Ucieczka od rzeczywistości trwa w Polsce już wiele lat, lecz ostatnio nabiera tempa. Wygląda ona niczym prolog w najnowszej książce Piotra Zychowicza „Germanofil”. Jej bohater Władysław Studnicki dociera do Berlina z żądaniem audiencji u samego Adolfa Hitlera, by zmusić go do zaprzestania eksterminacji Polaków oraz zawarcia porozumienia o utworzeniu w Warszawie rządu kolaboracyjnego. Przełomowi w relacjach polsko-niemieckich zapobiega w ostatniej chwili Gestapo, aresztując Studnickiego. Ten do końca szczerze wierzy (wraz z autorem swej biografii), iż gdyby tylko wódz III Rzeszy spotkał się z nim twarzą w twarz, doznałby olśnienia. Najpierw chwycił za serce, potem za głowę, a następnie wykrzyknął: „Mein Gott, ale ze mnie głupi, austriacki pacykarz, że do tej pory nie słuchałem przemyśleń tego geniusza!”. Na koniec zaś uczynił Studnickiego szefem polskiego rządu, by wspólnie ruszyć z nim na Stalina, rozciągając granice odrodzonej Rzeczpospolitej aż po Morze Czarne. Po wojnie zaś polscy ziemianie na Kresach wiedliby sielankowy żywot w swych dworkach. Niestety, głupie Gestapo wszystko zepsuło.

Reklama

Najżywsza z intelektualnych debat prawicy staje się z roku na rok coraz gorętsza. Ostatnio przeciwnicy zawierania sojuszu z Hitlerem (choć on już dawno w zaświatach) zyskali nowe argumenty dzięki książce „Sowieci nie wchodzą” Tymoteusza Pawłowskiego. Autor snuje w niej wizję powstrzymania niemieckiej ofensywy we wrześniu 1939 r. na przedpolach Lwowa oraz tzw. przedmościa rumuńskiego. Rozbite podczas odwrotu polskie dywizje znów odzyskałyby zwartość i stawiły twardy opór do czasu, aż na zachodzie ruszyłaby francusko-brytyjska ofensywa. Niestety głupi Związek Radziecki wszystko 17 września zepsuł.

Oczywiście można próbować przekonywać uczestników debaty, że długotrwałe przelewanie z pustego w próżne niczemu nie służy. Przecież w II RP ani jeden cokolwiek znaczący polityk w obozie sanacyjnym oraz wśród stronnictw opozycyjnych nie opowiadał się za sojuszem z Hitlerem. Taka ewentualność nie przechodziła przez myśl ani elitom intelektualnym, ani też kulturalnym. Jedynym, który planował przymierze z III Rzeszą był Studnicki. Cały szkopuł polegał na tym, że nawet znajomi mieli go za nieszkodliwego wariata. Już bardziej jest prawdopodobne współcześnie, że Janusz Korwin-Mikke doprowadzi do zawarcia przez Polskę sojuszu z putinowską Rosją niż ówczesny alians z Hitlerem. Podobnie niemożliwe było, żeby Stalin 17 września zrezygnował z uderzenia i aneksji wschodnich ziem II RP.

Mimo to debata - jak najlepiej zmienić niemożliwą do zmienienia przeszłość trwa w najlepsze. W opinii jej uczestników służy to wyciąganiu wniosków na przyszłość. Ale, że nie wiemy co ona przyniesie, lepiej się nią nie zajmować. Po co podejmować ryzyko, iż fakty obnażą błędne założenia lub prognozy. Tworzenie planów, jak wygrać II wojnę światową to zajęcie: fajniejsze, prostsze i bezpieczniejsze.

Gdy intelektualną prawicę niezmiennie frapują relacje II RP z Hitlerem po stronie elit poprzedniego obozu władzy trwa radosne niemyślenie. Włączyło się ono dokładnie 16 kwietnia 2003 r., gdy w Atenach został podpisany traktat akcesyjny, wprowadzający Polskę do Unii Europejskiej. W tamtym czasie królowała jeszcze wiara w teorie Francisa Fukuyamy, że jesteśmy świadkami „końca historii”. Ta sławna teza mówi, iż cały świat nieuchronnie zmierza w stronę przyjęcia zachodnich modeli politycznych i ekonomicznych, których funkcjonowanie jest najbliższe ideałowi. Ukoronowaniem końca historii miała stać się UE. Biorąc to za pewny punkt odniesienia jedynym zmartwieniem na przyszłość okazywało się usytuowanie Polski w Unii, a krajowych elit w Brukseli. Tego też tyczyły się dwie dekady intelektualnych debat niemal równie bezproduktywnych, co troska o to, czy Hitler na serio chciał się zaprzyjaźniać z II RP.

