomasz Terlikowski oraz deklaracje samozwańczych obrońców wiary. „Kościół w Polsce musi się oczyścić w ogniu prawdy i sprawiedliwości” - oświadczył na początku Marszu Niepodległości 2020, aspirujący do roli spadkobiercy Dmowskiego, poseł Robert Winnicki. W razie odmowy samooczyszczenia z niemoralnie prowadzących się kapłanów, obiecał: „to nie lewica będzie was usuwać, to my was będziemy usuwać. Won gorszycielom, won lawendowej mafii z Kościoła”.

Na naszych oczach jeden z filarów politycznych III RP, z którym układy i interesy miała każda partia będąca przy władzy (niezależnie czy było to lewicowe SLD, AWS, PSL, PO, czy oczywiście PiS) chwieje się. Kościół atakują z różnych stron: lewica, coraz bardziej antyklerykalni liberałowie, zbuntowana młodzież, buntujący się księża, media i nawet ostentacyjnie broniący świątyń narodowcy. Ostatnią ostoją są milczący w swej masie wierni, lecz ich cierpliwość ma swoje granice. Nie muszą się buntować. Wystarczy, że odejdą.
Gdy Kościół sypie się za sprawą grzeszności jego przedstawicieli, czego dopiero będzie szczerze żałować, drugi z filarów wywraca pandemia. Jest nim system polityczny III RP, jaki ukonstytuował się około 15 lat temu, opierając na dwóch, wrogich obozach politycznych. Nim nadciągnął koronawirus demontaż filaru rozpoczął Jarosław Kaczyński sukcesywnie udowadniając, że nie ma możności istnienia w Polsce instytucji państwa niezależnych od woli osób skupiających w swym ręku władzę wykonawczą.

Można toczyć spory, na ile autonomiczne pozostają obecnie: Trybunał Konstytucyjny, Sąd Najwyższy, sądy, prokuratura, czy media publiczne (w ich przypadku jest to pytanie retoryczne). Jednak w oczach wyborców sprowadzono je już do roli narzędzi władzy wykonawczej. Zaś jej najważniejsze nici trzymał w swym ręku przez ostatnie lata prezes PiS.
Sukcesywne zawłaszczenie instytucji przez obóz władzy miało służyć budowie IV RP. Tymczasem zaczyna oddziaływać na państwo tak, jak sekretne życie kardynała Dziwisza na pamięć o Janie Pawle II. Za sprawą epidemii proces dekonstrukcji nie zatrzymał się na instytucjach, lecz płynnie przeniósł na Zjednoczoną Prawicę. Nie mamy już jednorodnego obozu władzy. Obecnie są ci, co wiernie trwają przy prezesie, a obok nich własną grę prowadzą: gowinowcy, ziobryści, buntownicy, którzy poszli za byłym ministrem rolnictwa Ardanowskim oraz koniunkturaliści, umierający ze strachu przed pójściem na dno.

Na dokładkę w pół roku Jarosław Kaczyński kolejnymi pociągnięciami zdemontował swój mit znakomitego stratega, potrafiącego przewidywać wydarzenia na scenie politycznej pięć ruchów do przodu. Ostatecznie złożył go do trumny, prowokując wybuch społecznych protestów, gdy „odkrycie towarzyskie prezesa”, Julia Przyłębska zadbała, by TK nagle zajął się aborcją. Władza przetrwała wielką falę demonstracji i może uznać się za zwycięzcę, lecz koszty tego są jak po Borodino.

Społeczne niepokoje, gospodarcza recesja, konieczność gigantycznego zadłużania kraju, epidemia, walki w obozie władzy i upadek autorytetu wodza – wyliczać czynniki kruszące drugi filar można coraz dłużej. Mowa o całym filarze, a nie tylko obozie władzy, ponieważ ewentualny upadek Zjednoczonej Prawicy ma szansę dramatycznie sparaliżować funkcjonowanie zbyt mocno z nią związanych instytucji państwa.

Kiedy więc: instytucje, rząd i Kościół, przestają pełnić rolę filarów III RP, pozostaje jeszcze opozycja oraz społeczeństwo obywatelskie. Gdyby któraś z tych sił odnosiła ostatnio jakieś sukcesy, wówczas łatwo byłoby określić, czego początkiem będzie, zaczynający się właśnie koniec.

Szkopuł w tym, że jak na razie widać tylko przegranych. Największymi sukcesami PSL i Platformy jest to, że trwają. Ruch społeczny Rafała Trzaskowskiego, obiecywana „neosolidarność”, ma już swój grób nim się narodził. Zresztą poród się przeciągał, bo lider najpierw odpoczywał na wakacjach, a potem zaskoczyła go jak zawsze ta sama oczyszczalnia ścieków. Na dokładkę Koalicję Obywatelską czeka walka z Szymonem Hołownią o tę samą grupę wyborców.

Narodowcom marzyło się zajęcie miejsca PiS-u, ale po drodze przydarzył się Marsz Niepodległości. To, jak przebiegał sprawia, że przeciętny polski wyborca będzie wolał podciąć sobie żyły niż zagłosować na jego uczestników. Margines polityczny z jakiego, dzięki powstaniu Konfederacji, udawało się środowiskom narodowym wydźwigać po 11 listopada, powiedział im z uśmiechem „witajcie ponownie kochani”. Z kolei lewica pod szyldem Ogólnopolskiego Strajku Kobiet z takim zapałem usiłowała zawłaszczyć dla siebie i swoich celów społeczne protesty, że ich uczestnikom przestało chcieć się wychodzić na ulice. Podobnie jak w przypadku narodowców sondaże dość jasno wskazują, że charyzmatyczne liderki buntu mogą prędzej liczyć na masowe podcinanie żył niż głosy wyborców. Co do społeczeństwa obywatelskiego, w Polsce jest ono nadal jak Yeti. Wszyscy o nim słyszeli, lecz jakoś nikt na co dzień go nie spotyka.

Reklama

Wokół widzimy więc rosnący chaos, natomiast jakiegokolwiek początku zupełnie nie daje się dostrzec. No poza oczywiście początkiem końca.