Jak w praktyce miewa się dziś „koniec historii” dobrze widać na przykładzie Grecji, doświadczającej właśnie atrakcji bycia unijnym krajem frontowym. Tamtejsze elity najpierw wierzyły, że wejście do strefy euro daje gwarancję wiecznej prosperity i niezależenie jak rozrzutną politykę się prowadzi, bankructwo nie wchodzi w grę. Gdy przyszło bolesne przebudzenie pozostała wiara, że Unia zadba o greckie granice i skutecznie pomoże poradzić sobie z falą uchodźców i emigrantów nadciągającą z Bliskiego Wschodu. Dziś obozy przejściowe pękają od nich w szwach, a mieszkańcy greckich wysp bezsilną wściekłość wyładowują na wolontariuszach z misji humanitarnych. W tym tygodniu, gdy spłonął wielki obóz na Lesbos i 12 tys. emigrantów rozpierzchło po wyspie, jej dotychczasowi mieszkańcy urządzili polowanie na ... pracowników fundacji pomagających przybyszom. Zapewne chętniej frustrację okazaliby urzędnikom z Brukseli, lecz ci przezornie trzymają się z dala od greckich problemów. Ostatnią wiarą, jaka rządowi w Atenach pozostała, to nadzieja na wsparcie Unii w narastającym konflikcie z Turcją. Mówi się, że wiara czyni cuda, więc może choć tym razem ta reguła zadziała.

Reklama

Tymczasem Polska jest o krok, by stać się również krajem frontowym, co w naszej historii zyskało wdzięczne miano „przedmurza”. Nastąpi to, gdy Rosja wchłonie Białoruś. Już widać, że na pomoc Unii w ratowaniu białoruskiej suwerenności nie ma co liczyć. Pozostaje wiara, iż jeśli nadejdzie konieczność przyjęcia miliona uchodźców, lub stawienia czoła groźbie rosyjskiej interwencji zbrojnej, będzie inaczej. Podobnie należy mocno wierzyć, że nigdy nie nastąpi ponowne odwrócenie sojuszy w trójkącie: Waszyngton - Moskwa - Pekin. Pierwsze skutecznie zainicjował podczas zimnej wojny prezydent Richard Nixon, przekonując komunistyczne Chiny, by ostatecznie zerwały z ZSRR i wsparły USA. Skuteczną bronią Warszawy przeciwko zagrożeniu wejścia Stanów Zjednoczonych w alians z Rosją pozostaje wiara czyniąca cuda.

Debatowanie, jakie jeszcze oręża by się przydały na nadchodzące czasy, jest zbyt skomplikowane. Trzeba byłoby zastanowić się, jak dozbroić i rozbudować polską armię, by na podobieństwo izraelskiej potrafiła zniechęcić do agresji każdego wroga. Do tego przydałby się nowoczesny system energetyczny, bo ten oparty na węglu szybko odchodzi w przeszłość. Niezmiennie wielkim wyzwaniem pozostaje usprawnienie działania państwa. Chaos z początku epidemii dał jedynie przedsmak tego, co by się mogło dziać, gdyby koronawirus obchodził z Polakami mniej łagodnie. W kolejce wyzwań czeka jeszcze zapaść demograficzna i ściśle związana z nią polityka emigracyjna. Już tylko ta, krótka wyliczanka, może przyprawić o ból głowy. Zwłaszcza, gdy uświadomić sobie, że Polska leży na styku zapadającej się ekonomicznie Europy Zachodniej oraz agresywnie walczącej o odzyskanie dawnych stref wpływów Rosji.

Kolejne miesiące zwiastują gwałtowne przyśpieszeni zdarzeń. Najlepszy sposób, żeby się nimi nie przejmować, to uciec od rzeczywistości. W sferze polityki idealnym rozwiązaniem jest zajęcie wszystkich rozpadem obozu władzy i ewentualnymi wyborami (rok bez minimum trzech kampanii wyborczych, to rok stracony). Równocześnie można nadal spierać się, czy Józef Beck powinien przyjąć ofertę Hitlera. No i są jeszcze norki. Bardzo sympatyczne zwierzątka futerkowe, mające wreszcie powody do szczerego uśmiechu, przynajmniej do momentu likwidacji hodowli.